poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział II (Kellic)

Vic stał nade mną uśmiechnięty, natomiast ja klęczałem jak nienormalny nad muszlą klozetową starając się nie ułatwiać chłopakowi zadania, jakim było wsadzenie tam mojej głowy oraz spuszczenie wody. Jego "kary" z biegiem czasu były coraz bardziej wymyślne, raz przecież wróciłem cały zakrwawiony do domu po jakże długim treningu baseball'a, bo wymyślił sobie, że chce mnie trochę potrenować. Nie mam serca się mu sprzeciwiać, przecież w ten sposób spędzamy ze sobą parę chwil, ale też nie mam ochoty znosić jego brutalnych pomysłów.
- No dalej, Kellin. Nie bądź taki. 
- Nie wsadzisz mi tam głowy, za nic. 
Chłopak spojrzał się na mnie rozczarowany. Mógłbym złożyć przysięgę, że w widziałem tam trochę zrozumienia, współczucia. Victor i współczucie? To się nie trzyma kupy, przecież od początku liceum jest dla mnie jak kat, można by rzec nawet prywatny egzekutor.
- Wreszcie się sprzeciwiłeś, robimy postępy - oznajmił zadowolony.
I znowu nic nie rozumiem. Co on knuje, do jasnej cholery?
Dość zdziwiony odgarnąłem swoje czarne włosy (niestety farbowane), podniosłem się z podłogi i wyszedłem z kabiny.
Szybkim krokiem ruszyłem w stronę Alexa, który akurat stał niedaleko toalet.
- Cześć stary!
- Cześć - mruknąłem cicho.
Wciąż byłem zdezorientowany zaistniałą wcześniej sytuacją, bo niby co mam o tym myśleć? Jak na razie zbyt łatwo jest mi namieszać w głowie, muszę to zmienić i przestać dawać po sobie poznawać różne uczucia.
Kątem oka zauważyłem Victora wchodzącego z pomieszczenia. Był cały rozpromieniony, wspaniały widok. I to ja go do tego doprowadziłem!
Chłopak podszedł do swojego brata, Mike'a oraz reszty meksykańskiego towarzystwa - Tonny'ego i Jaime'ego. Miałem okazję zauważyć, że prawie wszędzie trzymają się razem. Podobno przed przeprowadzką z San Diego mieszkali na jednym osiedlu, ale poznałem ten fakt z niezbyt pewnego źródła. Kto wie, może kiedyś będę miał okazję poznać całą prawdę od Vika. Wciąż na to liczę, bo cholernie ciekawi mnie ich przeszłość.
Alex stał zniecierpliwiony jakby na kogoś czekał, a tym kimś prawdopodobnie był Jack.
- Ej Kellin, przypadkiem ten twój starszy Fuentes się teraz nie bije? - zapytał Barakat, który właśnie doszedł do naszej dwójki.
Spojrzałem za siebie i ujrzałem dość duży tłum ludzi ustawiony w okrąg. Bójki w naszej szkole są rzadkością, dyrektorka nie dopuszcza takich zachowań, bo chce żeby szkoła była jak najbardziej prestiżowa. Słusznie.
Niespokojnym krokiem ruszyłem w tamtą stronę, przecisnąłem się przez kółko, by zobaczyć coś okropnego.
Victor klęczał na jakimś chłopaku, chyba młodszym oraz okładał go pięściami.
- Ty skurwysynu - chłopak syczał nie przerywając uderzać tego drugiego.
Zakryłem twarz dłonią, po prostu przerażał mnie widok Fuentesa siedzącego na zakrwawionym biedaku. Czerwona ciecz leciała z niego strumykiem, na pewno już miał złamany nos, szczękę i inne kości.
Victor był niesamowicie szybki, nigdy bym nie pomyślał, że posiada aż tyle siły.
"Poszkodowany" samodzielnie (o dziwo) wstał z podłogi, ale to był błąd.
