Zgodnie z obietnicą wieczorem przybył Victor. Ten chłopak z każdą sekundą mnie zaskakuje, najpierw ratuje od dalszego bicia, a teraz odbiera ze szpitala. Namieszał mi w głowie, chciałbym odkryć jego prawdziwe intencje, naprawdę, jednak od niego się nic nie dowiem, a szkoła będzie milczeć nawet jeśli by znała prawdę. Reasumując - nie mam szans. Może po prostu czekać na dalszy rozwój akcji i pozwolić mu działać? Chyba właśnie tak zrobię, to jedyny sposób. Zawsze mogę się wycofać, prawda?
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś, że ocaliłeś przed tymi baranami. Gdybyś tam nie był to pewnie dawno leżałbym na oiom'ie jeśli nie w grobie. To bardzo miłe z twojej strony.
- Daj spokój, na moim miejscu zrobiłbyś to samo. Poza tym mieliśmy mieć dzisiaj randkę - oznajmił patrząc mi w oczy.
Czy on właśnie nazwał nasze przyszłe spotkanie randką? Natychmiast zaczerwieniłem się na twarzy, ba, odcień tej czerwieni był tak mocny, że burak mógłby się schować.
- R-randkę? - zapytałem niepewnie.
Przecież to niemożliwe, nie, ten Vic, którego znam nigdy nie zaprosił mnie na żadne spotkanie (no oprócz treningów baseball'a). Ten Vic, którego znam by tak nie postąpił.
Przyznawać się, kto go podmienił, do jasnej cholery?
- Tak, Kellin, randkę. Zaprosiłem cię na randkę. Tylko my dwoje, ty i ja. Tak wiesz, romantycznie. - odparł z szerokim uśmiechem.
Dobra, opadłaby mi szczęka, gdybym nie miał zabandażowanej głowy, podziękowania dla Sykesa i tego drugiego!
Chłopak cały czas niósł moją torbę z rzeczami oraz tą szkolną. To słodkie, że o tym pomyślał. Ledwo chodziłem, więc nie bardzo widziało mi się noszenie tylu ubrań i książek (ubrania to zasługa mamy, tłumaczyłem jej, że zostaję tylko na jeden dzień, ale musiała tu napchać pół szafy, dosłownie, pół szafy). Ale no, miałem przy sobie silnego Victora, którego mogłem wykorzystać.
Praktycznie cały czas spoglądałem jak jego silnie zbudowane ramiona niosą ciężkie torby, napinają się i rozluźniają. Chyba to zauważył bo szalmancki uśmieszek wpełzł na jego twarz.
Dorarliśmy do czerwonego cadillaca Vica, zająłem miejsce obok kierowcy oraz zamknąłem oczy. Dosłownie chwilę później do środka wsiadł Fuentes, po czym odpalił samochód. Panowała niezręczna cisza, którą co jakiś czas przerywało grające radio. Siedziałem jak na szpilkach i czekałem aż on się odezwie, bo ja nie miałem takiego zamiaru. W głowie wciąż dudniły mi jego słowa. Oczekiwałem ich już z dobre dwa miesiące, a teraz w tak niepozornym momencie w końcu je usłyszałem.
- Więc... - zaczął chłopak. - To spotkanie wciąż aktualne?
- No jasne, uh, to znaczy jeśli chcesz - odparłem natychmiast, a tym samym wywołałem uśmiech na jego opalonej twarzy.
Wciąż próbowałem go rozszyfrować, odczytać uczucia jakie ukazywała jego mimika, ale nic. Był jak książka w obcym języku, którego nie znałem.
Dalsza droga znowu miajała w ciszy, tylko tym razem nawet mi to odpowiadało, im więcej czasy na rozmyślania tym lepiej.
- Chyba jesteśmy - mruknął pod nosem.
Posmutniał? Tak, na pewno posmutniał.
- Jeszcze raz dzięki za wszystko.
- Nie ma za co, naprawdę. Później napiszę. - oznajmił spokojnie, wysiadł, zabrał torby, otworzył mi drzwi i odprowadził do samego końca.
- Cześć! - krzyknął jeszcze na odchodnym.
Zza progu niemal od razu wyskoczyła mama i zaczęła mnie dusić, a w jej jasnych oczach zawitały łzy. Urodę odziedziczyłem po niej, również jest blada, ma taki sam kolor oczu jak ja.
- Szkoda, że wróciłeś. Było nam dobrze bez ciebie.
