niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział XII (Kellic)

Jedynie szkoda mi było Jordana, biedak pewnie nie wiedział co się tu wyprawiało. W pewnym sensie ja również zostałem zdradzony, znowu. Przynajmniej mogli mi o tym powiedzieć, prawda? Takich rzeczy się nie ukrywa przed przyjacielem. Teraz nawet nie chciałem wysłuchiwać tego co mają mi do zakomunikowania. Nie chciałem ich znać, bo cholernie mnie zranili, bo mnie okłamali, bo zrobili ze mnie debila.
Wstałem z kanapy, wyminąłem zdziwionych "zakochanych", niemal pobiegłem do przedpokoju, założyłem buty i zgarniając swoją torbę wyszedłem z tego przeklętego mieszkania. Mam nadzieję, że więcej nie będę musiał tu wracać. Nie bardzo wiedziałem co dalej ze sobą zrobić. Nie miałem zamiaru iść do domu, nie w takim stanie. Najlepszym rozwiązaniem tego wszystkiego wydawało mi się oznajmienie Fish'owi, że jego idealna dziewczyna (bo taką zgrywała Katelynn) puściła się w Mullinsem, osiemnastoletnim, wrednym, fałszywym rudzielcem. Gdy tylko powiem mu o zaistniałej sytuacji to pewnie zakatuje Matty'ego. Nie będzie miał ani krzty litości, ale zasługuje na to. Zasługuje na całe zło, które zapoczątkował.
Z jednej strony nie powinienem go sprzedawać Jordanowi, natomiast z drugiej aż mnie do tego ciągnęło. Postanowiłem przychylić się ku drugiej opcji oraz niemal natychmiast wcielić ją w życie.
W miarę szybko szedłem przez centrum Memphis, raz po raz mijając jakieś kancelarie prawnicze. Byłem cholernie zdeterminowany, by wszystko wyśpiewać, najlepiej od razu, niestety musiałem jeszcze dojść na miejsce. Tak więc, przyśpieszyłem kroku.
Pół godziny drogi i dotarłem. Otworzyłem czarną bramę oddzielającą ulicę od terenu spółdzielni, po czym wszedłem do klatki. Sprawnie odnalazłem odpowiednie piętro oraz zapukałem do drzwi. Stres zjadał mnie od środka, chciałem uciec, praktycznie już wykręcałem, ale on stanął zdziwiony w przejściu, także zostało mi tylko powiedzenie prawdy.
- Uh, cześć - zacząłem - Słuchaj, mam pewną ciekawostkę, która może ci się nie spodobać, ale powinieneś ją znać.
Chłopak zmarszczył brwi.
- Wejdź.
Poszedłem do salonu, usiadłem na kanapie oraz bawiąc się palcami obmyślałem jak to sformułować.
- O co chodzi?
Postanowiłem zacząć od początku.
- Dzisiaj po szkole postanowiłem porozmawiać z Matty'm Mullinsem, bo od dłuższego czasu nie mieliśmy dobrego kontaktu.
- Do rzeczy - przerwał.
- Byłbyś dla mnie trochę milszy. Łaskawie przychodzę tutaj z informacją, że Katelynn cię z nim zdradza, a ty nie szanujesz ani mojej osoby, ani tego co dla ciebie robię.
Momentalnie jego twarz przybrała kolor mocniej czerwieni.
- Zdradza mnie? Katy mnie zdradza? Z jakimś kujonem!? - wrzasnął.
Kipiała z niego wściekłość, gniew oraz nienawiść.
- Pójdę już - szepnąłem.
Najszybciej jak potrafiłem opuściłem to miejsce. Słyszałem jeszcze dźwięk tłuczonego szkła, nawet przed blokiem. Kate zastanie niezła awantura, ale mi to obojętne.
*
Po tym wydarzeniu od razu poszedłem do domu. Nie było sensu bez celu chodzić po mieście, wolałem przeczytać jakąś dobrą książkę, wypić ciepłą herbatę. Wolałem spokojnje przeanalizować ostatnie wydarzenia.
Usiadłem wygodnie na skraju łóżka z laptopem w ręku, wszedłem na różne portale społecznościowe, sprawdziłem pocztę, po czym wyłączyłem urządzenie.
Nagle zabrzmiał dzwonek smsa.
Vic: Jesteś w domu?
Kellin: Tak, a co?
Vic: Szykuj się, zabieram Cię gdzieś. Będę za 10 minut ;)
Nie odpisałem, ale zamiast tego zacząłem piszczeć ze szczęścia, niczym niezrównoważona psychicznie nastolatka, naprawdę. Jakby na skrzydłach podleciałem do szafy, by wybrać dogodny strój na randkę, bo to chyba była randka, kolejna randka, żeby tak powiedzieć. Nasz związek był idealny, żadnych kłótni, sprzeczek czy niezgodności.
Wyjąłem białą koszulę oraz czarne rurki. Ubrałem się, uczesałem potargane włosy, po czym zszedłem na parter, gdzie siedziała cała moja "rodzina". Do szklani nalałem soku pomarańczowego i w oczekiwaniu sączyłem napój.
- Gdzie idziesz?
Spojrzałem na matkę, która również nalała sobie cieczy do kubka.
- Na randkę. - odparłem.
- Z kim?
Stawała się coraz bardziej natarczywa. Nie wiedziała nic o moim życiu osobistym, o tym, z kim się spotykam. Na szczęście usłyszałem trąbienie dobiegające spod domu. Dziękuję ci Victorze.
- Nieważne, muszę iść. Cześć.
Założyłem swoje schodzone tomsy i wyszedłem. Chłopak wysiadł z auta, po czym słodko pocałował mnie w usta. Chciałem przeciągnąć ten moment, jednak on na to nie pozwolił.
- Zapraszam ze mną. - powiedział uroczo oraz otworzył drzwi od strony pasażera.
Wsiadłem do środka, a Vic zrobił to samo.
Droga mijała w dobrej atmosferze, grało radio, a my śpiewaliśmy wraz z wykonawcami tam puszczanymi. Co jakiś czas mój telefon wibrował, bo Matty za wszelką cenę próbował się do mnie dodzwonić, co skutecznie mu utrudniałem.
Nie wiem ile dokładnie jechaliśmy, myślę, że coś około godziny. Vik gdzieś na uboczu zatrzymał samochód. Oboje wyszliśmy z maszyny, a chłopak splótł nasze palce. Szliśmy leśną dróżką, a ja - jak to ja - nie miałem pojęcia gdzie jestem. Moja orientacja w terenie jest słaba, więc łatwo wyprowadzić moją osobę w pole.
Po pięciu minutach ujrzałem cywilizację. Chyba obeszliśmy Memphis dookoła, bo tej części miasta nie znałem.
Weszliśmy w jakąś uliczkę, a później do jakiegoś lokalu. Victor podał nazwisko kelnerowi, który następnie zaprowadził nas do stolika na końcu sali. Zaraz potem podał nam karty z daniami oraz odszedł.
- No i jak ci się podoba?
- Oprócz tego, że nie wiem gdzie jestem to cudownie - powiedziałem żartobliwie, na co zaśmiał się pogodnie.
- Wybieraj co chcesz, ja stawiam. - puścił mi oczko.
*
Po skończonej kolacji pojechaliśmy do niego. Nie wiem po co, ale nalegał, więc w końcu uległem. W salonie siedział Mike oglądając jakiś film.
- Witam braciszka i jego ślicznego chłopaka! - krzyknął radośnie. - Coś do picia? Papierosa? Pizze? Jointa? Może obejrzymy razem komedię? Albo horror?
- Mike'y. - warknął straszy Fuentes.
- Sory brachu, po prostu chciałbym być dobrą gosposią.
Zachichotałem cicho na jego odpowiedź. Cóż, próbował nas ugościć. Zostawiając zmieszanego chłopaka ruszyliśmy na górę, do jego pokoju. Drogę znałem w miarę dobrze, kilka razy tam zawitałem, nie licząc oczywiście tej dyskoteki, której prawie wcale nie pamiętałem pomimo licznych prób przypominania sobie przebiegu zdarzeń. Bezskutecznie.
Przez godzinę gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Tak naprawdę mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, ale po pewnym czasie postanowiliśmy milczeć. Leżałem wtulony w Vica, czułem bijące od niego, czułem szczęście. Mimo tak wielu upadków, wreszcie byłem w stanie wstać, przy pomocy tego pana obok mnie. Wreszcie...
_________________________________________________________________________________
Koniec słodkości, w następnym zacznie się akcja! Taka akcja akcja, a nie to co dotychczas ;-;
Ale bez spojlerów.
Ostatni rozdział przed początkiem roku, omg.
Liczę na duuuuuuużo komentarzy.
Love.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział XI (Kellic)