Pięść Fuentesa znowu wylądowała na jego szczęce i spowodowała chwilowe zamroczenie. To mu wystarczyło, żeby celnym kopniakiem trafić go w krocze. Z głośnym świstem chłopak wypuścił powietrze i z gardłowym jękiem zgiął się wpół, tracąc siły.
Cliff - jak wywnioskowałem z krzyków niektórych osób - opadł na podłogę, ale został na czworakach. Po chwili potrząsnął głową, uniósł ją powoli i spojrzał na mnie.
- Przestańcie! - krzyknąłem ledwo wydobywając z siebie jakikolwiek dźwięk.
Byłem w niemałym szoku, właśnie zobaczyłem do czego jest zdolny chłopak moich marzeń.
Vik zaprzestał uderzać przeciwnika, który najwyraźniej bardzo go zdenerwował, bo przecież bez powodu by go tak nie skatował.
- Co się tu dzieje?!
Uczniowie wyraźnie zaczęli panikować na widok naszej cudownej dyrektor. Kobieta odciągnęła od siebie członków bójki za uszy. Szykuje się mało przyjemna sprawa, jak sądzę.
- Kell, chodź, idziemy.
Jack pociągnął mnie za rękę, bym mógł jakoś przejść przez, już co prawda mniejszy, tłum.
- Quinn, a ty gdzie się paniczu wybierasz? Zapraszam razem z nami do gabinetu - warknęła pani Richards.
Po jaką cholerę będę tam z nimi szedł?, pomyślałem. Mogła zabrać tam jakiegoś innego świadka, ja praktycznie nic nie wiem. Nawet nie znam powodu całego zajścia, więc po co?
- Zobaczymy się później - mruknąłem niezadowolony w kierunku Alexa.
Bez żartów, byłem przerażony jak nigdy, mimo że nie zrobiłem nic złego. Przecież jestem wzorowym uczniem, inni powinni brać ze mnie przykład, a tu proszę. Kellin Quinn wylądował w gabinecie dyrektora! Wstyd i hańba.
Szliśmy powoli, by przedstawicielka szkoły miała na nas oko oraz żeby żaden nigdzie nie uciekł. Ukradkiem spojrzałem na towarzyszących mi winowajców - Cliff też czuł się mało komfortowo, z jego twarzy wciąż ciekła krew, natomiast Victor był jak najbardziej zadowolony z siebie. Nie miał żadnych obrażeń, w końcu to on zaatakował, ale także posiada więcej siły od poszkodowanego.
Po pięciu żmudnych minutach dotarliśmy na miejsce, dyrektor otworzyła drzwi do małego pomieszczenia, jakby schowka, a jednak nie. Ukazał nam się skromny pokoik z okazałym biurkiem na środku. Wszędzie leżały pojedyncze dokumenty, jakieś ankiety, kartoteka uczniów, na ścianach wisiały najróżniejsze dyplomy, między innymi za ukończenie studiów, krajobrazy i zdjęcia.
Pani Richards usiadła na ruchomym krześle naprzeciwko nas, po czym wskazała nam krzesła przed sobą. Wszyscy posłusznie usiedliśmy, zająłem miejsce tuż obok Vica, a Cliff odsunął się od niego jak najdalej.
Wcale nie jestem zdziwiony, postąpiłbym tak samo.
- Proszę mi powiedzieć o co poszło.
- Ależ pani dyrektor, ja... - zacząłem pewnie.
- Panie Quinn, wszyscy wiemy, że chce pan zostać prawnikiem, nie wykluczone, że tak będzie, ale nie bawmy się w jakieś denne gierki.
- On nic nie wie - przemówił Victor.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, mógł siedzieć cicho i wcale mnie nie bronić. Ale jednak to zrobił, a tym sposobem utwierdził mnie w przekonaniu, że jest wspaniałym, wartościowym człowiekiem i, że dobrze wybrałem.
- Ja wszystko powiem, tylko niech pani zostawi Kellina w spokoju.

