czwartek, 30 lipca 2015

Four (Austlan)

 Jak to wyjeżdżamy? Przecież dzisiaj dopiero tu przylecieliśmy! A ty mi mówisz, że ruszamy do... Do czego?
- Do Niderlandów. - podsunąłem.
- Tak, do Niderlandów. I co? To tysiące kilometrów stąd! Nawet jeszcze nie widziałeś wszystkich atrakcji! Chcesz tak po prostu wyjechać?
- Tak. Tu jest okropnie, ale ty nie możesz tego zrozumieć. Pakuj resztę rzeczy, za godzinę mamy samolot.
Andy z wyraźnym niezadowoleniem dokończył pakowanie, a ja byłem dumny, że postawiłem na swoim. Prosto było go zdominować, bo, nie oszukujmy się, to ja miałem ten władczy charakter. To ja bylem mózgiem wszystkich operacji.
**
Moje podekscytowanie sięgało zenitu, nie potrafiłem wysiedzieć w miejscu. Wiele razy pani za mną zwracała mi uwagę, niby uderzałem tyłem fotela o jej twarz. Swoją drogą, chciałbym to zobaczyć, bo niemiłosiernie mnie denerwowała. Poza tym, nie mogłem od tak nad tym zapanować! Nie mam ADHD ani nic, po prostu kto siedziałby spokojnie ze świadomością, że za chwilę wyląduje w Holandii? Spełni jedno z wielu marzeń? Ech, odpowiedź jest zbyt prosta, a brzmi ona: nikt. Więc pani grzecznie zajmie się tym paskudnym pokładowym jedzeniem i pozwoli mi wywiercić jebaną dziurę w fotelu.
Chmury płynęły spokojnie po niebie, ale nie było czasu na zwracanie na to uwagi. Właśnie zaczynał się mój ulubiony moment - mianowicie turbulencje związane ze zbliżającym się lądowaniem. Stewardessa przez mały mikrofon oznajmiła pasażerom, żeby zapięli pasy bezpieczeństwa, co oczywiście zrobiłem, choć czułem wymiociny wędrujące ku drodze na wolność. Andy wciąż spał, jego nie ruszyłoby nawet trzęsienie ziemi, co z jednej strony jest całkiem śmieszne, więc i jego musiałem zabezpieczyć.
Za oknem zalśniły jaskrawe światełka i pilot zaczął zniżać lot samolotu, przy czym zawsze mam wrażenie, że zaraz staniemy w płomieniach oraz rozbijemy się o podłoże. Na szczęście, moje "wrażenie" nigdy nie ujrzało światła dziennego, dzieki czemu wciąż żyję. Dziękuję za to komukolwiek, kto tam urzęduje nad nami.
Za pół godziny dotarliśmy do lotniska. Stałem w wielkim holu pełnym ludzi, kręcących się w kółko. Pewnie szukali swojej rodziny, przyjaciół, czy kogoś znajomego, kto mógłby pomóc im ze odnalezieniem się w nowym środowisku. My nie mieliśmy tu nikogo, więc od razu ruszyliśmy po bagaże, a następnie do wyjścia. Momentalnie uderzył nas chłodny wiatr. Co za wspaniałe uczucie! Moje włosy pofrunęły na wszystkie strony świata, a ja nieudolnie starałem się je ułożyć. Po chwili jednak zrezygnowałem, były nie do ogarnięcia.
Do Haarlem trafiliśmy późną jesienią, to dlatego temperatura dała o sobie poznać w taki sposób. Ciekawa zmiana - najpierw upał na Hawajach, teraz nieprzyjemny chłodek. Ludzie zapewne patrzyli na nas jak na idiotów, ale nic dziwnego, kto normalny na taką pogodę zakłada krótkie spodenki. Ha, już widzę to przeziębienie! Ale, szczerze, opłacało się, choć nie mamy nic na przebranie. Nie spodziewałem się, że tydzień później polecimy tutaj. Andy również. Planem było przesiedzieć całe dwa tygodnie w cieple, jednak wyszło inaczej. Nie pomyślałem, by wziąć jeansy, a tym bardziej kurtkę. Najwyraźniej trzeba będzie zrobić większe zakupy.
Wzrokiem odnalazłem coś na podobieństwo taksówki.
- Dobra, nie mamy nic, jedynie zarezerwowany pokój w hotelu. Musimy jechać do sklepu. Po jakiemu tutaj gadają?
 - Skąd mam wiedzieć - warknął w odpowiedzi - ty jesteś wszechwiedzący, poradzisz sobie.
- Masz rację.
Obdarzyłem go ironicznym uśmiechem i pociągnąłem do auta. Kierowca zapakował nasze walizki do bagażnika, a my usiedliśmy na tylnych siedzeniach. Cholera, jaki tu obowiązuje język... Żałuję, że tego nie sprawdziłem przed przyjazdem. Trochę słabo.
Mężczyzna usiadł za kierownicą, silnik już pracował, więc spojrzał w lusterko oraz zapytał:
- Wanneer mannen falen?
Kurwa mać, jesteśmy w kropce.
Biersack spojrzał na mnie z rozbawieniem, a ja potarłem dłońmi twarz.
Nic nie zrozumiałem? W dodatku powiedział to tak niewyraźnie, że nie było szans na jakiekolwiek porozumienie między nami.
- Pomóż mi. - szepnąłem do chłopaka.
Skinął głową i wziął sprawy w swoje ręce. Poczułem jak kamień spada z mego serca oraz roztrzaskuje się na dnie mojej klatki piersiowej. Przynajmniej się nie zbłaźnię!
- Ty zawieść nas do najbliższy sklep z ubraniem - usłyszałem.
Mężczyzna odwrócił się w naszą stronę. Miał ciemne włosy ułożone w tak zwany hełm (bardzo popularny w Ameryce), ale on wyglądał inaczej niż wszyscy. Lepiej. Oczy koloru jasnego piwa patrzyły na mnie w niesamowity sposób, jak żadne inne. Jego spierzchnięte usta wygięły się w dziwnym uśmiechu, przez co malutki strumyczek krwi z dolnej wargi popłynął po jego brodzie. Dłoń zacisnął na schowku za skrzynią biegów, umożliwiając mi zobaczenie tatuaży na długich palcach, jednak nie zdążyłem przeczytać co mówiły. Miał na sobie lekko zniszczony golf, oblaźnięty przez białe włoski, pewnie należące do jakiegoś zwierzaka.
Byłem pewny, że na mojej twarzy widniał karmazynowy rumieniec. Cóż za przystojny kierowca.
- Jak sobie panowie życzą. Jeden kurs do najbliższego sklepu odzieżowego. - powiedział.
Haha, ale jaja, on mówi po angielsku! Moje przeczucie mnie nie zawiodło. Lepiej było oddać pałeczkę Biersackowi. Słyszałem to ciche westchnięcie z jego strony i on doskonale o tym wiedział. Zaśmiałem się triumfalnie.
Nasz związek był cholernie toksyczny. Bo, która normalna para za wszelką cenę próbuje sobie nawzajem dopiec? Kto normalny podpuszcza swojego partnera? Cieszy się z jego nieszczęścia, a jednocześnie nie wyobraża sobie życia bez niego? My normalni nie byliśmy, ale to nakręcało całą zabawę.
Samochód ruszył, małe radyjko wypełniało swą powinność, grając jakieś piosenki. Zawzięcie obserwowałem zmieniające się budynki, to miasto nie wyglądało tak, jak oczekiwałem - była to bowiem zwykła miejscowość. Czułem, jakbym w ogóle nie wyjechał z USA.
**
Sklepy również nie wyglądały jakoś wyjątkowo, wszystko to samo, co w Ameryce. Kupiliśmy cieplejsze ubrania, a pod wieczór już siedzieliśmy w naszym pokoju, oglądając telewizję. Myślami byłem nieobecny, ciągle wracałem wspomnieniami do tego tajemniczego kierowcy. Ciekawe czy jeszcze kiedyś go spotkam...
Była chyba dwudziesta czwarta jak usnąłem, te strefy czasowe są pojebane. Mimo wszystko zapowiada się ciekawie.
_
Alan zabezpiecza Andrzeja, hehe.
Mam nadzieję, że się podobało.
Tak btw albo nie btw to strasznie rozczarowuje mnie ilość komentarzy. Widzę, że sporo osób to czyta, więc może jakąś motywację? Cokolwiek?
No nic, do następnego!