- N-nie wiem co powiedzieć. - wyszeptałem w miarę możliwości.
Kto by się tego spodziewał? Minęło dopiero kilka tygodni od magicznej przemiany, którą niespodziewanie przeszedł przez zupełnie nieznane mi okoliczności, a tu proszę, Victor Vincent Fuentes chce bym był jego partnerem. Zaskakiwał mnie już wieloma swoimi zachowaniami - między innymi naszą pierwszą randką - ale tego w życiu bym nie przewidział. Miałem w głowie już wiele scenariuszy, jak potoczy się ta znajomość. Na początku myślałem, że wciągnie w jakieś narkotyki, uzależnię się, trafię na odwyk. Później, że robi sobie zwyczajne żarty (znowu), ale w końcu podjąłem jakże wspaniałą - dla niego na pewno - decyzję. Warto spróbować, prawda?
- Zgódź się - powiedział ochoczo.
- Co tu robicie? - zagadał jakby zadowolony Jack, pewnie wygrał dyskusję z Alexem.
- Nic takiego.
- Proszę Kellina o chodzenie - odparł Vic.
Barakat otowrzył szeroko usta i wyszczerzył oczy, na co odpowiedziałem słodkim chichotem. Zareagował tak samo jak ja, co wyglądało dość komicznie. U Vika zawitał pogodny uśmiech, ale jego oczy mówiły coś innego. Był zdenerwowany oraz zniecierpliwiony, a przynajmniej tyle mogłem wyczytać.
- To nieźle. Może ja nie przeszkadzam.
- Widzimy sie później?
- Jasne, Kell. Powodzenia.
Odszedł w stronę chłopaka z różą na dłoni, coś szepnął mu na ucho, po czym zaczęli skakać jak idioci.
- To jak?
- Victorze, będę twoim chłopakiem - oznajmiłem.
*
Lekcje, jak to lekcje, nudne, choć dzisiaj połowa nauczycieli nie stawiła się, by nas nauczać, więc miałem więcej czasu, by poświęcić go Vicowi. Szczerze, byłem chyba największym szczęściarzem pod słońcem. Wielu do niego uderzało na różne sposoby, dziewczyny próbowały przedstawiać swoje krągłości, na co Fuentes pozostawał niezwruszony, natomiast płeć przeciwna nie była nim tak bardzo zainteresowana, by się tak upokarzać, bo dziewczyny się po prostu ośmieszały. Poza tym, u nas w szkole nie było dużo homoseksualistów, większość osób tutaj to jebane homofoby. Co prawda, Vik jest biseksualny, ale zaobserwowałem iż nie zwraca uwagi na kobiety i ich "wyposażenie", a na mężczyzn. Może on jest gejem, a tego nie wie? Zresztą, mniejsza, teraz to mój chłopak. Jak się z tym czułem? Cudownie wręcz. Chociaż nie okazywaliśmy sobie uczuć w szkole to bez przerwy miałem świadomość, że on był gdzieś obok, że cały czas na mnie spogląda. Bardzo mi to odpowiadało i mimo wszystko podjąłem dobrą decyzję. Przynajmniej już nie musiałem narzekać, że jestem samotny.
Po lekcjach postanowiłem porozmawiać z Mullinsem. Jego zachowanie niepokoiło mnie od tych kilku tygodni, prawie wcale nie gadaliśmy, ba, nie zamienialiśmy ze sobą nawet zdania. Unikał mojej osoby na wszystkie możliwe sposoby, wiec może powinienem strzelić takiego porządnego focha i nic z nim nie wyjaśniać?
Szedłem równym krokiem przez miasto, po drodze mijając przechodniów, prawdopodobnie pędzących z pracy do domu. Zazdrościłem im takiego życia, tego, że są niezależni, że mają własne domy, rodziny, dzieci. Czyli tak naprawdę mają wszystko czego ja zawsze pragnąłem - odrobinę szczęścia z ukochanymi osobami u boku i dobrą pracę.
W przeciągu czterdziestu minut praktycznie byłem na osiedlu Matty'ego. Mieszka w pokaźnym wieżowcu w centrum Memphis, całkiem niedaleko centrum handlowego, gdzie zresztą często chodziliśmy dla rozrywki. Od szkoły ma coś około godziny spokojnym spacerkiem, więc to nie tak daleko.
Otworzyłem drzwi ukrywające klatkę schodową, po czym w miarę sprawnie znalazłem się w windzie, bo po schodach drałował nie będę. Wcisnąłem odpowiedni przycisk i czekałem aż maszyna stanie na ósmym piętrze. Gdy to zrobiła, niemal natychmiast z niej wyszedłem. Nienawidzę ciasnych, klaustrofobicznych pomieszczeń. Być może ową klaustrofobię posiadam, kto wie.
Znalazłem odpowiednie mieszkanie, zapukałem, a po krótkiej chwili w drzwiach stanął zdziwiony rudzielec. Dzisiaj wcześniej opuścił zajęcia, to też chciałbym wyjaśnić.
- Mogę wejść? - zapytałem, ale nie licząc na odpowiedź wepchnąłem się do środka.
- Tak, jasne, zapraszam. - mruknął niezadowolony.
Zdjąłem buty, zostawiłem torbę w przedpokoju, by następnie ruszyć do salonu. Jego rodziców nie było od rana do wieczora, bo pracowali, a Matt miał cały dom wyłącznie dla siebie. Dziwiło mnie jedynie, że siedział w samych krótkich spodenkach, co kwalifikowałem jako bardzo rzadkie zjawisko u niego.
- Więc chciałem wyjaśnić zaistniałą sytuację.
- Nie ma co wyjaśniać, po prostu nie podoba mi się twoja znajomość z Fuentesem. - odparł bez emocji.
- Jasne, od początku go nie lubiłeś. Ale chyba teraz musisz się z tym pogodzić, bo to mój chłopak - powiedziałem.
Chłopak spojrzał na mnie podejrzwliwie, ale też ze smutkiem. O co mogło mu chodzić? Wyraźnie coś ukrywał, coś, co go gryzło, być może od dłuższego czasu.
- Gratuluję, czy coś. A teraz przepraszam, byłem dość zajęty.
- Czym?
Nie odpowiedział.
- Matty, co tu się dzieje? - usłyszałem znajomy głos dobiegający z sypialni.
A któż to do nas zawitał? Katelynn, w samej bieliźnie.
Czyli tak naprawdę wszystko już wiadomo. Mullins ma romans z Kate.
I właśnie w tym momencie straciłem ich oboje.
_________________________________________________________________________________
Ok, ten jest krótszy od reszty, ale to specjalnie, działanie zamierzone.
Wszystko idzie bardzo dobrze, w sumie wiele osób by się nie spodziewało takiego obrotu akcji, ale no, lubię zaskakiwać B)
Niedługo, na razie jest tak smutno, chyba, ale niedługo będzie rzygać tęczą, I promise.
Pamiętajcie, że potrzebna jest duża ilość komentarzy c:
Uwielbiam Was.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział X (Kellic)

Mimo, że nie należę do osób, które mają problemy ze wstawaniem, tamten poranek był wyjątkowo trudny do zniesienia. Obudziły mnie promienie słoneczne dobiegające z niezasłoniętego okna. Powoli otworzyłem oczy, jednocześnie pozbywając się czarnych plamek, które ograniczały moją widoczność i co ujrzałem? Nagiego Vica leżącego obok i obejmującego mój tors ramieniem. Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie byliśmy, ostatnie co pamiętam, to spora dyskoteka u Fuentesów, ogrom ludzi, woń alkoholu, narkotyki, później ktoś dał mi drinka, którego wypiłem, a następnie odpłynąłem. Kiedy tak leżałem z Victorem (taki ze mnie szczęściarz) myślałem, próbowałem odtworzyć wczorajszy wieczór, wszystkie wydarzenia, ale z czasem powstawały kolejne pytania. Co robiłem z Vikiem w jednym pokoju? Dlaczego oboje byliśmy nadzy? No i chyba najważniejsze, czy uprawialiśmy seks? Zupełnie nic, żadna odpowiedź na te nurtujące pytania nie przychodziła mi do głowy.
Nagle chłopak rozchylił powieki. Przestraszyłem się, przecież nie wiadomo jak zareaguje na zaistniałą sytuację. Ku memu zdziwieniu pocałował mnie w czoło, po czym wstał oraz podszedł do szafy, wyciągnął dwie pary bokserek, dwie bluzki. Połowę oddał mi, a sam zniknął gdzieś we wnętrzu łazienki. Sprawnie ubrałem na siebie podarowane rzeczy.
W między czasie odnalazłem wzrokiem moje wczorajsze ubranie. Cholera, co tu musiało się dziać, pomyślałem. Porozrzucane szmaty, gdzieś na boku buteleczka z żelem i puste opakowanie prezerwatyw. Tak naprawdę dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Fakty mówiły tylko jedno, ale ja nie chciałem nawet dopuścić tej myśli. Nie mógłbym zrobić takiej głupoty, nawet po pijaku. Być może ze starszym Fuentesem łączyło mnie coś więcej, byłem w nim zakochany po uszy, ale wciąż nie wiedziałem czy on również czuje to samo. Niczego nie byłem pewien, ale najważniejsze to wyjaśnić całe zajście z Vikiem, bo bez szczerej rozmowy nic nie zadziałam. Zresztą, takie mam motto, rozmowa to podstawa każdej relacji międzyludzkiej.
Siedziałem na skraju łóżka, wymyślając jakieś dobre rozpoczęcie tematu. Nie mogę wyskoczyć z głupim "Cześć Victor, czy zeszłej nocy uprawialiśmy seks?". Jedynie zmniejszyłbym szanse na rozwiązanie sprawy. Przecież dobre wrażenie robisz przez trzy pierwsze sekundy.
Vic wszedł do pokoju już ubrany, z jego lekko pofalowanych loków spływały kropelki wody, które następnie lądowały na koszulce z nadrukiem. Czekoladowe oczy chłopaka błyszczały, na ustach widniał szczery uśmiech (przynajmniej na taki wyglądał), a całość współgrała ze sobą, tworząc ideał, który chciałem oglądać codziennie rano.
- Jak się spało? - zagadał.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo praktycznie nic nie pamiętałem? Może tym razem warto wszystko z siebie wydusić?
- Słuchaj Vic, nie wiem co się wczoraj działo, ale niektóre dowody - pokazałem ręką na podłogę - są dość przytłaczające, a ja nic nie pamiętam. Wyjaśnisz mi to jakoś?
Chłopak głośno przełknął ślinę:
- Byłeś trochę pijany..
- Bardzo pijany, jeszcze nigdy nie widziałem nikogo z tak słabą głową - zaśmiał się Mike, który wszedł do pokoju, gdzie siedzieliśmy po paczkę papierosów.
- Wypad młody! I nie pal w domu, wyjdź na podwórko. Później tylko śmierdzi dymem. - warknął Vik.
- Dobrze mamo! - krzyknął młodszy Fuentes na odchodnym.
- Kontynuując, po tym jak przestałeś całkowicie kontaktować, zabrałem cię do mojego pokoju, czyli tutaj, no i.. - podrapał się po głowie - chciałeś się kochać, a ja też byłem wstawiony.
Miałem rację, znowu, niesamowite.
- Kellin, oboje nie myśleliśmy racjonalnie.
- Co nie znaczy, że mogłeś mnie wykorzystać - syknąłem.
- Wcale cię nie wykorzystałem! - zaprzeczył.
- Jasne.
- Kells, proszę, niech to nie wpływa na nasze relacje.
Może miał rację. Byliśmy pijani, alkohol zadziałał i stało się. Czasu cofnąć nie da rady, więc trzeba zaakceptować taki bieg wydarzeń.
- Raczej nie - szepnąłem najciszej jak potrafiłem.
- To super! - podszedł do mnie i złączył nasze wargi w pocałunku.
No i znów zawiatły te głupie motyle w brzuchu. Na początku moje nastawienie do niego było sceptyczne, miałem niemal stuprocentową pewność, że nic więcej z tego nie wyniknie, a tym czasem bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Jeszcze rok temu nie miałbym szansy tak dobrze go poznać, wciąż jest dla mnie zagadką, czemu tak nagle zmienił nastawienie co do mojej osoby.
*
Weekend minął spokojnie, zresztą jak zawsze i nastał poniedziałek. Standardowo wstałem o godzinie szóstej, załatwiłem poranną toaletę, ubrałem czarną bluzkę bez nadruku oraz kremowe spodenki za kolano, spakowałem odpowiednie zeszyty na dane lekcje, założyłem swoje tomsy, po czym wyszedłem z domu. Uczęszczam do tego liceum ponad dwanaście miesięcy, więc spokojnie miałem wyliczone ile czasu zajmie mi dojście na miejsce. Na szczęście moje tymczasowe mieszkanie znajdowało się dość blisko szkoły, także w pół godziny docierałem. Od razu po zakończeniu nauki tutaj, wynoszę się z tego wariatkowa, znajduję własne gniazdko i w spokoju studiuję, by później zostać jednym z najlepszych adwokatów w Memphis, a może całym stanie Tennessee, tak, to zdecydowanie jedno z moich priorytetów.
Poczułem wibracje z w kieszeni, więc sprawnie wyciągnąłem telefon.
Vic: Jestem niedaleko Twojego domu. Podrzucić Cię?
No tak, co do Victora... Nasze wzajemne realcje oznaczałem jako bardzo dziwne, w ten weekend dzwonił do mnie co wieczór, życzył mi dobrej nocy, po czym mówił, że mnie kocha. Nie byliśmy parą, a tylko czymś na ten wzór, co bardzo mi nie odpowiadało. Zawsze wolę wiedzieć na czym stoję.
Kellin: Jestem już w połowie drogi, nie musisz się fatygować.
Vic: Ale chcę. Czekaj na przystanku, dobrze?
Kellin: Potrafię sam chodzić, powtarzam, nie fatyguj się specjalnie.
Vic: Już nieważne. Przynajmniej się odwróć ;)
Za mną jechał czerwony cadillac Fuentesa. Westchnąłem cicho na ten widok, ale wymusiłem uśmiech. Chciałem by wyglądał jak najbardziej szczerze. Cieszyłem się, że znów zobaczę Vika, ale chciałem zrobić sobie spokojny spacer. No nic, trudno.
Wsiadłem do środka, zapiąłem pasy, oparłem się o zagłówek oraz zamknąłem oczy. Byłem cholernie niewyspany, bo powtarzałem tematy na dzisiaj. Nigdy nie wiadomo czy nauczyciela coś nie weźmie na przepytanie klasy z ostatnich lekcji, a przezorny zawsze ubezpieczony.
Jechaliśmy w ciszy jakieś piętnaście minut (no tak, samochodem szybciej, muszę zrobić prawo jazdy, koniecznie) i dotarliśmy na miejsce. Vic zaparkował na swoim stałym miejscu parkingowym. Uczniowie wiedzą, że ta przestrzeń należy do klubu Meksykanów, tylko oni mogą tu parkować. Pamiętam, że jakiś czas temu chłopak z imieniem Josh zajął miejsce całemu Tonny'emu z paczki Vika, a po lekcjach zastał swoją kochaną maszynę w opłakanym stanie. Ludzie nie chcieli nic mówić, więc dyrekcja odpuściła i przeniosła Josha do innej placówki, a od tej pory wszyscy trzymają się z dala.
Wysiadłem z auta, zamykając przy tym drzwi z lekkim trzaskiem, po czym ruszyłem do grupki przyjaciół stojących pod wejściem do budynku. Alex z Jackiem prowadził zawziętą konwersację na jakiś temat, prawie krzyczeli z podniecenia, chodziło o jakąś książkę, a ku memu zdziwieniu Matty - który od dłuższego czasu unikał kontaktu ze mną - stał z boku słuchając tej dyskusji między Barakatem, a Gaskarth'em. Chyba muszę wyjaśnić z nim parę spraw.
- Kellin, zaczekaj!
- Jeszcze nie poszedłeś do swoich znajomych? - zapytałem z udawanym zdziwieniem.
- Niech się zajmą sobą, wiecznie nie mogę być ich niańką - Vik zaśmiał się pogodnie. - Ale ogólnie, to mam do Ciebie pewne pytanie.
- Słucham.
- Zostaniesz moim chłopakiem?
Otworzyłem szeroko oczy. O cholera.
_________________________________________________________________________________
OK LUDZIE, MAM KILKA INFORMACJI.
Po pierwsze - niedługo kończę to opowiadanie (zostało jeszcze coś około dziesięciu rozdziałów, może mniej), ale napiszę jeszcze kontynuację do tego. Nie wiem jak to będzie w ciągu roku szkolnym, na pewno posty pojawią się rzadziej, bo muszę ostro wziąć się za naukę. Następnie po kontynuacji zacznę pisać kolejne fan fiction, też Kellica - ogólnie ten blog to jeden wielki zbiór Kelliców XD - już mam fabułę.
Po drugie - liczę na opinię od Was na temat tego ff. Długość chapterów Wam odpowiada? Może treść jest zbyt nudna? Za szybko wszystko opisuję? Naprawdę, help me, bo nie wiem XD
Po trzecie - dziękuję za tyle pozytywnych komentarzy.
Po czwarte - następny rozdział pojawi się jeszcze przed pierwszym września, także oczekujcie.
No i ostatnie - może to trochę wredne z mojej strony, że tak jakby "szantażuję" Was tymi komentarzami, ale to mnie BARDZO motywuje do działania, pisania, bla bla bla. Więc pod tym poproszę co najmniej 9 komentarzy, a rozdział pojawi się jeszcze szybciej niż powinien.
Mam nadzieję, że tego nie odczujecie.
Cya c:

środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział IX (Kellic)

Rozdział zawiera sceny od lat osiemnastu, czytasz na własną odpowiedzialność XDXD
Chcieliście seksy, proszę bardzo.
Liczę na komentarze, dużo komentarzy, tyle co ja łez przy tym straciłam XDDDD
Hang on!
_________________________________________________________________________________
Po naszym pocałunku wszystko układało się nawet dobrze. Atmosfera w domu przestała być taka napięta, kłótnie nie miały już miejsca, znów mogłem w spokoju czytać książki, przeglądać materiały na następne lekcje. W szkole zarabiałem wzorowe oceny, a co najważniejsze Victor coraz częściej zabierał mnie gdzieś po zajęciach. Najczęściej przesiadywaliśmy u niego w pokoju rozkoszując się swoim towarzystwem. Te kilka tygodni minęło naprawdę szybko. Nie ma co narzekać, mi bardzo odpowiadały zmiany jakie zaszły. Moje życie powoli zaczynało nabierać barw, już nie było takie szare jak kiedyś, teraz Vik wlazł do niego z wiadrami kolorowej farby i rozlał ją gdzie popadnie, za co zresztą bardzo mu dziękuję.
¤Vic¤
Plan szedł jak po maśle, Kellin to bardzo łatwowierna istotka, więc dość szybko owinąłem go sobie wokół palca. Wystarczyło kilka miłych słów, trochę czułości, parę spotkań i od razu zaczął mi ufać. To zadanie wcale nie jest takie trudne, ale nie czułem się dobrze, przecież ja najzwyczajniej go wykorzystywałem, raniłem jego uczucia, nawet jeśli on o tym jeszcze nie wiedział. Moje zachowanie było bardzo nie w porządku, bo zacząłem czuć do niego coś więcej. Jest fajnym chłopakiem, przyciągał mnie swoim wyglądem i gdyby nie zakład może naprawdę coś więcej by z tego wyniknęło. Jednak teraz liczyło się tylko, żeby wygrać, bo nigdy nie wiadomo do czego ci debile są zdolni. Jaime miał chyba najbardziej szalone pomysły, pamiętam jak kiedyś wkręcił nauczyciela, że owy umierał na raka, a to tylko dlatego, że postawił mu gorszą ocenę. Już nigdy więcej nie zobaczyliśmy pana Harrisa u nas w szkole. Nawet nie wiem, jakim cudem dorosły człowiek dał się na to złapać, ale chyba Preciado ma jakiś dar. Raczej wolałbym nie wnikać.
Piątek jest jedynym dniem tygodnia, w którym mam okazję spotkać się ze znajomymi na jakiejś większej imprezie, poświętować, a ostatni raz był dość dawno, biorąc pod uwagę nadmiar nauki jakim nas obsypano.
- O cześć Vic! Właśnie gadamy o dzisiejszym wieczorze! - zawołał Tony.
- Dobrze, dobrze. Mam nadzieję, że wszystko przygotowane.
- Jasne, stary, najlepszy towar w mieście! - oznajmił donośnie Mike, co spotkało się z kilkoma wrogimi spojrzeniami uczniów.
- Japa, debilu. - warknął Jaime. - Jeszcze popsujesz cały plan, a wtedy twój kochany braciszek przegra.
- Ma rację. Siedź cicho, młody - pokwitowałem.
- Sory brachu - odparł, po czym odszedł do swojej dziewczyny, Caroline.
To skąpo ubrana, opalona blondynka, czyli ulubiony typ kobiet mojego brata. O dziwo, ta różni się od reszty jego wybranek. Jest miarę inteligentna, nawet miła oraz nawet nie tak pusta, jak by się mogło wydawać. Są ze sobą sześć miesięcy, a ja ją polubiłem.
*
Dom pełen ludzi, głośna muzyka, woń alkoholu, papierosów i skrętów (które wykombinował Mike'y), spocone ciała ocierające się o siebie nawzajem - czytaj wspaniała atmosfera. Zaprosiliśmy chyba pół szkoły, plus trochę znajomych młodszego, całe szczęście, że rodziców wiecznie nie ma w domu, bo zabiliby mnie za to wyprawialiśmy. Nasze imprezy były znane głównie z wódki i seksu. Co poradzić, nam to odpowiadało, ludziom zresztą też. Teraz jest czas na zabawę, a nie na naukę. Chociaż ktoś inny mógłby mieć odmienne zdanie. Na przykład Kellin. Wyczekiwałem przybycia tej małej królewny śnieżki już jakieś dziesięć minut, a czekanie bywa cholernie irytujące. Ale cóż, najwyraźniej będę musiał poczekać jeszcze trochę.
W między czasie poszedłem do kuchni, by Tony zrobił mi drinka. Musiałem jakoś rozładować ten stres. Denerwowałem się, że coś popsuję, a wtedy cały plan nie wypali. Moja rola w tym "przedstawieniu" była ogromna, bo to ode mnie zależało jak to rozegram. To ode mnie zależało, tak naprawdę, wszystko.
- Dobra stary, wiesz jaki jest plan, podwójna dawka - szepnąłem do przyjaciela stojącego za barem.
Ten przytaknął, a ja wziąłem kieliszek z niebieskim napojem i ruszyłem w stronę brata.
- Masz wszystko?
- Jasne, nie mogę cię przecież zawieść brachu - odparł zadowolony.
- Wspaniale.
Jako organizator akcji jestem odpowiedzialny za dopilnowanie danych pionków. Słabo, że nazywam przyjaciół pionkami, ale takie jest życie. Pełne zasadzek i okrutne. Poniekąd.
Usiadłem na sofie w salonie, wciąż szukając wzrokiem Quinna. Gorzej jeśli on nie przyjdzie. Wtedy mój los jest policzony.
Czekałem pięć minut, aż ktoś delikatnie szturchnął mnie w ramię.
- Przyszedłeś! - powiedziałem podekscytowany przytulając czarnowłosego chłopaka.
*
Po godzinie byłem już odrobinę wstawiony, ale mimo to bawiłem się świetnie, nawet w towarzystwie takiej osoby jak Kellin.
Gdy on już przestawał kontaktować (dziękuję Tony'emu i jego drinkom oraz Mike'owi i jego skrętom) zabrałem go na górę, do swojego pokoju. Jeszcze tylko wyciągnąłem telefon by napisać smsa do Jaime'go:
"Jesteśmy u mnie w pokoju. Nasłuchuj, Preciado".
Otworzyłem Quinnowi drzwi, bo nie poradziłby sobie, przecież ledwo trzymał się na nogach. Co chwilę pierdolił o jakichś jednorożcach, tęczy.
- Dotrzesz sam do łóżka?
- Wątpisz w moje możliwości? - zapytał oburzony.
Zapamiętać, nigdy więcej go nie upijać.
Usiadł na skraju łóżka, po czym bacznie obserwował moje poczynania. Ja natomiast przygotowywałem "przemowę".
- Słuchaj Kellin, zapewne jutro nic nie będziesz z tego pamiętać, ale lubię Cię, nawet bardzo.
- To dobrze, bo ja Cię kochaaaaaaaam - przeciągnął ostatnie słowo.
On nic nie będzie pamiętać, Vic, weź się w garść.
Naparłem moimi wargami na jego, a to spowodowało, że trwaliśmy w namiętnym pocałunku. Zdjąłem spodnie, które rzuciłem gdzieś w kąt, nawet nie patrzyłem gdzie. To samo zrobiłem ze spodniami Kellina i siedział przede mną w samej koszulce i bokserkach, zresztą ja byłem w podobnym stanie.
- Bądź głośno - mruknąłem w jego szyję, po czym mocna ją zassałem, przez co powstała pokaźna malinka, która jutro będzie widoczna.
Pozbyłem się jego bokserek oraz bluzki, a następnie powtórzyłem to samo, tylko na sobie.
- Ssij - rozkazałem, pokazując na swoją nabrzmiałą męskość. - Uuuh, właśnie tak.
Gdy skończył mogłem zająć się nim, choć wcale nie musiałem. Objąłem jego przyrodzenie wargami i powoli wziąłem je całe do ust, a to sprawiło mi odrobinę problemu, bo miał się czym pochwalić. Głośne jęki Kellina wypełniały pomieszczenie. Poruszałem głową w górę i w dół, raz po raz dołączając język. Zatrzymałem się na jego końcówce oraz mruknąłem, przez co chłopak drgnął.
- Na plecy - wydyszałem.
Posłusznie zmienił pozycję, a ja sięgnąłem do szafki po lubrykant i prezerwatywę. Nigdy nie wiadomo czy nie nosi w sobie jakiegoś świństwa, a ja szerokim łukiem omijałem chorób wenerycznych.
Założyłem gumkę, posmarowałem całą długość zimnym żelem, co sprawiło mi trochę przyjemności.
Jednym ruchem wszedłem w chłopaka, przez co krótko krzyknął, natomiast ja jęknąłem przeciągle. Nie dałem szansy mu się przyzwyczaić do nowego uczucia, po prostu zacząłem agresywnie poruszać biodrami, co prawdopodobnie sprawiało mu niemały ból. Natomiast ja odczuwałem niesamowitą przyjemność i kilka chwil później doszedłem w prezerwatywę.
Pomogłem Kellinowi, żeby także dosięgnął nieba, przynajmniej to mogę zrobić.
Pocałowałem go w czoło, a on niemal od razu usnął w moich ramionach.
Zamknąłem oczy, ale nagle moja komórka zawibrowała.
Jaime: Gratuluję, wygrałeś zakład. Ty ogierze, hahah.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział VIII (Kellic)