_________________________________________________________________________________

Od razu przepraszam za długość, ale jakoś ciężko mi się pisało.
Rozdział drugi, piękna drama.
Mimo wszystko, zawaliłam i za to przepraszam.
Chcę dodawać wszystko częściej, ale rzadko mam dostęp do komputera, gdzie najwygodniej jest mi pisać.
W każdym razie - czekam na komentarze, motywują mnie c:
Kocham Was, niewyżyte zboczeńce.
~adrianek





czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział I (Kellic)

- Kellin, wstawaj.
Powoli  zacząłem otwierać oczy, co skutecznie utrudniały mi promienie słoneczne wyciekające zza ciemnych zasłon. Wczoraj chyba zupełnie nie pomyśleliśmy, że na następny dzień czeka nas szkoła, a także pytanie z etyki. Po prostu się upiliśmy. Nigdy nie byłem za takimi rozwiązaniami w temacie smutku, bólu czy czegokolwiek innego, ale najwidoczniej coś skłoniło mnie ku temu, by wyjąć starą, tanią wódkę z biurka i wypić za kumpla, który zerwał ze swoją najukochańszą. 
Mruknąłem cicho "Jeszcze pięć minut", po czym starałem się znów zapaść w głęboki sen, tak bardzo potrzebny w owym momencie, ale kogo oszukiwać - nie dane mi było choć raz porządnie wyspanym wstać na lekcje. Zawsze coś musiało temu przeszkodzić, a dzisiaj była to po prostu zimna woda lądująca na moim ciele. 
Błyskawicznie zerwałem się na nogi klnąc pod nosem. Kto normalny polewa biednego, skacowanego człowieka lodowatą cieczą? W efekcie byłem cały mokry, wczorajsze ubranie było przemoczone, bez ani jednej suchej nitki. Kapała ze mnie woda, która następnie lądowała na panelach podłogowych i płynęła w stronę Matty'ego wciąż nieprzytomnie leżącego na podłodze przy szafie. Tak, zdecydowanie przesadziliśmy z alkoholem.
Przy drzwiach wejściowych do mojego pokoju stała matka trzymająca duże wiadro, gdzie prawdopodobnie znajdowała się ciecz przed wylądowaniem na mnie. Wyglądała na zdenerwowaną. Wyraźnie widać było, że z trudem powstrzymuje się od krzyku:
- Jest za pięć ósma, już dawno powinniście wychodzić do szkoły. Kellin, co ci mówiłam o piciu na początku tygodnia? Przecież to przerabialiśmy.
To fakt, wałkowaliśmy ten temat kilka razy, gdy zerwałem ze swoim chłopakiem o imieniu Jesse. Wakacyjna przygoda, że tak to określę. Zakończenie tego związku wiele mnie kosztowało, ale się pozbierałem do początku drugiej klasy liceum, gdzie aktualnie uczęszczam.
- Przepraszam. - mruknąłem z udawanym skruszeniem i ruszyłem budzić Mullinsa. Chłopak drgnął, prawdopodobnie pod wpływem mojego dotyku. Miał przekrwione oczy, suche usta, potargane włosy. Biedny Matty, nie dość, że Emily go zostawiła, to jeszcze będzie jednym, chodzącym zombie. Na szczęście ja znałem umiar, natomiast on pił kieliszek za kieliszkiem aż do opróżnienia butelek, których było cztery. Później po prostu usnął.
Z trudem pociągnąłem go na łóżko, znajdujące się pod ścianą tuż obok wielkiej szafy z ubraniami, naprzeciwko biurka. Przyjaciel stawiał niemały opór, nie wiem jakim cudem udało mi się go postawić na nogi.
- Trzymaj. - podałem mu dwie tabletki przeciwbólowe wraz ze szklanką wody. Cicho podziękował, po czym szybko połknął pigułki. Powtórzyłem ta czynność, przecież nie będę się męczył cały dzień z okropnym bólem głowy.
- Ej chyba nam matematyka mija.
Spojrzałem na zdenerwowanego chłopaka. No tak, Matt ciągle walczy o ocenę wzorową z tego przedmiotu, strasznie ciężko na to pracuje, a nauczycielka mu tego nie ułatwia wymagając bez przerwy jeszcze więcej. Po szkole średniej chce iść na studia matematyczne, zrobić magisterkę i nauczać w szkołach, a być może nawet zostać wykładowcą na uniwersytetach. Wspólnie mamy bardzo ambitne plany oraz staramy się dojść do perfekcji w swoich dziedzinach.



