wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział VI (Kellic)

Mogę spokojnie powiedzieć, że przez te niecałe osiem godzin wygadałem się jak nigdy. Katelynn potrafi wysłuchać, doradzić, spojrzeć z innej perspektywy, a ja jej ufam.
Do jakiego wniosku doszliśmy? Szczerze, do żadnego, ale Kate stwierdziła, że to wszystko jest jakieś podejrzane. Oczywiście przyznałem jej rację, bo jakby nie patrzeć było, bardzo było.
- Przeanalizujmy tą sprawę jeszcze raz. - dziewczyna zawzięcie szukała czegoś w komórce.- Katy proszę, skup się, dla mnie to cholernie ważne - jęknąłem.
- No dobrze, jeśli musisz.
- Muszę. - westchnąłem cicho. - Więc?
- Uważam, że ten cały Mullins kombinuje coś z Victorem. Nie wiem co, musisz powęszyć. Tylko tyle zdołałam wymyślić.
- Tak, tak.... Zaczekaj. Tak myślisz?
- Owszem.
- Ty wiesz, że to możliwe? Bo popatrz, Matty nie zachowywałby się tak dziwnie, może Vic do niego podszedł i może on też coś do mnie czuje. Albo gorzej, rudzielec wszystko wyśpiewał.
- Gratuluję, Sherlocku.
- Boże, Katelynn, jesteś najlepsza! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? - pocałowałem towarzyszkę w policzek jako podziękowanie.
Automatycznie wstałem z wygodnej sofy, na której siedzieliśmy oraz ruszyłem w stronę drzwi wejściowych (czy tam wyjściowych), wsunąłem na stopy swoje czarne tomsy, złapałem torbę, jeszcze raz pocałowałem przyjaciółkę, po czym wyszedłem z mieszkania.
Spokojnym krokiem przemierzałem centrum Memphis. Mimo tak późnej godziny, którą była dwudziesta druga piędziesiąt cztery, wcale mi się nie śpieszyło. Wreszcie chwila ciszy, chwila ciszy do wykorzystania. Co ukryć, uwielbiam tworzyć w głowie najróżniejsze scenariusze, te pozytywne, jak i negatywne. Byłbym świetnym pisarzem, jednak nie będę tego robić, ba, nawet nie chcę. Z pisania durnych bajeczek nie zapewniłbym sobie odpowiedniego dopływu pieniędzy, a co się z tym wiąże - nie mógłbym się utrzymać. Ostatnie czego pragnę to znaleźć się pod mostem i tam pisać kolejne "bestsellery", które pewnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Cóż, jestem realistą.
Przyśpieszyłem kroku, kiedy za mną pojawiły się dwa typy. Jeszcze tego brakowało, żeby dopadli mnie w ciemnej uliczne, zgwałcili albo zakatowali na śmierć, albo i to i to! W myślach wzywałem Boga, (choć nigdy w niego nie wierzyłem), prosiłem o to, bym bezpiecznie dotarł do domu. Z każdą sekundą mój spacer przeistaczał się w trucht, a następnie bieg. Teraz po prostu uciekałem przed nimi, ale oni jakoś nie dawali za wygraną.
Z czasem byłem coraz bardziej zdyszany, ledwo nabierałem powietrza i niestety musiałem zrobić sobie przerwę, jakby nie patrzeć - ja plus sport równa się katastrofa.
Gdy mężczyźni podeszli bliżej, mogłem spokojnie poznać w nich Olivera i Austina, moich "kolegów". To głównie oni stali za wszystkim co złe w naszej szkole, to oni przyprawiali dyrektor o bóle głowy, to oni uprzykrzali mi oraz Matty'emu życie, to oni straszyli uczniów, tych nowo przybyłych, ale nie tylko, to oni przyjaźnią się z Meksykańskim gangiem, to oni znają Victora...
Wstałem z podłogi, otrzepałem niewidzialny kurz z ubrania, po czym próbowałem najzwyczajniej w świecie ich wyminąć. Jedyne czego chciałem to moje wygodne łóżko, ciepła kołdra i drugie trzydzieści sześć i sześć obok. Proszę o zbyt wiele?