Czytałem i analizowałem tego smsa pięć razy, szukając jakiegoś niedociągnięcia, które udowodniłoby, że Vic zwyczajnie robił sobie żarty. Nawet pokazałem go Alex'owi, ale on stwierdził, że powinienem tam iść. Jack powiedział dokładnie to samo, nic dziwnego, oni zgadzają się prawie we wszystkim. Matty'ego nawet nie miałem zamiaru pytać o zdanie, bo odszedł od naszego stolika.
- To co mam zrobić? - zapytałem, desperacko próbując znaleźć rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Mózg mówił nie, a serce wręcz przeciwnie. Cóż, chyba jestem zdany na tych debili siedzących naprzeciwko mnie.
- Idź - odpowiedzieli jednocześnie, a to sprawiło, że zaczęli się namiętnie całować.
Postanowiłem dłużej na to nie patrzeć, bo to jedynie zdołowałoby mnie jeszcze bardziej. Cholera, nie miałem tak bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem już tyle czasu, przecież od wakacji byłem sam. W sumie miałem jedną partnerkę (w wieku 13 lat, tak dla próby) i trzech partnerów, do których naprawdę się przywiązałem.
Alan był moim pierwszym chłopakiem. Zagadał do mnie podczas spaceru, po prostu poszedłem do parku zaczerpnąć świeżego powietrza, a on akurat tamtędy przechodził i na siebie wpadliśmy. Wymieniliśmy numery telefonów, a jak widać coś więcej z tego wyniknęło.
Drugi był Gabe, poznaliśmy się w księgarni, kiedy to szukałem jakiejś ciekawej książki dla Matty'ego na urodziny. Niestety nie widzieliśmy się więcej od zerwania.
No i trzeci, ten najbardziej brutalny, czyli Jesse. Kiedyś napisał do mnie na portalu społecznościowym. Później ogarnęliśmy spotkanie, było super, kochaliśmy się. Naprawdę myślałem, że to ten jedyny, ba, nawet planowałem wspólną przyszłość. A co z tego wyszło? Nic, zdradził mnie i zerwał smsem, wyobrażacie to sobie? Treść tej wiadomości raniła niż mogłoby się wydawać. "Wybacz, że tutaj. To zapewne nasza ostatnia rozmowa. Musimy... musimy się rozstać. Zdradziłem Cię. Nie mogę tego ukrywać. Poza tym... ja nie daję tak rady. Przepraszam Kellin, przepraszam." Po czterech miesiącach związku odpuścił i chyba tylko to mam mu za złe. Ale cóż, trudno.
Niepewnie szedłem w stronę wyjścia, po drodze zahaczyłem o toaletę, mniej więcej ułożyłem włosy, które dzisiaj wyjątkowo były nieposłuszne, po czym znalazłem się na parkingu. Przy swoim aucie stał zniecierpliwiony Vic, co chwilę sprawdzał coś w komórce, wyglądał wtedy tak cudownie. On bez przerwy wygląda cudownie, ale wtedy wyjątkowo cudownie. Mieszam się sam w swoich myślach, jest źle.
- O, przyszedłeś! - zawołał.
Co odpowiedzieć żeby to nie brzmiało super głupio?
- Jakże mógłbym nie przyjść.
Brawo, Kellin, to zabrzmiało co najmniej dziwnie.
Mimo wszystko uśmiech zawitał ma jego twarzy. Uroczo.
- Zapraszam ze mną.
- Zależy gdzie. - odparłem.
- Jak to gdzie? Na naszą zaległą randkę.
Jechaliśmy na tą "randkę", ja oczywiście byłem cały zestresowany, Victor odwrotnie, siedział wyluzowany oraz w spokoju prowadził wóz. Zerwaliśmy się z połowy lekcji, a to niebardzo mi się podobało. Przecież to drugi semestr, trzeba zarobić dobre stopnie, poprawiać sprawdziany, pisać kartkówki, ogólnie pracować na jak najlepsze oceny końcowe. A tu proszę.
Nie miałem ani jednego w miarę normalnego pomysłu gdzie Vik mnie zabierał, myślałem tylko, że wywiezie mnie do jakiegoś lasu, zgwałci i zabije. Byłem nastawiony bardzo pesymistycznie, chciałem wyskoczyć z auta jeśli nadarzyłaby się taka okazja.
Skęciliśmy w lewo, a ja zacząłem poznawać okolicę. Co tutaj robiłem? To jedna z najdroższych dzielnic Memphis, mieszkają tu same nadęte bubki. Gdzie on mnie zabierał?
- Prawie jesteśmy. - oznajmił.
Dosłownie pięć minut później samochód się zatrzymał, a chłopak z niego wyszedł. Natomiast ja nie ruszyłem żadną częścią ciała. Dlaczego? To proste, byłem najzwyczajniej zdenerwowany. Przecież szedłem na randkę z mężczyzną moich marzeń, z moją miłością. Niby powinienem do niego lecieć, ale cóż, stres wziął nade mną górę.
Ostatecznie, jednak postanowiłem wysiąść, chociaż wciąż czułem nieprzyjemny ból brzucha.
- No dalej, nie zjem cię.
Uśmiechnąłem się delikatnie, a na mojej bladej twarzy zawitały szkarłatne rumieńce. Nie będzie aż tak źle, pomyślałem.
Wszystko przebiegało po myśli Victora, przynajmniej tak to wyglądało. Siedzieliśmy na jego sofie, w jego domu, jedliśmy przekąski (popcorn, chipsy, popijaliśmy colą) i ogądaliśmy filmy. Teraz przerabialiśmy jakąś komedię, co prawda mało ciekawą, ale my co chwilę wybuchaliśmy śmiechem, nawet bez powodu, a żeby tylko "zlikwiodwać" niezręczną ciszę. Jakoś nam to wychodziło, bo atmosfera była niesamowita. Teraz strach zastąpiło wszechogarniające uczucie, które sprawiało, że motyle znów tańczyły, że serce szybciej biło. Nie mogłem wtedy powiedzieć, czy to była miłość, nie, to raczej silne zauroczenie zżerające mnie od środka.
Czas mijał niemiłosiernie szybko, zanim się obejrzałem była godzina dwudziesta, kto by pomyślał, że będziemy mieli tyle tematów do rozmowy. Opowiedział mi o swojej rodzinie (jego ojciec ma własną kancelarię, matka pracuje w jakiejś firmie kosmetycznej), zainteresowaniach, ambicjach, zresztą ja zrobiłem to samo. Wszystko było jak z bajki.
W końcu postanowiłem wracać do domu, Vic nalegał, że mnie odwiezie i się zgodziłem. Tym razem w samochodzie panowała wesoła atmosfera, pełno śmiechu, praktycznie cały dzień taki był, ale to tyle i wyłącznie dzięki temu chłopakowi. Nie pożałowałem tego spotkania, nawet bym je powtórzył. Powtórzyłbym randkę z Victorem Vincetem Fuentesem. Przecież ja spełniłem jedno ze swoich marzeń!
Po dziesięciu minutach powolnej jazdy dotarliśmy na miejsce, jeszcze raz grzecznie podziękowałem i próbowałem wyjść z auta.
- Kellin, zaczekaj.
Odwróciłem się, a moje wargi spotkały się z wargami Vika.
Jak zareagować?
Ostatecznie oddałem pocałunek, bo później plułbym sobie w brodę, że tego nie zrobiłem.
_________________________________________________________________________________
Rzygam tęczą, sram brokatem, wszystko na raz XD
Przykro mi, jeśli zawiodłam, ale ja się nie nadaję do supi romantycznych rzeczy, tak ;-;
No ale halo, Viktur taki miły!
Nie lubię Jesse'ego, przykro mi.
I ten, komentarzeeeeee, dużo komentarzy.
TEN ROZDZIAŁ DEDYKUJE PANNIE MARTYNCE, KTÓRA PODPOWIEDZIAŁA MI JEDNO IMIĘ, TUTAJ, DZIĘKI BARDZO XDDD
Love.

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział VII (Kellic)