Do szkoły dotarliśmy równo o godzinie ósmej trzydzieści. Autobus się spóźnił, a pieszo zapewne wyszłoby o wiele dłużej, więc postanowiliśmy czekać. Nie mam w zwyczaju się spóźniać, nigdy nie miałem, jestem dość punktualnym człowiekiem, a to raczej atut niżeli wada.
Na parkingu nie było żywej duszy, stały tylko pojedyncze auta. Spojrzałem na Matty'ego z lekkim zaniepokojeniem. Przecież zawsze tu jest od cholery ludzi, pomyślałem. Najwyraźniej przyjaciel również nie rozumiał zaistniałej sytuacji, ale obaj postanowiliśmy to zignorować.
Spokojnym krokiem weszliśmy głównym wejściem do budynku. Na korytarzu też nikogo nie było. W mojej głowie zaczęły rodzić się najróżniejsze myśli. Może to apokalipsa zombie, może jakiś płatny zabójca wybił wszystkich z miasta i zostaliśmy tylko ja oraz Mullins, albo jeszcze coś gorszego!
Boże, miej mnie w swojej opiece.
- Co jest?
- Nie wiem, Matty, nie wiem. Chodź sprawdzimy dalej.
Zaczęliśmy otwierać kolejno sale, patrzeć czy ktoś jest w środku. Nie przynosiło to żadnych skutków.
Matt jak to Matt już panikował, natomiast ja starałem się ukryć swoje zdenerwowanie, choć z każdą chwilą narastało.
Mimo wszelkich starań nikogo nie znaleźliśmy.
Bezsilnie opadłem na podłogę i opierając się o ścianę myślałem nad kolejną opcją, która nam została. Jako przyszły prawnik nie mogę tak po prostu odpuścić, to byłoby co najmniej dziwne.
Minęło pięć minut, ale wciąż nic nie wymyśliłem. Siedziałem z zamkniętymi oczami opracowując jakiś sensowny plan, aż nagle usłyszałem odgłosy dobiegające z sali gimnastycznej.
Wtedy zaświeciła mi się lampka. Wszyscy uczniowie wraz z nauczycielami gdzieś zniknęli, w salach ich nie było, więc poszli na apel. Jeszcze nie wiem z jakiej okazji, bo na początku drugiego semestru dyrektorka rzadko je organizuje. Trochę powęszę i zobaczę o co chodziło.
- Mają apel, debilu - zakomunikowałem przerażonemu Matty'emu.
Jego mina - bezcenna.
Pociągnąłem go za rękę i szliśmy korytarzami w stronę owej sali. Niektórzy pomyślą, że ta szkoła to istny labirynt, same ślepe zaułki, ale po pewnym czasie - mi to zajęło około dwóch miesięcy - idzie się przyzwyczaić. Wiele tępych nieuków po pewnym czasie z niej odchodziło, co ciekawsze, ich rodzice pozywali naszą dyrektor, żądali zburzenia szkoły. Śmieszne jak ludzie potrafią zachowywać żałosne postawy nie mając racji. Co z tego, że szkoła jest ogromna? Przecież to dobrze, pomieści więcej tęgich głów takich jak ja i Matty, a dyrektorka będzie zadowolona, że jej absolwenci odnoszą sukcesy w życiu zawodowym, że to ona się do tego przyczyniła.
Po około trzech minutach dotarliśmy na miejsce, zajrzeliśmy do środka i w ten sposób moje podejrzenia się sprawdziły.
Zaproponowałem żeby już tam nie wchodzić, zaraz przerwa, a chłopak przystał na tą propozycję.