- Gdzie się wybierasz, co? - syknął Carlile odpychając mnie w stronę tego drugiego. Wpadłem na Olivera, który powtórzył to samo co przyjaciel. Bawili się mną, rzucali jak szmacianą laleczką, aż w końcu upadłem. Momentalnie łzy napłynęły do moich jasnych oczu, ale szybko je połknąłem. Płacz nie miałby sensu, a tylko napędzałby ich do dalszego działania, czego raczej chcemy uniknąć.
- Quinn pedale, wstawaj, nie bądź babą. A, zapomniałem już nią jesteś - zaśmiał się Sykes, a tamten mu zawtórował.
Zazwyczaj w takich momentach siedzę cicho, czekam aż się znudzą i odejdą, ale to trochę trwa, a ja naprawdę powinienem już wracać do domu. Właśnie, powinienem.
- Wstawaj, albo sam cię podniosę, dupojebco!
Pieprzyć moją nieśmiałość. Pieprzyć strach. Pieprzyć konsekwencje, które nastąpią. Pieprzyć to wszystko.
- Słuchajcie chłopaki. Może jestem pedałem, dupojebcą, jak to określiliście czy kimkolwiek innym. Ale to was kurwa nie upoważnia do takiego traktowania mojej osoby. Powinniście to w końcu zaakceptować albo mnie zlewać, co wolicie. A teraz przepraszam, ale muszę iść. - przełknąłem głośno ślinę.
Czy ja myślałem co robię? Cholera, przede mną stali dwaj rozwścieczeni kolesie gotowi zabić, a ja wyskakuję z taką przemową. Oboje kipieli ze złości, nawet w tych ciemnościach widziałem jak ich wytatuowane ciała się spinają, a twarze czerwienieją. Wskazałem na siebie pierdolony wyrok śmierci, brawo Kellin, już niedługo wylądujesz w szpitalu!
- Co żeś powiedział? - wycedził przez zęby Sykes.
Zacząłem się trząść, pewnie zaraz dostanę niezłą nauczkę. Źle znoszę ból, ale im to rybka.
- Uhm, nic, nieważne. Mogę już iść?
- Tak, oczywiście, uważaj bo cię puścimy. Na przyszłość będziesz bardziej zważał na słowa, Quinn.
Najpierw oberwałem z pięści w twarz, potem kopniak w brzuch, następnie podciągneli mnie za włosy z ziemi bym mógł stanąć na nogach, co było cholernie trudne, bo już po tych kilku mocniejszych ciosach czułem, że umieram. Mniej więcej wiedziałem co się ze mną dzieje, tyle o ile kontaktowałem, ale nie mogłem ruszyć nawet palcem. Tak mnie bolało.
Znów stałem, co prawda z pomocą Austina (oh, jakże jestem mu za to wdzięczny), ale jednak. Chłopak przyparł moje ciało do budynku i wciąż mnie trzymał.
- Ej, co się tu dzieje!
Usłyszałem znajmy głos, bardzo znajomy, mimo okropnego bólu jaki w danej chwili odczuwałem, znów pojawiły się motylki. Te same motylki, które nawiedzały mój organizm za każdym razem.
- Kurwa - Brytyjczyk przeklnął pod nosem, natomiast ja byłem uradowany. Przybył ratunek, panie i panowie!
Carlile przestał mnie podtrzymywać, przez co bezsilnie opadłem na ziemię (znowu, ah nudne me życie). Mogłem w spokoju obserwować dalszy obrót akcji.
- Chyba zadałem pytanie.
Meksykanin najpierw spojrzał na tych skończonych debili, a następnie na mą obolałą osobę. Żałuję, że nie widziałem wtedy jego wyrazu twarzy.
- Czy was już do reszty popierdoliło!? - wrzasnął.
Woah, nie spodziewałem się takiej reakcji. Jeszcze niecałe kilka miesięcy pewnie byłoby to dla niego całkiem zabawne.
- Porozmawiamy sobie później, spływajcie stąd.
Słyszałem jak nabiera powietrze do płuc, jak je wypuszcza.
- Ca za debile - mruknął jakby sam do siebie, a następnie uklęknął przy moim zmarnowanym ciele. - Bardzo cię pobili?