Zgodnie z obietnicą wieczorem przybył Victor. Ten chłopak z każdą sekundą mnie zaskakuje, najpierw ratuje od dalszego bicia, a teraz odbiera ze szpitala. Namieszał mi w głowie, chciałbym odkryć jego prawdziwe intencje, naprawdę, jednak od niego się nic nie dowiem, a szkoła będzie milczeć nawet jeśli by znała prawdę. Reasumując - nie mam szans. Może po prostu czekać na dalszy rozwój akcji i pozwolić mu działać? Chyba właśnie tak zrobię, to jedyny sposób. Zawsze mogę się wycofać, prawda?
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś, że ocaliłeś przed tymi baranami. Gdybyś tam nie był to pewnie dawno leżałbym na oiom'ie jeśli nie w grobie. To bardzo miłe z twojej strony.
- Daj spokój, na moim miejscu zrobiłbyś to samo. Poza tym mieliśmy mieć dzisiaj randkę - oznajmił patrząc mi w oczy.
Czy on właśnie nazwał nasze przyszłe spotkanie randką? Natychmiast zaczerwieniłem się na twarzy, ba, odcień tej czerwieni był tak mocny, że burak mógłby się schować.
- R-randkę? - zapytałem niepewnie.
Przecież to niemożliwe, nie, ten Vic, którego znam nigdy nie zaprosił mnie na żadne spotkanie (no oprócz treningów baseball'a). Ten Vic, którego znam by tak nie postąpił.
Przyznawać się, kto go podmienił, do jasnej cholery?
- Tak, Kellin, randkę. Zaprosiłem cię na randkę. Tylko my dwoje, ty i ja. Tak wiesz, romantycznie. - odparł z szerokim uśmiechem.
Dobra, opadłaby mi szczęka, gdybym nie miał zabandażowanej głowy, podziękowania dla Sykesa i tego drugiego!
Chłopak cały czas niósł moją torbę z rzeczami oraz tą szkolną. To słodkie, że o tym pomyślał. Ledwo chodziłem, więc nie bardzo widziało mi się noszenie tylu ubrań i książek (ubrania to zasługa mamy, tłumaczyłem jej, że zostaję tylko na jeden dzień, ale musiała tu napchać pół szafy, dosłownie, pół szafy). Ale no, miałem przy sobie silnego Victora, którego mogłem wykorzystać.
Praktycznie cały czas spoglądałem jak jego silnie zbudowane ramiona niosą ciężkie torby, napinają się i rozluźniają. Chyba to zauważył bo szalmancki uśmieszek wpełzł na jego twarz.
Dorarliśmy do czerwonego cadillaca Vica, zająłem miejsce obok kierowcy oraz zamknąłem oczy. Dosłownie chwilę później do środka wsiadł Fuentes, po czym odpalił samochód. Panowała niezręczna cisza, którą co jakiś czas przerywało grające radio. Siedziałem jak na szpilkach i czekałem aż on się odezwie, bo ja nie miałem takiego zamiaru. W głowie wciąż dudniły mi jego słowa. Oczekiwałem ich już z dobre dwa miesiące, a teraz w tak niepozornym momencie w końcu je usłyszałem.
- Więc... - zaczął chłopak. - To spotkanie wciąż aktualne?
- No jasne, uh, to znaczy jeśli chcesz - odparłem natychmiast, a tym samym wywołałem uśmiech na jego opalonej twarzy.
Wciąż próbowałem go rozszyfrować, odczytać uczucia jakie ukazywała jego mimika, ale nic. Był jak książka w obcym języku, którego nie znałem.
Dalsza droga znowu miajała w ciszy, tylko tym razem nawet mi to odpowiadało, im więcej czasy na rozmyślania tym lepiej.
- Chyba jesteśmy - mruknął pod nosem.
Posmutniał? Tak, na pewno posmutniał.
- Jeszcze raz dzięki za wszystko.
- Nie ma za co, naprawdę. Później napiszę. - oznajmił spokojnie, wysiadł, zabrał torby, otworzył mi drzwi i odprowadził do samego końca.
- Cześć! - krzyknął jeszcze na odchodnym.
Zza progu niemal od razu wyskoczyła mama i zaczęła mnie dusić, a w jej jasnych oczach zawitały łzy. Urodę odziedziczyłem po niej, również jest blada, ma taki sam kolor oczu jak ja.
- Szkoda, że wróciłeś. Było nam dobrze bez ciebie.
- Becky, w tej chwili do swojego pokoju! - krzyknął ojczym, po czym pojawił się przy nas.
- Sam bym sobie poradził - warknąłem.
Jakimś cudem uniknąłem z nim dalszej wymiany zdań, najwyraźniej postanowił odpuścić, żeby nie wywołać kolejnej kłótni. Bardzo dobrze, ja nie mam zamiaru łagodzić tej napiętej atmosfery między nami. Przecież to on kilka lat temu zrujnował naszą rodzinę swoją obecnością. Był inżynierem i przez siedemdziesiąt godzin tygodniowo pracował dla pewnej firmy produkującej między innymi drabiny. Te zaś, co wynika z samej ich konstrukcji, są urządzeniami niebezpiecznymi, toteż firma ojczyma dość często była pozywana do sądu, a on, jako jeden z głównych projektantów, zazwyczaj musiał występować w jej imieniu podczas różnych przesłuchiwań i rozpraw. Nawet nie mam mu tego za złe, że znienawidził prawników - ja zacząłem ich podziwiać właśnie z tego powodu, iż uczynili jego życie tak żałosnym. Czasami musiał stawiać im czoło przez osiem godzin dziennie, a potem ledwie przekroczywszy próg domu, sięgał po butelkę. Nie chciał wtedy nikogo widzieć, nie odzywał się, nie jadł obiadu. Zamykał się mniej więcej na godzinę, rozwalał na swoim powygniatanym fotelu i międląc pod nosem przekleństwa wypijał cztery kieliszki martini. Któraś z kolei rozprawa ciągnęła się przez trzy tygodnie, a kiedy wreszcie zapadł werdykt niepomyślny dla przedsiębiorstwa, matka wezwała lekarza i na miesiąc ukryli ojczyma w szpitalu.
Ostatecznie firma zbankrutowała, ojczym został bez pracy i, co oczywiste, winą za to obarczano prawników. Ani razu nie usłyszałem w domu słowa na temat błędów w zarządzaniu, które mogły być powodem owego bankructwa.
Któregoś pięknego dnia zdecydowałem powiadomić "rodziców" swoim planie zostania adwokatem. Ojczym później nie wychodził z łóżka przez tydzień.
Zwinnie pobiegłem na górę, wymijając niepotrzebne pytania ze strony matki, szybko zamknąłem się w pokoju, usiadłem na krześle, wyjąłem notatnik i zacząłem zapisywać swoje myśli. Nie, to nie był żadnego rodzaju pamiętnik, po prostu nie miałem ze sobą co zrobić. Trwałem tak pół godziny, może więcej, w tamtym momencie nie liczyło się ile tak siedziałem, tylko czy wszystkie emocje uleciały.
Nagle rozbrzmiał telefon.
Vic: Śpisz już?
Kellin: Nie, choć pewnie i tak byś mnie obudził tym smsem.
Vic: Nie pomyślałbym o tym, przepraszam :(
Kellin: Za co przepraszasz? Nic wielkiego się nie stało, i tak nie mogłem usnąć.
Vic: To mamy całą noc dla siebie ;)
Kellin: Co masz na myśli?
Vic: Nic specjalnego, chciałbym Cię bliżej poznać, Kells.
Kellin: Droga wolna ;)
Na angielskim siedziałem zawsze w przedostatniej ławce z Jackiem, który mniej więcej ogarniał ten przedmiot, tyle o ile mi pomagał w kartkówkach czy sprawdzianach, bo ja za Chiny ludowe go nie rozumiałem. To znaczy, tu nie ma czego rozumieć, po prostu nie należał do moich ulubionych, a jego nauka sprawiała mi nie lada kłopot. Właśnie dlatego na tej lekcji zawsze towarzyszył mi Barakat. Niemal na każdym przedmiocie siedzę koło ucznia, który jest orłem w danej dziedzinie, a nauczyciele mnie nie przesiadają, bo według nich nie mogę ściągać. Jasne, sam z siebie nie zdobyłbym szóstki z angielskiego!
Tym razem ślepo patrzyłem przed siebie zupełnie nie słuchając bełkotu nauczyciela, który po prostu zaczął mnie irytować. To dopiero druga lekcja (zostało jeszcze sześć), a ja już miałem dość. Niewyspany Kellin to zły Kellin, proste i logiczne.
Pan Henders - który, postanowił chyba uchodzić dzisiaj za intelektualistę - był wyraźnie zadowolony, przecież wiele razy powtarzał nam, że nauczanie jest jego pasją, a wlewając nam do głowy trochę oleju i wiedzy, spełnia swoje marzenia.
- Dyrektorka robi gwiazdora ze starego  - mruknął Jack.
- Przynajmniej ona go lubi, a my nie mamy nic do gadania. - odpowiedziałem szeptem.

Popełniliśmy wielki błąd postanawiając zjeść na stołówce w porze lunchu. Usiedliśmy przy stoliku w rogu sali  i wystawiliśmy się na badawcze spojrzenia zebranych nad porcjami zimnej fasolki i pieczonego kurczaka mającego konsystencję gumy. Mnie przypadła w udziale miseczka żółtej galaretki, która była na tyle paskudna, że nawet jej nie tknąłem. Szkolna kuchnia pewnie jest okropnie brudna, wiele razy przybywał tam sanepid z wizytą, ale mam wrażenie, że towarzystwo zostało opłacone, bo już więcej się tu nie pokazali.
Lunch przebiegał w takiej atmosferze, jakby wygłodniali uczniowie mieli przed sobą istną drogę krzyżową, bez żadnych perspektyw na kolejny posiłek. Pogięte łyżki i widelce wędrowały tam i z powrotem, w górę i w dół, a wiosłowano nimi z takim zapałem jakby na talerzach znajdowały się porcje bezcennych klejnotów. Czas przestał odgrywać jakąkolwiek rolę. Wykłócali się o pokrzykiwali na siebie, zrzucając przy tym tyle jedzenia na podłogę, że aż nie mogłem na to patrzeć. Nawet zjadłem swoją galaretkę, a Alex jakby wciąż niezadowolony, pożądliwie śledził każdy mój ruch. Dyrektorka krążyła po sali, tu i tam udzielając reprymend niegrzecznym osobom.
Telefon w mojej kieszeni zwibrował, a ja go wyjąłem żeby odczytać wiadomość. Wiadomość od Victora.
Vic: Spotkajmy się za 5 minut przed szkołą, będę czekał ;)
_________________________________________________________________________________
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO CZEKALIŚCIE, PRZEPRASZAM, ŻE WYSZEDŁ TAKI NIEWYPAŁ, ALE PISAŁAM NA TOTALNYM BEZWENIU ;-;
Więc tak, oczywiście mi się nie podoba, no ale musiałam dodać, bo co innego mi pozostało ;-; A no i dziękuję pewnej osobie za pomoc, bo bez niej pewnie czekalibyście jeszcze dłużej.
Wkrótce wprowadzę nowego bohatera, spodoba Wam się XD
A no i komentarze. Dużo komentarzy, bo nie będzie następnego c:
Napiszcie do mnie, no!
Kocham Was.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział VI (Kellic)

