poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział II (Kellic)

Vic stał nade mną uśmiechnięty, natomiast ja klęczałem jak nienormalny nad muszlą klozetową starając się nie ułatwiać chłopakowi zadania, jakim było wsadzenie tam mojej głowy oraz spuszczenie wody. Jego "kary" z biegiem czasu były coraz bardziej wymyślne, raz przecież wróciłem cały zakrwawiony do domu po jakże długim treningu baseball'a, bo wymyślił sobie, że chce mnie trochę potrenować. Nie mam serca się mu sprzeciwiać, przecież w ten sposób spędzamy ze sobą parę chwil, ale też nie mam ochoty znosić jego brutalnych pomysłów.
- No dalej, Kellin. Nie bądź taki. 
- Nie wsadzisz mi tam głowy, za nic. 
Chłopak spojrzał się na mnie rozczarowany. Mógłbym złożyć przysięgę, że w widziałem tam trochę zrozumienia, współczucia. Victor i współczucie? To się nie trzyma kupy, przecież od początku liceum jest dla mnie jak kat, można by rzec nawet prywatny egzekutor.
- Wreszcie się sprzeciwiłeś, robimy postępy - oznajmił zadowolony.
I znowu nic nie rozumiem. Co on knuje, do jasnej cholery?
Dość zdziwiony odgarnąłem swoje czarne włosy (niestety farbowane), podniosłem się z podłogi i wyszedłem z kabiny.
Szybkim krokiem ruszyłem w stronę Alexa, który akurat stał niedaleko toalet.
- Cześć stary!
- Cześć - mruknąłem cicho.
Wciąż byłem zdezorientowany zaistniałą wcześniej sytuacją, bo niby co mam o tym myśleć? Jak na razie zbyt łatwo jest mi namieszać w głowie, muszę to zmienić i przestać dawać po sobie poznawać różne uczucia.
Kątem oka zauważyłem Victora wchodzącego z pomieszczenia. Był cały rozpromieniony, wspaniały widok. I to ja go do tego doprowadziłem!
Chłopak podszedł do swojego brata, Mike'a oraz reszty meksykańskiego towarzystwa - Tonny'ego i Jaime'ego. Miałem okazję zauważyć, że prawie wszędzie trzymają się razem. Podobno przed przeprowadzką z San Diego mieszkali na jednym osiedlu, ale poznałem ten fakt z niezbyt pewnego źródła. Kto wie, może kiedyś będę miał okazję poznać całą prawdę od Vika. Wciąż na to liczę, bo cholernie ciekawi mnie ich przeszłość.
Alex stał zniecierpliwiony jakby na kogoś czekał, a tym kimś prawdopodobnie był Jack.
- Ej Kellin, przypadkiem ten twój starszy Fuentes się teraz nie bije? - zapytał Barakat, który właśnie doszedł do naszej dwójki.
Spojrzałem za siebie i ujrzałem dość duży tłum ludzi ustawiony w okrąg. Bójki w naszej szkole są rzadkością, dyrektorka nie dopuszcza takich zachowań, bo chce żeby szkoła była jak najbardziej prestiżowa. Słusznie.
Niespokojnym krokiem ruszyłem w tamtą stronę, przecisnąłem się przez kółko, by zobaczyć coś okropnego.
Victor klęczał na jakimś chłopaku, chyba młodszym oraz okładał go pięściami.
- Ty skurwysynu - chłopak syczał nie przerywając uderzać tego drugiego.
Zakryłem twarz dłonią, po prostu przerażał mnie widok Fuentesa siedzącego na zakrwawionym biedaku. Czerwona ciecz leciała z niego strumykiem, na pewno już miał złamany nos, szczękę i inne kości.
Victor był niesamowicie szybki, nigdy bym nie pomyślał, że posiada aż tyle siły.
"Poszkodowany" samodzielnie (o dziwo) wstał z podłogi, ale to był błąd.
Pięść Fuentesa znowu wylądowała na jego szczęce i spowodowała chwilowe zamroczenie. To mu wystarczyło, żeby celnym kopniakiem trafić go w krocze. Z głośnym świstem chłopak wypuścił powietrze i z gardłowym jękiem zgiął się wpół, tracąc siły.
Cliff - jak wywnioskowałem z krzyków niektórych osób - opadł na podłogę, ale został na czworakach. Po chwili potrząsnął głową, uniósł ją powoli i spojrzał na mnie.
- Przestańcie! - krzyknąłem ledwo wydobywając z siebie jakikolwiek dźwięk.
Byłem w niemałym szoku, właśnie zobaczyłem do czego jest zdolny chłopak moich marzeń.
Vik zaprzestał uderzać przeciwnika, który najwyraźniej bardzo go zdenerwował, bo przecież bez powodu by go tak nie skatował.
- Co się tu dzieje?!
Uczniowie wyraźnie zaczęli panikować na widok naszej cudownej dyrektor. Kobieta odciągnęła od siebie członków bójki za uszy. Szykuje się mało przyjemna sprawa, jak sądzę.
- Kell, chodź, idziemy.
Jack pociągnął mnie za rękę, bym mógł jakoś przejść przez, już co prawda mniejszy, tłum.
- Quinn, a ty gdzie się paniczu wybierasz? Zapraszam razem z nami do gabinetu - warknęła pani Richards.
Po jaką cholerę będę tam z nimi szedł?, pomyślałem. Mogła zabrać tam jakiegoś innego świadka, ja praktycznie nic nie wiem. Nawet nie znam powodu całego zajścia, więc po co?
- Zobaczymy się później - mruknąłem niezadowolony w kierunku Alexa.
Bez żartów, byłem przerażony jak nigdy, mimo że nie zrobiłem nic złego. Przecież jestem wzorowym uczniem, inni powinni brać ze mnie przykład, a tu proszę. Kellin Quinn wylądował w gabinecie dyrektora! Wstyd i hańba.
Szliśmy powoli, by przedstawicielka szkoły miała na nas oko oraz żeby żaden nigdzie nie uciekł. Ukradkiem spojrzałem na towarzyszących mi winowajców - Cliff też czuł się mało komfortowo, z jego twarzy wciąż ciekła krew, natomiast Victor był jak najbardziej zadowolony z siebie. Nie miał żadnych obrażeń, w końcu to on zaatakował, ale także posiada więcej siły od poszkodowanego.
Po pięciu żmudnych minutach dotarliśmy na miejsce, dyrektor otworzyła drzwi do małego pomieszczenia, jakby schowka, a jednak nie. Ukazał nam się skromny pokoik z okazałym biurkiem na środku. Wszędzie leżały pojedyncze dokumenty, jakieś ankiety, kartoteka uczniów, na ścianach wisiały najróżniejsze dyplomy, między innymi za ukończenie studiów, krajobrazy i zdjęcia.
Pani Richards usiadła na ruchomym krześle naprzeciwko nas, po czym wskazała nam krzesła przed sobą. Wszyscy posłusznie usiedliśmy, zająłem miejsce tuż obok Vica, a Cliff odsunął się od niego jak najdalej.
Wcale nie jestem zdziwiony, postąpiłbym tak samo.
- Proszę mi powiedzieć o co poszło.
- Ależ pani dyrektor, ja... - zacząłem pewnie.
- Panie Quinn, wszyscy wiemy, że chce pan zostać prawnikiem, nie wykluczone, że tak będzie, ale nie bawmy się w jakieś denne gierki.
- On nic nie wie - przemówił Victor.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, mógł siedzieć cicho i wcale mnie nie bronić. Ale jednak to zrobił, a tym sposobem utwierdził mnie w przekonaniu, że jest wspaniałym, wartościowym człowiekiem i, że dobrze wybrałem.
- Ja wszystko powiem, tylko niech pani zostawi Kellina w spokoju.