- Becky, w tej chwili do swojego pokoju! - krzyknął ojczym, po czym pojawił się przy nas.
- Sam bym sobie poradził - warknąłem.
Jakimś cudem uniknąłem z nim dalszej wymiany zdań, najwyraźniej postanowił odpuścić, żeby nie wywołać kolejnej kłótni. Bardzo dobrze, ja nie mam zamiaru łagodzić tej napiętej atmosfery między nami. Przecież to on kilka lat temu zrujnował naszą rodzinę swoją obecnością. Był inżynierem i przez siedemdziesiąt godzin tygodniowo pracował dla pewnej firmy produkującej między innymi drabiny. Te zaś, co wynika z samej ich konstrukcji, są urządzeniami niebezpiecznymi, toteż firma ojczyma dość często była pozywana do sądu, a on, jako jeden z głównych projektantów, zazwyczaj musiał występować w jej imieniu podczas różnych przesłuchiwań i rozpraw. Nawet nie mam mu tego za złe, że znienawidził prawników - ja zacząłem ich podziwiać właśnie z tego powodu, iż uczynili jego życie tak żałosnym. Czasami musiał stawiać im czoło przez osiem godzin dziennie, a potem ledwie przekroczywszy próg domu, sięgał po butelkę. Nie chciał wtedy nikogo widzieć, nie odzywał się, nie jadł obiadu. Zamykał się mniej więcej na godzinę, rozwalał na swoim powygniatanym fotelu i międląc pod nosem przekleństwa wypijał cztery kieliszki martini. Któraś z kolei rozprawa ciągnęła się przez trzy tygodnie, a kiedy wreszcie zapadł werdykt niepomyślny dla przedsiębiorstwa, matka wezwała lekarza i na miesiąc ukryli ojczyma w szpitalu.
Ostatecznie firma zbankrutowała, ojczym został bez pracy i, co oczywiste, winą za to obarczano prawników. Ani razu nie usłyszałem w domu słowa na temat błędów w zarządzaniu, które mogły być powodem owego bankructwa.
Któregoś pięknego dnia zdecydowałem powiadomić "rodziców" swoim planie zostania adwokatem. Ojczym później nie wychodził z łóżka przez tydzień.
Zwinnie pobiegłem na górę, wymijając niepotrzebne pytania ze strony matki, szybko zamknąłem się w pokoju, usiadłem na krześle, wyjąłem notatnik i zacząłem zapisywać swoje myśli. Nie, to nie był żadnego rodzaju pamiętnik, po prostu nie miałem ze sobą co zrobić. Trwałem tak pół godziny, może więcej, w tamtym momencie nie liczyło się ile tak siedziałem, tylko czy wszystkie emocje uleciały.
Nagle rozbrzmiał telefon.
Vic: Śpisz już?
Kellin: Nie, choć pewnie i tak byś mnie obudził tym smsem.
Vic: Nie pomyślałbym o tym, przepraszam :(
Kellin: Za co przepraszasz? Nic wielkiego się nie stało, i tak nie mogłem usnąć.
Vic: To mamy całą noc dla siebie ;)
Kellin: Co masz na myśli?
Vic: Nic specjalnego, chciałbym Cię bliżej poznać, Kells.
Kellin: Droga wolna ;)
Na angielskim siedziałem zawsze w przedostatniej ławce z Jackiem, który mniej więcej ogarniał ten przedmiot, tyle o ile mi pomagał w kartkówkach czy sprawdzianach, bo ja za Chiny ludowe go nie rozumiałem. To znaczy, tu nie ma czego rozumieć, po prostu nie należał do moich ulubionych, a jego nauka sprawiała mi nie lada kłopot. Właśnie dlatego na tej lekcji zawsze towarzyszył mi Barakat. Niemal na każdym przedmiocie siedzę koło ucznia, który jest orłem w danej dziedzinie, a nauczyciele mnie nie przesiadają, bo według nich nie mogę ściągać. Jasne, sam z siebie nie zdobyłbym szóstki z angielskiego!
Tym razem ślepo patrzyłem przed siebie zupełnie nie słuchając bełkotu nauczyciela, który po prostu zaczął mnie irytować. To dopiero druga lekcja (zostało jeszcze sześć), a ja już miałem dość. Niewyspany Kellin to zły Kellin, proste i logiczne.