Mogę spokojnie powiedzieć, że przez te niecałe osiem godzin wygadałem się jak nigdy. Katelynn potrafi wysłuchać, doradzić, spojrzeć z innej perspektywy, a ja jej ufam.
Do jakiego wniosku doszliśmy? Szczerze, do żadnego, ale Kate stwierdziła, że to wszystko jest jakieś podejrzane. Oczywiście przyznałem jej rację, bo jakby nie patrzeć było, bardzo było.
- Przeanalizujmy tą sprawę jeszcze raz. - dziewczyna zawzięcie szukała czegoś w komórce.- Katy proszę, skup się, dla mnie to cholernie ważne - jęknąłem.
- No dobrze, jeśli musisz.
- Muszę. - westchnąłem cicho. - Więc?
- Uważam, że ten cały Mullins kombinuje coś z Victorem. Nie wiem co, musisz powęszyć. Tylko tyle zdołałam wymyślić.
- Tak, tak.... Zaczekaj. Tak myślisz?
- Owszem.
- Ty wiesz, że to możliwe? Bo popatrz, Matty nie zachowywałby się tak dziwnie, może Vic do niego podszedł i może on też coś do mnie czuje. Albo gorzej, rudzielec wszystko wyśpiewał.
- Gratuluję, Sherlocku.
- Boże, Katelynn, jesteś najlepsza! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? - pocałowałem towarzyszkę w policzek jako podziękowanie.
Automatycznie wstałem z wygodnej sofy, na której siedzieliśmy oraz ruszyłem w stronę drzwi wejściowych (czy tam wyjściowych), wsunąłem na stopy swoje czarne tomsy, złapałem torbę, jeszcze raz pocałowałem przyjaciółkę, po czym wyszedłem z mieszkania.
Spokojnym krokiem przemierzałem centrum Memphis. Mimo tak późnej godziny, którą była dwudziesta druga piędziesiąt cztery, wcale mi się nie śpieszyło. Wreszcie chwila ciszy, chwila ciszy do wykorzystania. Co ukryć, uwielbiam tworzyć w głowie najróżniejsze scenariusze, te pozytywne, jak i negatywne. Byłbym świetnym pisarzem, jednak nie będę tego robić, ba, nawet nie chcę. Z pisania durnych bajeczek nie zapewniłbym sobie odpowiedniego dopływu pieniędzy, a co się z tym wiąże - nie mógłbym się utrzymać. Ostatnie czego pragnę to znaleźć się pod mostem i tam pisać kolejne "bestsellery", które pewnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Cóż, jestem realistą.
Przyśpieszyłem kroku, kiedy za mną pojawiły się dwa typy. Jeszcze tego brakowało, żeby dopadli mnie w ciemnej uliczne, zgwałcili albo zakatowali na śmierć, albo i to i to! W myślach wzywałem Boga, (choć nigdy w niego nie wierzyłem), prosiłem o to, bym bezpiecznie dotarł do domu. Z każdą sekundą mój spacer przeistaczał się w trucht, a następnie bieg. Teraz po prostu uciekałem przed nimi, ale oni jakoś nie dawali za wygraną.
Z czasem byłem coraz bardziej zdyszany, ledwo nabierałem powietrza i niestety musiałem zrobić sobie przerwę, jakby nie patrzeć - ja plus sport równa się katastrofa.
Gdy mężczyźni podeszli bliżej, mogłem spokojnie poznać w nich Olivera i Austina, moich "kolegów". To głównie oni stali za wszystkim co złe w naszej szkole, to oni przyprawiali dyrektor o bóle głowy, to oni uprzykrzali mi oraz Matty'emu życie, to oni straszyli uczniów, tych nowo przybyłych, ale nie tylko, to oni przyjaźnią się z Meksykańskim gangiem, to oni znają Victora...
Wstałem z podłogi, otrzepałem niewidzialny kurz z ubrania, po czym próbowałem najzwyczajniej w świecie ich wyminąć. Jedyne czego chciałem to moje wygodne łóżko, ciepła kołdra i drugie trzydzieści sześć i sześć obok. Proszę o zbyt wiele?
- Gdzie się wybierasz, co? - syknął Carlile odpychając mnie w stronę tego drugiego. Wpadłem na Olivera, który powtórzył to samo co przyjaciel. Bawili się mną, rzucali jak szmacianą laleczką, aż w końcu upadłem. Momentalnie łzy napłynęły do moich jasnych oczu, ale szybko je połknąłem. Płacz nie miałby sensu, a tylko napędzałby ich do dalszego działania, czego raczej chcemy uniknąć.
- Quinn pedale, wstawaj, nie bądź babą. A, zapomniałem już nią jesteś - zaśmiał się Sykes, a tamten mu zawtórował.
Zazwyczaj w takich momentach siedzę cicho, czekam aż się znudzą i odejdą, ale to trochę trwa, a ja naprawdę powinienem już wracać do domu. Właśnie, powinienem.
- Wstawaj, albo sam cię podniosę, dupojebco!
Pieprzyć moją nieśmiałość. Pieprzyć strach. Pieprzyć konsekwencje, które nastąpią. Pieprzyć to wszystko.
- Słuchajcie chłopaki. Może jestem pedałem, dupojebcą, jak to określiliście czy kimkolwiek innym. Ale to was kurwa nie upoważnia do takiego traktowania mojej osoby. Powinniście to w końcu zaakceptować albo mnie zlewać, co wolicie. A teraz przepraszam, ale muszę iść. - przełknąłem głośno ślinę.
Czy ja myślałem co robię? Cholera, przede mną stali dwaj rozwścieczeni kolesie gotowi zabić, a ja wyskakuję z taką przemową. Oboje kipieli ze złości, nawet w tych ciemnościach widziałem jak ich wytatuowane ciała się spinają, a twarze czerwienieją. Wskazałem na siebie pierdolony wyrok śmierci, brawo Kellin, już niedługo wylądujesz w szpitalu!
- Co żeś powiedział? - wycedził przez zęby Sykes.
Zacząłem się trząść, pewnie zaraz dostanę niezłą nauczkę. Źle znoszę ból, ale im to rybka.
- Uhm, nic, nieważne. Mogę już iść?
- Tak, oczywiście, uważaj bo cię puścimy. Na przyszłość będziesz bardziej zważał na słowa, Quinn.
Najpierw oberwałem z pięści w twarz, potem kopniak w brzuch, następnie podciągneli mnie za włosy z ziemi bym mógł stanąć na nogach, co było cholernie trudne, bo już po tych kilku mocniejszych ciosach czułem, że umieram. Mniej więcej wiedziałem co się ze mną dzieje, tyle o ile kontaktowałem, ale nie mogłem ruszyć nawet palcem. Tak mnie bolało.
Znów stałem, co prawda z pomocą Austina (oh, jakże jestem mu za to wdzięczny), ale jednak. Chłopak przyparł moje ciało do budynku i wciąż mnie trzymał.
- Ej, co się tu dzieje!
Usłyszałem znajmy głos, bardzo znajomy, mimo okropnego bólu jaki w danej chwili odczuwałem, znów pojawiły się motylki. Te same motylki, które nawiedzały mój organizm za każdym razem.
- Kurwa - Brytyjczyk przeklnął pod nosem, natomiast ja byłem uradowany. Przybył ratunek, panie i panowie!
Carlile przestał mnie podtrzymywać, przez co bezsilnie opadłem na ziemię (znowu, ah nudne me życie). Mogłem w spokoju obserwować dalszy obrót akcji.
- Chyba zadałem pytanie.
Meksykanin najpierw spojrzał na tych skończonych debili, a następnie na mą obolałą osobę. Żałuję, że nie widziałem wtedy jego wyrazu twarzy.
- Czy was już do reszty popierdoliło!? - wrzasnął.
Woah, nie spodziewałem się takiej reakcji. Jeszcze niecałe kilka miesięcy pewnie byłoby to dla niego całkiem zabawne.
- Porozmawiamy sobie później, spływajcie stąd.
Słyszałem jak nabiera powietrze do płuc, jak je wypuszcza.
- Ca za debile - mruknął jakby sam do siebie, a następnie uklęknął przy moim zmarnowanym ciele. - Bardzo cię pobili?
Chciałem coś powiedzieć, naprawdę, ale jedyny dźwięk jaki wydałem to niewyraźny pomruk, bardziej z bólu jaki sprawiło mi poruszenie szczęką.
Chłopak nie zadawał już więcej pytań, po peostu mnie podniósł, a ja zasnąłem z wycieńczenia.
Ocknąłem się w jasnym pomieszczeniu, przypięty do pikających urządzeń. Czyli w szpitalu. Nie pamiętałem dokładnie poprzednich wydarzeń, nawet nie wiedziałem czy jest dzień czy noc. Nawet lepiej.
W pokoju zjadowały się jeszcze cztery osoby, jedna dyszała mi w szyję, a dwie prowadziły zawziętą konwersację z czwartą, którą okazał się lekarz. Zaczynałem w pełni kontaktować, czarne plamki zniknęły, a to one zasłaniały mi pole widzenia. Musiałem na spokojnie przywyknąć do światła (chyba sztucznego), ale teraz widziałem wszystko wyraźnie.
Mama wraz ze starszą z sióstr rozmawiała jak przypuszczałem, z lekarzem, a na krześle obok łóżka siedział Victor. Zawzięcie lustrował mnie wzrokiem, a gdy w końcu zauważył, że otworzyłem oczy, od razu zawiadomił o tym resztę. Jak poparzeni podbiegli do miejsca, na którym leżałem, po czym mężczyzna z średnim wieku zaczął mnie badać.
- Boże Kellin, co ci się stało, slarbie..
- Napadli mnie jak wracałem od koleżanki, nic wielkiego. Mogę wiedzieć, która godzina?
- Pięć po pierwszej - powiedział Vic.
- Doktorze, kiedy stąd wyjdę?
- Jeszcze przez cały dzień będziemy cię monitorować, jeśli nie nastąpią żadne komplikacje to nawet dzisiaj wieczorem i ktoś może po ciebie przyjechać.
- Ja to zrobię - znów odezwał się Victor.
Dziwne.
_________________________________________________________________________________
No hej. Nudny rozdział, nie wiem co będzie dalej, jak na razie nie ma seksów, no ale wszystko musi się rozwinąć ;)
Coraz mniej jest komentarzy, co mnie martwi. Nie podoba Wam się?
W każdym razie liczę, że pod tym postem będzie co najmniej 7, bo nie dodam następnego. Taki szantaż, o.
Napiszcie do mnie na gg (48396415) albo na ask'u <KLIK>, potrzebuję z kimś popisać na temat zespołów, pls, mogę na Was liczyć? XD
No to kometujemy. 
LOVE.

sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział V (Kellic)

Po ponad siedmiu godzinach spędzonych w szkole każdy ma prawo być wycieńczony, dlatego nigdy nie dziwi mnie widok zdziczałych uczniów żałośnie pędzących w stronę wyjścia. Zazwyczaj fala około piędziesięciu osób rzuca się na biedne, słabe drzwi próbujące utrzymać wywierany na nich nacisk. Naprawdę wiele razy były one wyrywane z zawiasów, samorząd ponosił kolejne koszty, a my dawaliśmy na to pieniądze. Tylko te niewychowane małpy chyba nigdy nie zrozumieją, że trzeba poczekać na swoją kolej.
Tak było również tym razem. Natomiast my wykorzystywaliśmy naszą strategię. Wraz z Matty'm spokojnie czekaliśmy aż wszyscy wyjdą z budynku.
Powiem szczerze, że zachowanie mojego rudego przyjaciela bardzo mnie niepokoiło. Nie mam zielonego pojęcia czemu, ale po opuszczeniu jadalni zaczął się dziwne zachowywać. Unikał dłuższej wymiany zdań, nie był taki szczęśliwy i uśmiechnięty. Coś poważnego musiało go trapić, ale on zawzięcie wymijał ten temat. Może to coś z jego rodzicami? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Ale nie pora na zawracanie sobie tym głowy, nie mogę popsuć sobie humoru. Przecież zaliczyłem pytanie z biologii. I to na ocenę celującą! Co prawda, dawno tak bardzo się nie stresowałem przed jakąkolwiek odpowiedzią, tylko jeśli skutkiem tego będą najlepsze oceny to jestem w stanie znieść ten cholerny ból brzucha za każdym razem.
Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek smsa.
- Może lepiej tego nie czytaj - powiedział natychmiast Matt.
- Mullins, co ty kombinujesz.. - mruknąłem pod nosem, po czym odblokowałem komórkę oraz otworzyłem wiadomość. Wiadomość od Vica.
"Cześć, Kells.
Więc pomyślałem, że może powinniśmy się bliżej poznać. Co powiesz na wspólny wypad do kina, albo na kręgielnie jutro? Miejsce nie ma znaczenia ;)"
Jasna cholera, Victor Vincent Fuentes chce mnie poznać. Powinienem to traktować jako randkę?
Automatycznie motyle zaczęły swoje dzikie tańce w moim brzuchu, stałem w bezruchu. Nigdy, ale to nigdy nie pomyślałbym, że do tego dojdzie. Nagle wszystko zaczyna się układać, nie do wiary.
Pospiesznie odpisałem "Z chęcią.".
- Zgadnij kto napisał - oznajmiłem uśmiechnięty.
- Wyjebane. - kiwnął ramionami oraz odszedł.
Nawet nie miałem czasu zareagować, bo "kolejka" zniknęła i mogłem wyjść ze szkoły. Nie myśląc o powrocie do domu, ruszyłem w stronę mieszkania mojej bliskiej koleżanki.
Katelynn to mała, wredna istotka, którą darzę ogromną sympatią. Mieszka nieopodal centrum w rozłożystym bloku wraz ze swoim chłopakiem, Jordanem. Mam do nich około pół godziny, ale postanowiłem iść pieszo niż jechać piekielną komunikacją miejską.
Szedłem powoli, uważnie oglądając wszystkie budynki stojące wokoło. Pełno tu kancelarii prawniczych zamieszczonych w szklanych wieżowcach. Prawdopodobnie zarabiają ponad dziesięć milionów rocznie, a to całkiem spora suma. Muszą mieć od cholery klientów, bogatych klientów, którzy są w stanie zapłacić każdą cenę tylko żeby wygrać jedną czy dwie rozprawy. Niektórzy adwokaci to chodzące hieny żerujące na biednych, by wydobyć z nich jak największą ilość dolarów. Większość właśnie w ten sposób wybiła się w tym okrutnym świecie.
Minąłem tak zwaną "strefę prawniczą" i w okolicy nie było już żadnych biur, tylko sklepy. Auta próbowały na marne wyminąć inne pojazdy, leciały wyzwiska, kierowcy trąbili na siebie nawzajem, formowały się kilkukilometrowe korki, jak na duże miasto przystało było po prostu tłoczno. Ludzie pędzili do domu po wyczerpującym dniu, co wiązało się z kolejnymi siniakami na moich ramionach od przepychania. Między innymi właśnie dlatego unikam wychodzenia ze swojego pokoju. Wolę bezpieczną i znaną mi przestrzeń.
Niemal natychmiast przyśpieszyłem chcąc jak najszybciej wylądować na kanapie Kate, wypić jej popisowe kakao, zjeść upieczone przez nią ciasto. Jest wspaniałą kucharką, więc może dlatego poszła na studia związane właśnie z jedzeniem. Studiuje dietetykę na Uniwersytecie w Memphis, czyli na tej samej uczelni, na której będę kiedyś i ja studiował. Znajduje się tam niemal wszystkie dziedziny: prawo, dietetyka, sport. Ludzie stąd mają naprawdę duży wybór, co jest świetnym rozwiązaniem. Młode osoby, takie jak ja czyli osiemnastoletnie bachory, w drugiej klasie liceum nie bardzo wiedzą co chcieliby robić w życiu. A dzięki tak ogromnym możliwościom, nawet niezdecydowani mają szansę zapewnić sobie przyszłość. Idealna opcja.
Po dziesięciu minutach niemal truchtu wreszcie dotarłem na miejsce. Odetchnąłem z ulgą, widząc znajomą twarz. To Jordan.
- Hej.
Jako odpowiedz podałem mu rękę, mimo że nie darzę go sympatią.
Brązowe włosy, jasna cera, długie, chude nogi, wielkie dłonie, wiecznie radosne oczy, to cały on. Jest wyższy ode mnie o jakieś dwadzieścia parę centymetrów, a to naprawdę spora różnica. Czasami czuję się aż za niski, marne metr siedemdziesiąt pozdrawia. Wątpię czy kiedykolwiek jeszcze urosnę, pewnie do końca będę zwykłym kurduplem.
Chłopak odwzajemnił uścisk, po czym ruszył w stronę samochodu.. Postanowiłem to zignorować i wszedłem do klatki. Schodami w górę, drugie piętro, drzwi na lewo, powtarzałem w myślach. Zawsze ciężko szło mi zapamiętywanie dat, ulic, numerów telefonu, adresów, nazwisk, imion czy tym podobnych rzeczy. Od czego ma się karteczki samoprzylepne, nie? Czasami ratują mi skórę.
Dość szybko znalazłem odpowiednie mieszkanie, zapukałem, a w wejściu stanęła rozpromieniona Katelynn. Nigdy nie dziwił mnie ten widok, ona wiecznie jest uśmiechnięta, nawet jeśli ma zły dzień.
- Cześć - powiedziałem cicho przytulając dziewczynę.
Tęskniła. Przecież nie widzieliśmy się z miesiąc. Ona miała dużo nauki, zresztą ja też.
- Ale wyrosłeś!
Zaprosiła mnie do środka, a ja natychmiast ruszyłem do salonu. Mieszkanie było urządzone w nowoczesnym stylu, zawierało mnóstwo przestrzeni, gdzieś w kącie leżały porozrzucane ubrania, buty, czapki.
- Przepraszam cię za ten bałagan - zaczęła zgarniać przedmioty wystarczająco daleko, żeby nie rzucały się w oczy. No tak, Fish to urodzony bałaganiarz, Kate nie raz na niego narzekała, ale mimo wszystko był dla niej chodzącym ideałem. Mi się wcale nie podoba, zarówno z wyglądu jak i charakteru. Zwykły gbur.
Dziewczyna usiadła obok mnie na kanapie:
- Opowiadaj, widać, że coś ci leży na serduszku.
_________________________________________________________________________________
Ok, wypowiem się tylko raz.
Wiem, że są osoby, które lubią czytać to co tworzę, pozytywnie komentują (lub piszą do mnie osobiście na gg/asku). Z całego serca Wam dziękuję.
Ale niektórzy mają ograniczone perspektywy i gdy widzą innego Kellica to od razu posądzają o plagiat tego pierwszego. Ja nie mam zamiaru tego znosić. W to ff wkładam uczucia, pracę, ale i czas. Trudno jest wymyślić coś oryginalnego, więc jeśli tego nie doceniasz to po prostu NIE CZYTAJ, NIE KOMENTUJ, NIE WCHODŹ TU NAWET. Wczoraj naprawdę się zdenerwowałam, niektórzy nie mają za grosz szacunku dla czyjejś pracy.
Drogi anonimie, wymienić ci różnice?
W fanficu dżogurta: Victor jest HOMOSEKSUALNY, ludzie NIE WIEDZĄ o jego orientacji, zakład ma ZUPEŁNIE INNY temat (Vik musi go TYLKO rozkochać), SĄ NA OBOZIE, NIE MA NIC NA TEMAT WYKSZTAŁCENIA KELLINA CZY STUDIÓW.
U mnie: Victor jest BISEKSUALNY z większym pociągiem do mężczyzn, ludzie WIEDZĄ o jego orientacji, Vik musi PRZELECIEĆ Kellsa i DAĆ DOWÓD, SĄ W SZKOLE, JEST PEŁNO NA TEMAT WYKSZTAŁCENIA KELLINA, AMBICJACH.
Wymieniać dalej?
********
Przepraszam, musiałam to napisać, i tak Was kocham, bardzo.
Komentujemy c:
Cya,
~adrianek

środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział IV (Kellic)

¤Vic¤
Staliśmy z Mike'ym pod wielkim budynkiem. Był wtorkowy ranek, natomiast my sterczeriśmy tu jak idioci czekając na Jaime'go, który łaskawie raczy do nas zejść. Tak, godzina siódma rano, a ja już na nogach. Rzadkie zjawisko. Na szczęście, nawet o tej porze promienie słoneczne dawały o sobie znać, dzięki czemu mogłem spokojnie założyć krótkie spodenki.
Jesień w Memphis jest ciepła, można nawet powiedzieć gorąca. Cały rok świeci tutaj niemałe słońce. Szczerze mówiąc, przyzwyczaiłem się do tego klimatu. Co prawda, w San Diego jest podobnie, ale zima tu jest odrobinę chłodniejsza, a to stanowiło dla mnie drobną przeszkodę. Jednak mam już to za sobą i mimo wszystko przeprowadzka była dobrym pomysłem.
Wraz z rodziną przybyliśmy do tego miasto z jednego powodu. Mama koniecznie chciała zapewnić nam pewną przyszłość. W końcu Memphis to miejsce, gdzie rosną wspaniali, wykształceni ludzie i prawdopodobnie miała to na uwadze.
Na razie uczęszczam do dość dobrego liceum, gdzie jestem szanowanym sportowcem. Osiągnąłem już wiele w tej dziedzinie, między innymi tytuł kapitana drużyny baseball'owej. W moim pokoju większą część półek zajmują najróżniejsze trofea za pierwsze miejsce, medale czy dyplomy. Sądzę, że idealnie nadaję się do tej dycypliny.
Ale nie tylko w sporcie pokazuję swoje umiejętności. Jestem także świetny z angielskiego czy historii. Ogólnie, uzdolniony ze mnie młody mężczyzna co chyba nikogo nie dziwi. Najważniejsze, że rodzice są ze mnie dumni, tylko to się liczy.
Jeśli chodzi o moją rangę - ludzie szanują rodzinę Fuentesów. Jakby nie patrzeć, ojciec ma swoją kancelarię prawniczą, której rocznie dochody brutto wynoszą około dwudzietu milionów rocznie. Co ukrywać, papa wiecznie pracuje, mama również, zazwyczaj siedzimy z bratem w naszym wielkim domu w najdroższej dzielnicy Memphis.
W szkole nie jest inaczej - uczniowie praktycznie boją się na nas spojrzeć, nie tylko dlatego, że posiadamy dużo kasy. Jak by to ująć, dowodzę meksykańskiemu "gangowi", w którego skład oprócz mnie i Mike'a wchodzą jeszcze Jaime i Tonny. To dobre chłopaki, tylko udają takich twardzieli. Ale w końcu jakoś trzeba sobie wypracować szacunek, prawda? My to po prostu robimy w ten sposób. Oczywiście nie jeździmy jakimiś wypasionymi motocyklami, nie nosimy gangsterskich ubrań, jak to niektórzy uważają. Mimo pozorów jesteśmy naprawdę mili i porządni, a tylko sprawiamy wrażenie niegrzecznych czy tam groźnych. Trzeba tylko nas bliżej poznać.
Nasi znajomi nie są już tacy łagodni. Oliver i Austin to strasznie nieprzyjemne, mało sympatyczne osoby. Dwa wytatuowane typy.
Co prawda pozostali z mojej meksykańskiej grupki tych tatuażów trochę posiada, wszyscy postanowili ozdobić tak swoje ciała na osiemnaste urodziny, Mike pozwolił sobie nawet na kilka kolczyków (sam posiadam jeden w nosie), ale nie aż tak. Sykes podobno tyłek ma nawet wydziarany. Cholera, to już przesada. Na szczęście ja nie mam żadych tatuażów, jeszcze później będę żałował. Kto wie, może jeszcze się zdecyduję, w końcu usunięcie go nie jest takie proste.
- Siema stary! - Mike podszedł do Jaime'go, który właśnie wyszedł z klatki w swoim bloku.
- Wreszcie - mruknąłem witając się z przyjacielem.
Ruszyliśmy w stronę mojego cadillaca escalade - kolejny przywilej bycia bogatym - wsiedliśmy do środka, a ja odpaliłem wóz.
Kolejna nudna lekcja biologii mijała powoli, siedziałem w ostatniej ławce z Tony'm czekając na koniec tej katorgi. Ostatnio nauczyciel wcale nas nie pytał, co bardzo mnie cieszyło. Nie lubię odpowiadać z takich przedmiotów, zdecydowanie wolę sport.
W pewnym momencie pan Mateford otworzył dziennik i zaczął coś przeglądać, najprawdopodobniej oceny.
Cholera, przecież ja mam mało dobrych stopni, pomyślałem. Do głowy przychodziły mi różne wymówki, jakich mógłbym użyć. Nie raz się sprawdzały, więc warto spróbować.
- Kellin Quinn, do odpowiedzi.
Odetchnąłem z ulgą, natomiast chłopak głośno wypuścił powietrze z płuc.
- Panie Quinn, czy może pan dokładnie opowiedzieć nam o ostrym przypadku białaczki?
- Chyba tak.
Wyraźnie się zawachał.
To będzie ciekawe przedstawienie, przecież on cały się trząsł. Postanowiłem go wysłuchać.
- Ostra białaczka - przełknął ślinę - Ostra białaczka mielocytowa najczęściej dotyka ludzi z dwóch grup wiekowych, młodych, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, oraz starszych, zazwyczaj po siedemdziesiątce. Dużo częściej zapadają na nią biali, a z niewiadomych powodów jest ona szczególnie spotykana u ludności pochodzenia żydowskiego. Wśród mężczyzn białaczka występuje częściej niż u kobiet. O przyczynach choroby niewiele wiadomo. W organizmie ludzkim krew jest wytwarzana przez szpik kostny i właśnie jego schorzenia są powodem białaczki mielocytowej. Białe ciałka krwi, odpowiedzialne za zwalczanie różnych infekcji, zaczynają się niebezpiecznie mnożyć i ich liczba w ostrym stadium choroby przekracza stukrotnie poziom leukocytów u zdrowego człowieka. W takiej sytuacji wypierane są czerwone ciałka krwi, rozprowadzające tlen po organizmie, dlatego chory jest niezwykle blady, osłabiony i anemiczny. Przy dalszym niepohamowanym wzroście liczebności białych krwinek ulega także redukcji zawartość płytek, trzeciego rodzaju ciałek krwi wytwarzanych przez szpik kostny. To z kolei powoduje trudności w gojeniu się nawet lekkich zadrapań, częste krwotoki oraz dokuczliwe bóle głowy. Kiedy po raz pierwszy pacjent przychodzi do onkologa narzeka na senność, zadyszkę, ogólne przemęczenie, stany gorączkowe oraz inne symptomy przypominające zwykłą grypę.
- Doskonale, celująca.
Nie znam go za dobrze, zamieniliśmy jedynie pare zdań, czasem porobię mu na złość, ale plotki mówią prawdę. Jest cholernie inteligentny, taki rasowy kujon.
Tylko raczej nie chcę poznać go bliżej.
Reszta lekcji miajała spokojnie, już nie było żadnych niespodzianek w postaci kartkówek, pytań czy sprawdzianów.
A teraz ja, Jaime, Oliver, Mike, Austin i Tony siedzieliśmy na stołówce, zajadając się frytkami przygotowanymi przez kucharki.
Co jakiś czas któryś z nas zaczynał rozmowę, ale nie bardzo się ona kleiła, więc milczeliśmy.
W końcu mój brat przerwał milczenie:
- Spójrzcie na tego całego Kellina. Bez przerwy się tu gapi.
Błądziłem wzrokiem po pomieszczeniu, aż w końcu znalazłem daną osobę.
- Ty, faktycznie - mruknął Sykes. - I to patrzy się na Vica.
Wszystkie oczy wylądowały na mnie, co sprawiło, że poczułem się bardzo niezręcznie.
- Aż do niego podejdę - oznajmił Mike, po czym wstał od stołu.
Pięć minut później wrócił na swoje miejsce.
- Dobra słuchajcie. Podszedłem tam, zamieniłem z nim parę słów, przyrzekał, że już więcej tu nie spojrzy, ale coś mi nie grało, więc przycisnąłem jego rudego przyjaciela.
- No i co z związku z tym? - zapytałem.
- On cię kocha, Victor. Mullins wszystko wyśpiewał.
Przy stoliku wybuch głośny rechot Austina i Jaime'go. Natychmiast spiorunowałem ich wzrokiem.
W sumie, byłoby śmiesznie, gdyby nie dotyczyło mnie, bo to dość niekorzystna sytuacja. Czemu akurat Kellin? I co ja niby mam z tym zrobić? Co prawda, podoba mi się. Jego uroda jest niezwykła, a te włosy to idealny kontrast do bladej skóry.
Mimowolnie uśmiech zawitał na mojej twarzy, gdy o nim pomyślałem.
- No, no. Cudownie. Dwa pedały. - zaśmiał się Oliver.
- Nie zapominaj jak pode mną jęczałeś. - warknąłem.
Mike nieudolnie próbował stłumić śmiech.
- Zamknij mordę - syknął.
- Ej chłopaki, bo jeszcze do czegoś tu dojdzie - zachichotał Tony. - Ale mam pewien pomysł.
- Gorzej być nie może, mów - odparłem.
- Można by tą sytuacje jakoś wykorzystać, no wiesz, do żartu, nie byle jakiego żartu. Ale do tego jesteś potrzebny ty. - wskazał na mnie ręką. - Rozkochasz w sobie Kellina jeszcze bardziej, zaciągniesz go do łóżka, nic skomplikowanego. Tylko potrzebujemy dowodu.
- Chyba cię pojebało.
- Boisz się, Fuentes? - spytał Austin.
Tu mnie mieli. Nie odmówię, bo wtedy uznaliby, że jestem tchórzem, a to kłamstwo. Nie pozwolę się oczerniać, nigdy.
- Zgoda.
W co ja się wpakowałem, pomyślałem.
_________________________________________________________________________________
Witam, witam!
Pierwszy taki rozdział z perspektywy Vica, krótkie przedstawienie jego postaci. Wyszedł troszku narcystyczny, heh. A Kellin taka mądrala.
Końcówkę zwaliłam ;-;
I tak mi się wydaje, że trochę jest za krótko.
Co sądzicie?
TEGO POSTA DEDYKUJĘ PANDZI, BO OSTATNIO CHODZI BEZ PRZERWY SMUTNA. KOCHAM CIĘ SKARBIE, NIE SMUTAJ JUŻ MISIU :(
O, bym zapomniała.
Czytasz=komentujesz.
~adrianek