Chciałem coś powiedzieć, naprawdę, ale jedyny dźwięk jaki wydałem to niewyraźny pomruk, bardziej z bólu jaki sprawiło mi poruszenie szczęką.
Chłopak nie zadawał już więcej pytań, po peostu mnie podniósł, a ja zasnąłem z wycieńczenia.
Ocknąłem się w jasnym pomieszczeniu, przypięty do pikających urządzeń. Czyli w szpitalu. Nie pamiętałem dokładnie poprzednich wydarzeń, nawet nie wiedziałem czy jest dzień czy noc. Nawet lepiej.
W pokoju zjadowały się jeszcze cztery osoby, jedna dyszała mi w szyję, a dwie prowadziły zawziętą konwersację z czwartą, którą okazał się lekarz. Zaczynałem w pełni kontaktować, czarne plamki zniknęły, a to one zasłaniały mi pole widzenia. Musiałem na spokojnie przywyknąć do światła (chyba sztucznego), ale teraz widziałem wszystko wyraźnie.
Mama wraz ze starszą z sióstr rozmawiała jak przypuszczałem, z lekarzem, a na krześle obok łóżka siedział Victor. Zawzięcie lustrował mnie wzrokiem, a gdy w końcu zauważył, że otworzyłem oczy, od razu zawiadomił o tym resztę. Jak poparzeni podbiegli do miejsca, na którym leżałem, po czym mężczyzna z średnim wieku zaczął mnie badać.
- Boże Kellin, co ci się stało, slarbie..
- Napadli mnie jak wracałem od koleżanki, nic wielkiego. Mogę wiedzieć, która godzina?
- Pięć po pierwszej - powiedział Vic.
- Doktorze, kiedy stąd wyjdę?
- Jeszcze przez cały dzień będziemy cię monitorować, jeśli nie nastąpią żadne komplikacje to nawet dzisiaj wieczorem i ktoś może po ciebie przyjechać.
- Ja to zrobię - znów odezwał się Victor.
Dziwne.
_________________________________________________________________________________
No hej. Nudny rozdział, nie wiem co będzie dalej, jak na razie nie ma seksów, no ale wszystko musi się rozwinąć ;)
Coraz mniej jest komentarzy, co mnie martwi. Nie podoba Wam się?
W każdym razie liczę, że pod tym postem będzie co najmniej 7, bo nie dodam następnego. Taki szantaż, o.
Napiszcie do mnie na gg (48396415) albo na ask'u <KLIK>, potrzebuję z kimś popisać na temat zespołów, pls, mogę na Was liczyć? XD
No to kometujemy. 
LOVE.

8 komentarzy:

  1. Awawawaw, co ten Viktur <3
    Będzie romantycznie, ja i moje przeczucia.
    Wenyyyyyy <3 /i

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie,aww. *-*
    Ludzie,dawać komentarze:(:(
    Kocham. / Pandzia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że tu będzie więcej niż 7 komentarzy, postaramy się sprawić Ci przyjemność, no nie? :)
    Pisz!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak uroczo :) Znaczy końcówka, pobicie zdecydowanie nie było urocze.
    Gorzej jak cała prawda wyjdzie na jaw...

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział świetny, weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czo się dzieje :o
    Viktur jaki romantyk
    Huhh aż się gorąco zrobiło.
    A co z rudzielcem? O co mu chodzi ?
    Czy on wie o zakładzie?
    Robi się ciekawie
    Weny i czekam niecierpliwie :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Druga próba dodania komentarza ;-;
    Vic taki kochany ;')
    Chociaż może to pobicie mogło być zaplanowane i Fuentes o tym wiedział? ;__;
    No nie wiem.
    Nie mogę doczekać się następnego. Weny! c; xx

    OdpowiedzUsuń
  8. Dużo weny! Rozdział jak zawsze super. /anonimek

    OdpowiedzUsuń