Praktycznie po pięciu minutach zadzwonił dzwonek. Zacząłem się denerwować, za kilka chwil nadejdzie moja egzekucja, pytanie z etyki. Nie lubię tego przedmiotu, ale muszę go zaliczyć najmniej na ocenę bardzo dobrą, jeśli chcę się dostać na te studia. Ocena wzorowa zadowoliłaby mnie jeszcze bardziej.
Szybko wyjąłem książkę i zacząłem pochłaniać tematy. Etyka jest nudna, ale podobno ma jej być więcej podczas trzyletniej nauki na Uniwersytecie w Memphis. Etyka pracy, etyka tego, etyka tamtego, bla bla bla. Każdy normalny wie, że dzisiejsi adwokaci wcale się tego nie trzymają, czasami nawet żerują w szpitalnych kawiarenkach czekając na potencjalnego klienta, następnie wręczają mu swoją wizytówkę (a raczej swojej kancelarii, bądź kancelarii swojego pracodawcy) i znów wracają do poprzedniego zajęcia. Tak w kółko. Ale czego to się nie robi, żeby zarobić na kawałek chleba, nie? Na szczęście jeszcze nie muszę myśleć o tym, w jaki sposób zdobędę pieniądze na własne utrzymanie, a być może także na utrzymanie mojego przyszłego chłopaka, którym - mam nadzieję - będzie Victor.
O wilku mowa.
Wraz ze swoim meksykańskim towarzystwem wyszedł pewnym krokiem z sali gimnastycznej, jeszcze dyrektorka coś im powiedziała, uścisnęli dłonie oraz odeszli.
Chodzący ideał.
Jest trochę wyższy ode mnie, mierzy jakieś sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Mocno zbudowany. Ramiona ma nad podziw szerokie, imponujące bicepsy wypychały krótkie rękawki bawełnianego polo, chyba specjalnie tak dobranego, żeby podkreślało jego muskulaturę. Dodatkowo założył obcisłe dżinsy i wszystko wyglądało perfekcyjnie.
- Kellin, przestań się na niego gapić. - upomniał mnie przyjaciel.
Oh Matty, gdybyś ty wiedział jakie to trudne odwrócić od niego wzrok chociażby na minutę.
Szatyn spojrzał w naszą stronę, a następnie do nas ruszył.
Oddech mi przyspieszył, można by powiedzieć, że nie mogłem nabrać powietrza w płuca, niemal natychmiast upuściłem książkę trzymaną w dłoniach. Szybko się schyliłem zbierając porozrzucane papiery.
Usłyszałem cichy chichot należący do Vica i moje kąciki mimowolnie się uniosły tworząc uśmiech odkrywający zęby.
Chłopak pomógł mi pochować wszystkie "dokumenty", po czym zapytał:
- Masz coś dla mnie?
Nie za bardzo wiedziałem o co może chodzić, nic mu nie obiecywałem.
- W sensie?
- Miałeś mi odrobić pracę domową na matematykę.
O cholera, całkowicie o tym zapomniałem, a tym samym zaprzepaściłem szansę na otrzymanie niewielkiego uznania w jego oczach. Jak mogłem zapomnieć?
- Co do tego... nie mam jej.
- Jak to nie masz? - zapytał rozbawiony.
Mam takie wrażenie, że jemu wcale nie zależało na głupiej pracy domowej, a tylko i wyłącznie na kontakcie ze mną. Chociaż nie, to niedorzeczne.
- Zapomniałem.
- W takim razie po tej lekcji czeka cię kara. - oznajmił tajemniczo.
Już się boję co to może być tym razem.