5 komentarzy:

  1. "Trochę słabo"
    Z trudem powstrzymałam się od rzucenia telefonem w ścianę. Dół. Po prostu dół. (;
    No nieważne.
    Andy jest tak uroczy w całej swojej emo osóbce. Nie wiem, on zawsze tak mnie rozczula. Śpi sobie w samolocie, omatko, niunia.
    Postać Alana nawet by mnie bawiła, gdyby nie Andzio obok. Zranisz go, już czuję to w powietrzu. Choć może to i lepiej, bo Andy'ego stać na kogoś o wiele lepszego i chyba nie muszę mówić więcej, prawda?
    Nie wiem co jeszcze mogę napisać, ale w sumie moje komentarze zwykle są bez sensu, soł...
    Pisz szybko, dole

    OdpowiedzUsuń
  2. tęskniłam za twoimi opowiadaniami dobrze że jesteś ^^ /anonimek

    OdpowiedzUsuń
  3. "Ty zawieść nas do najbliższy sklep z ubraniem" Andy jesteśmy tacy podobni..........
    Nieważne, krótko krótko i krótko.
    Alan taka znieczulica trochę do Biersacka widzę /;
    Holandia, kolejne kościółki gotyckie i google, którymi nie potrafię się obsłużyć.
    Czyżby taksówkarzem okazał się Austin??????????? no nie wiem.
    tak czy tak, kocham Cię bardzo i chce już następny /: weny i uważaj na siebie, bo turban jest niebezpieczny

    OdpowiedzUsuń
  4. o kurwa ale gowno. zabij sie xD

    OdpowiedzUsuń