Pan Henders - który, postanowił chyba uchodzić dzisiaj za intelektualistę - był wyraźnie zadowolony, przecież wiele razy powtarzał nam, że nauczanie jest jego pasją, a wlewając nam do głowy trochę oleju i wiedzy, spełnia swoje marzenia.
- Dyrektorka robi gwiazdora ze starego - mruknął Jack.
- Przynajmniej ona go lubi, a my nie mamy nic do gadania. - odpowiedziałem szeptem.
Popełniliśmy wielki błąd postanawiając zjeść na stołówce w porze lunchu. Usiedliśmy przy stoliku w rogu sali i wystawiliśmy się na badawcze spojrzenia zebranych nad porcjami zimnej fasolki i pieczonego kurczaka mającego konsystencję gumy. Mnie przypadła w udziale miseczka żółtej galaretki, która była na tyle paskudna, że nawet jej nie tknąłem. Szkolna kuchnia pewnie jest okropnie brudna, wiele razy przybywał tam sanepid z wizytą, ale mam wrażenie, że towarzystwo zostało opłacone, bo już więcej się tu nie pokazali.
Lunch przebiegał w takiej atmosferze, jakby wygłodniali uczniowie mieli przed sobą istną drogę krzyżową, bez żadnych perspektyw na kolejny posiłek. Pogięte łyżki i widelce wędrowały tam i z powrotem, w górę i w dół, a wiosłowano nimi z takim zapałem jakby na talerzach znajdowały się porcje bezcennych klejnotów. Czas przestał odgrywać jakąkolwiek rolę. Wykłócali się o pokrzykiwali na siebie, zrzucając przy tym tyle jedzenia na podłogę, że aż nie mogłem na to patrzeć. Nawet zjadłem swoją galaretkę, a Alex jakby wciąż niezadowolony, pożądliwie śledził każdy mój ruch. Dyrektorka krążyła po sali, tu i tam udzielając reprymend niegrzecznym osobom.
Telefon w mojej kieszeni zwibrował, a ja go wyjąłem żeby odczytać wiadomość. Wiadomość od Victora.
Vic: Spotkajmy się za 5 minut przed szkołą, będę czekał ;)
_________________________________________________________________________________
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO CZEKALIŚCIE, PRZEPRASZAM, ŻE WYSZEDŁ TAKI NIEWYPAŁ, ALE PISAŁAM NA TOTALNYM BEZWENIU ;-;
Więc tak, oczywiście mi się nie podoba, no ale musiałam dodać, bo co innego mi pozostało ;-; A no i dziękuję pewnej osobie za pomoc, bo bez niej pewnie czekalibyście jeszcze dłużej.
Wkrótce wprowadzę nowego bohatera, spodoba Wam się XD
A no i komentarze. Dużo komentarzy, bo nie będzie następnego c:
Napiszcie do mnie, no!
Kocham Was.
Nie mam juz slow,serio.
OdpowiedzUsuńWspaniale ciupku.
starala,starala,az w koncu napisalas XD
kc. :( / Pandzia.
Cudowny!
OdpowiedzUsuńOuu rozdział ;3
OdpowiedzUsuńMiałam mega zaciesz na twarzy jak czytałam :))
"Bezweniu"? Chyba żartujesz, zadziwiająco dobrze Ci poszło jak na "bezwenie" XDD
Widzę, że rozkręcasz akcje, podoba mi się to xd
Dobra nie przedłużam niepotrzebnie a więc- życzę weny, i czekam na rozdział ale będę cierpliwa, obiecuję <3
/Merry
miej czesciej takie bezwenia, bo swietnie ci idzie. vic taki romantyczny akgdjfurjdb. PISZ <3 /anonimek
OdpowiedzUsuńVic jest tu zajebisty, wiem, ze udaje ale go kocham i tak.
OdpowiedzUsuńTak uroczo i wgl czekam i w koncu weny <3/*qfad*
Przecież dobry rozdział wyszedł :) I jestem coraz bardziej ciekawa, co dalej
OdpowiedzUsuńJKSHJDGJGDJA KOCHAM CIE, PISZ SZYBKO /i
OdpowiedzUsuńVic taaaki kochany, uroczy i w ogóle sbxabxhabs <3 Co z tego, że to przez zakład XD
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa co wyniknie z ich spotkania
Czekam na następny i życzę dużo, dużo weny c; xx
Dużo weny życzę :)
OdpowiedzUsuńnie będę oryginalna, ale weny życzę, pisz pisz <3
OdpowiedzUsuń