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział III (Kellic)

Słuchałem z zaciekawieniem całej opowieści i aż mi się chciało płakać - oczywiście ze szczęścia. Czemu Vic pobił Cliffa? Odpowiedź jest bardzo prosta, wręcz banalna. Dziwne, dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?
Mianowicie Victor zaatakował pierwszoklasistę, bo tamten mnie obraził. Nie spodziewałbym się tego w moich najśmielszych snach, ba, na początku myślałem, że on po prostu kłamie żeby uniknąć surowszej kary lecz z każdym jego słowem wszystko nabierało sensu. Z mojej perspektywy wyglądało to jednoznacznie, Vic po prostu mnie lubi! Albo przynajmniej zaczynał mnie lubić, mniejsza. Tylko zawsze musi być jakieś ale. Nie wiem jakie, mam zamiar się dowiedzieć. To był mój plan: poznać jego prawdziwe intencje. W głębi duszy miałem jednak nadzieję, że są one jak najbardziej pozytywne, kogo się oszukiwać - pragnąłem tego z całego serca.
- Cliff, masz coś na swoje usprawiedliwienie? - padło pytanie w kierunku przerażonego chłopaka.
Na początku byłem do niego neutralnie nastawiony, w zeszłym semestrze doszedł tutaj do szkoły, nowe towarzysto, nowe otoczenie, praktycznie wszystko nowe. W pewnym stopniu mogłem go nawet zrozumieć, ale wyzywanie starszych nie poprawi mu opinii wśród uczniów, przecież to logiczne. Tym samym wskazał na siebie wyrok śmierci. Gdybym tylko chciał to bym go zniszczył. W szkole byłby nikim, zerem. Co prawda nie posiadam jakiejś super władzy, jestem tylko zwykłym kujonem, ale znam parę osób, które takową mają. I czasem te znajmości się przydają.
- Właśnie, co masz na swoją obronę? - powtórzyłem z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
- Umm, no ten... Ogólnie rzecz biorąc to nic.
Spojrzałem znacząco na dyrektor.
Czasem naprawdę jej współczuję, kobieta jest po prostu wyczerpana.
- No tak. Jako, że cała sprawa dotyczy pana Quinna to on zdecyduje co z tobą zrobić, młodzieńcze.
Przed oczami przeleciały mi chyba najbardziej wymyślne kary, jakie kiedykolwiek ktokolwiek mógłby wynaleźć. Sprzątanie toalet, pomaganie woźnemu po lekcjach, zbieranie śmieci w obrębie szkoły, gotowanie potraw na stołówce lub chociażby "dobrowolne" uczęszczanie do najnudniejszych kółek zainteresowań.
To wszystko mogłem mu kazać robić.
Mogłem go zmusić.
- No Cliff, zawiodłem się na tobie - pokiwałem głową z dezaprobatą. - Jednak nie będę taki wredny i tym razem ci odpuszczę. Tylko następnym razem nie oczekuj, że również kara cię ominie. Z panią Richards na pewno wymyślimy coś odpowiedniego na twoje wykroczenie.
- Dziękuję - mruknął cicho.
Czy byłem zadowolony? Oczywiście, że nie. Tak cholernie chciałem nałożyć na niego sprzątanie obleśnych muszli klozetowych. No i kolejne pytanie, czemu tego nie zrobiłem? To proste. Straciłbym wtedy w oczach dyrektorki, a ona - jak wnioskowałem - bardzo mnie lubi. Muszę utrzymywać jak najlepsze kontakty z nauczycielami, żeby napisali mi wyczerpującą - i pozytywną - opinię na koniec trzeciej klasy. Bez tego nie przyjmą mnie do uczelni na jaką chcę się dostać.
- Dobrze w takim razie, a co zrobimy z panem Fuentesem?
- Myślę, że wykazał się odwagą i męstwem żeby stanąć w mojej obronie. Należy mu się nagroda, a nie kara. - spojrzałem na chłopaka, który siedział uśmiechnięty. - Dziękuję Victorze.
- To była przyjemność - odpowiedział zadowolony.


- Naprawdę tak powiedział?
- Wyobraź to sobie. Moment idealny!
Wraz z Matty' staliśmy na środku korytarza i cieszyliśmy się jak dwie rozwrzeszczane nastolatki. On z mojego szczęścia, a ja z nie innego obrotu spraw. Victor dał mi swój numer po wyjściu z gabinetu oraz oznajmił, że napisze. Czego chcieć więcej?
- Trzeba cię zrobić na człowieka. Ostatnio chyba za bardzo przesadzałeś z nauką. Wyluzuj - oznajmił przyjaciel.
Fakt, przez poprzednie dni prawie co chwila powtarzałem materiał, szczególnie z biologii. Plułem się w brodę, że nie zaliczyłem tego przedmiotu w pierwszym półroczu, bo teraz miałbym spokój. A tak to czeka mnie jeszcze pytanie z chorób typu białaczka, żółtaczka, pisanie sprawdzianu z różnego typu wirusów. Ale do czego mi to, skoro zostanę prawnikiem? Właśnie, dobre pytanie.
- Chyba nie jest ze mną tak źle, nie przesadzaj.
- Jest, jest. Chyba nawet gdzieś tu mam lusterko - odparł bez chwili zastanowienia.
Wyjął poręczne lusterko, po czym przystawił mi je do twarzy.
Cofam to, było ze mną tak źle.
Podkrążone, lekko zaczerwienione oczy, sucha skóra, włosy w nieładzie, spierzchnięte usta.
Zdecydowanie było ze mną tak źle.
Jęknąłem cicho na ten nieprzyjemny widok. Może faktycznie pora wziąć się w garść i w końcu nie spędzać czasu tylko na nauce? Może pora jakkolwiek o siebie zadbać?
Doskonale wiedziałem, że Matt ma już jakiś plan.
- Co tym razem?
- Jak to co? Idziemy dzisiaj na zakupy. Jutro musisz wyglądać jak gwiazda filmowa, żeby zrobić odpowiednie wrażenie na Victorze. Chyba tego chcesz, nie?
- Jasne, że tak.
- Więc właśnie. Szykuje się szalone popołudnie. Zadzwonię później. - dodał na odchodnym.


Przymierzałem już chyba piętnastą bluzkę w tym sklepie, Matt niestety nie dawał za wygraną, a ja miałem tego serdecznie dość. Zakupy nie są moim żywiołem, zdecydowanie wolę siedzieć przed książkami. Tylko w coś trzeba się ubierać, nie?
- Naprawdę, Matty no. Chodźmy stąd, proszę. - jęknołem do przyjaciela. - I tak nic nie znajdziemy.
- Znajdziemy, znajdziemy. Po prostu nic ci się nie podoba - wzruszył ramionami.
Mam bardzo wybredny gust, ciężko mnie zadowolić, przecież nie będę chodził w pierwszych lepszych szmatach. Właśne dlatego nienawidzę chodzić po sklepach.
- Słuchaj, mam już tego ponad dziurki w nosie, chcę iść do domu.
- No dobra. Ale najpierw idziesz do fryzjera! - klasnął w ręce jak małe dziecko na widok cukierka.
- Dobra, ale później wracam i odpoczywam, a do końca dnia dasz mi spokój.
- Zgoda.

- Więc tak. Bardzo proszę odrobinę skrócić końcówki oraz wygolić ten bok do tego momentu - pokazałem punkt starszemu mężczyźnie, który obserwował moje ruchy z uwagą.
No tak, już od dłuższego czasu chciałem coś zmienić w swoim wyglądzie, muszę przyznać, strasznie szybko się nudzę.
Podczas, gdy fryzjer ścinał kolejne pasma włosów ja miałem okazję poukładać sobie wszystkie sprawy dotyczące Victora.
Przecież to banalnie proste, on nie mógł wymyślić jakiegoś super skomplikowanego planu, za bardzo by się przepracował. Ale nie żebym uważał go za głupka, po prostu takie rzeczy to nie jego bajka, a ja bardzo dobrze o tym wiem. Miałem okazję obserwować jego zachowania przez rok, znam mniej więcej wszystkie zagrywki w baseball'u, odpowiedzi jakimi raczy swoich rozmówców. Dobry ze mnie obserwator, że się tak wyrażę.
A jego aktualne poczynania to nic innego jak okazywanie sympatii.
Nie mogę się mylić, znam go za dobrze.
_________________________________________________________________________________
No i pojawiam się z trzecim rozdziałem!
Miałam odrobinę opóźnienia, ale to wszystko przez Skyrim. Ta gra za bardzo mnie wciągnęła mimo, że już ją przechodziłam 2 razy ;-;
Mniejsza.
Mam nadzieję, że wszystko Wam się podoba!
W czwartym planuję jakąś zmianę, powoli sytuacja będzie wyjaśniona.
Liczę na odzew z Waszej strony, komentarze naprawdę sprawiają, że posty są dodawane szybciej c:
Cya,
~adrianek