_________________________________________________________________________________

Od razu przepraszam za długość, ale jakoś ciężko mi się pisało.
Rozdział drugi, piękna drama.
Mimo wszystko, zawaliłam i za to przepraszam.
Chcę dodawać wszystko częściej, ale rzadko mam dostęp do komputera, gdzie najwygodniej jest mi pisać.
W każdym razie - czekam na komentarze, motywują mnie c:
Kocham Was, niewyżyte zboczeńce.
~adrianek





7 komentarzy:

  1. No pisz szybko, ciągle mam niedosyt xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Victor romantyk. Pisz <3 /i

    OdpowiedzUsuń
  3. kurwa mać,czy ja już mówiłam,że Cię kocham?:)
    Pisz dalej,i nie przestawaj. Bo to co robisz,to robisz wspaniale.
    Czekam na więcej. Buzi,misiu./ Pandzia.

    OdpowiedzUsuń
  4. jezusie. kocham cię ahjuajgfjk /anonimek

    OdpowiedzUsuń
  5. O Jesuniu.
    Co tu się wyprawia :o
    Viktur romantiko and brutal ?
    Uuuu
    Współczuje temu biednemu poszkodowanemu :(
    Kellin oczywiście mała pizda musiał zobaczyć swojego ukochanego w akcji i dostał w dupe od dyrektorki całe szczęście, że Vic go broni ^^
    Kocham weny szybko dodawaj <3

    OdpowiedzUsuń
  6. NO PISZ BO UMIERAM. ŚWIETNY JAK ZAWSZE LOVA

    OdpowiedzUsuń
  7. Gafiscsovdusksvarh czekam na następny, kocham <3

    OdpowiedzUsuń