_________________________________________________________________________________

Jaki niewypał, omg.
Mimo wszystko - tak będzie tylko na początku. Według moich planów akcja się rozwinie w przeciągu 3/4 rozdziałów.
A co sądzicie o tak dokładnym opisie wszystkiego?
I o rozmyśleniach Kellsa?
Bo mi się nie podoba, lel.
W każdym razie, to tylko początek.
No i czekam na komentarze, są bardzo ważne c:
Cya,
~adrianek







sobota, 19 lipca 2014

Prolog (Kellic)

Poranki w Memphis nie należą do najprzyjemniejszych. Przenieśliśmy się tu z Medford, gdy ukończyłem naukę w szkole podstawowej, szczerze, nie bardzo odpowiadał mi ten pomysł, bo przecież tam miałem przyjaciół, ale przeprowadzka była oczywiście według mamy konieczna. Odkąd ojciec umarł w nieszczęśliwym wypadku moja rodzicielka stała się bardziej stanowcza, poświęca nam mniej uwagi, choć wiem, że jest to spowodowane jej nadgodzinami w pracy, a i tak ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Wraz z moimi siostrami - Becky i Rose - tworzymy dość problemową grupkę dzieci, których raczej nikt by nie chciał ze względu na nasze wybryki. Czasem sam się dziwię jak rodzicielka z nami wytrzymuje.
Becky - 16 letnia gówniara, która uważa, że wszystko jej się należy irytuje mnie chyba najbardziej. Bez wysiłku chciałaby osiągnąć sukces w życiu, jest w stanie nawet sprzedać własnego brata dla paru głupich bluzek z nadrukami. Nie znoszę jej, ale ją kocham.
Rose - rok młodsza od swojej siostry, bardzo uczynna, dobra. Uwielbia zwierzęta, kiedyś niemal przekonała matkę do kotka, tylko jakoś nie wyszło, a szkoda.
Uczęszczamy razem do szkoły, na nieszczęście gimnazjum umieścili w budynku, gdzie znajduje się moje liceum.
Na koniec Kellin, czyli ja - 18 letni, niewychowany, rozwydrzony, pyskaty, nieposłuchany dzieciak bez jakiegokolwiek szacunku dla dorosłych. Kilka razy wylądowałem na komisariacie za moje wybryki, o których wolałbym nie mówić.
Uczę się dobrze, bez problemu zdałem do dobrego liceum w Memphis. Jestem typem kujona, muszę mieć wszystko zapisane (ze względu na moją cholernie krótką pamięć). Swoją przyszłość planuję dość szczegółowo i zapowiada się ona świetliście. Mam zamiar dostać się na studia prawnicze, pracować w jakiejś niewielkiej kancelarii za miastem, może nawet w Londynie, bo właśnie tam chcę wyjechać. Moja decyzja zostania adwokatem zapadła nieodwołalnie, kiedy zrozumiałem, że mój ojczym nienawidzi wszystkich prawników. Niestety jestem jeszcze nastolatkiem, wiecznie zakłopotanym swoją niezdarnością, sfrustrowanym życiem i przerażonym własnym seksualizmem, zaledwie o krok w poprawczaku, a nawet być może szkole podoficerskiej, dokąd ojczym chce mnie zesłać za niesubordynację. Jako były żołnierz piechoty morskiej głęboko wierzy, że chłopców należy wychować żelazną ręką, a mój cięty język, homoseksualizm i wrodzona awersja do dyscypliny sprawiały, iż chciał się jak najszybciej pozbyć mnie z domu. Nie sądzę bym kiedykolwiek mu to wybaczył.
W szkole jestem szarą myszką, posiadam swoją grupkę dobrych znajomych, z którymi trzymam się na dobre i na złe, to mi w zupełności wystarcza.
Matty - uroczy rudzielec, mogę śmiało powiedzieć, mój najlepszy przyjaciel, miło mnie przyjął, wspierał, darzę go ogromnym zaufaniem.
Alex - odrobinę buntowniczy młodzieniec starający wywrzeć jak najlepsze wrażenie pośród rówieśników, towarzyski.
Jack - ciekawska osoba, nawet bardzo, a czasem nawet przesadnie. Uwielbia wciskać nos w nieswoje sprawy i, że się tak wyrażę, mamy w tym temacie wiele wspólnego. Chłopak Alex'a, co nikogo zbytnio nie dziwi, idealnie do siebie pasują, jak najbardziej ich wspieram oraz staram się pomagać w miarę moich - jakby nie patrzeć małych - możliwości dobrą radą w temacie miłości.
No właśnie.. jeśli mowa o sprawach sercowych jestem w tym dość słaby, zresztą sam wpakowałem się w niezłe bagno.
Serce nie sługa, nie mogłem wybierać, samo w końcu odnalazło swoją drugą połówkę.
Był nią Victor Vincent Fuentes, chodzący ideał, postrach szkolnych korytarzy. Ten, który traktuje mnie jak ostatnią szmatę, zwykłe popychadło. Tak, to jego darzę najsilniejszym uczuciem.
Vic, moja miłość.

_________________________________________________________________________________

Trochę przykro, że tamto opowiadanie zniknęło, jakby nie patrzeć wymagało jakiegoś wkładu z mojej strony, nawet tego najmniejszego.
Mimo wszystko wracam z kolejnym, jeszcze lepszym (według mnie). Na pewno będzie więcej akcji, przewiduję jakieś speciale, soł zapowiada się ciekawie.
Nie sądziłam, że prolog dodam jeszcze dzisiaj, ale gładko mi się pisało. Mam głowę pełną pomysłów na rozdziały, więc początkowo opublikuję je w najbliższym czasie.
Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze to czyta. Przypominam o komentarzach (i jak już musicie to z anonima, jednak osobiście wolę z konta).
Trzymajcie się, do następnego!
~adrianek

BARDZO BARDZO BARDZO WAŻNE

Um, nie wiem jakim cudem, ale wszystkie rozdziały (zresztą jak posty) samoistnie się usunęły. Może to i lepiej, bo tamto opowiadanie było jedną wielką szmirą, wcale mi się nie podobało.
Postanowiłam napisać nowe, mam już fabułę, bohaterów, praktycznie wszystko.
Soł, niedługo opublikuję prolog, który będzie krótką zapowiedzią.
Hang on!
~adrianek