Ok, co ja tu robię przed 16 komentarzami - nie wiem. Ale za to przynoszę ze sobą shota, którego nie umiało mi się napisać. W każdym razie, dodaję go, byście nie czekali miesiąc na główne opowiadanie. Chociaż pewnie i tak będziecie.
__________
Gerard ruszył pewnie przed siebie, założył czarny kaptur, by ludzie nie rozpoznali jego twarzy. Czuł się trochę jak uciekinier, przecież ze swojego pokoju wyszedł przez okno, trafił na mały balkonik, skąd wydostał się drewnianą drabiną. Lubił to dziwne uczucie płynące w jego krwi, tętniące w jego żyłach. Lubił adrenalinę, jaką dostarczał mu Frank. Miał wtedy wrażenie, że może wszystko. Miał wrażenie, że jest coś wart, że Iero go potrzebuje, że go kocha.
Przemierzał kolejne ulice z narastającym podnieceniem, za sobą ciągnął małą, czarną walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, jakie w pośpiechu spakował. Nie miał dużo czasu, musiał jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Dłużej nie wytrzymałby tego napięcia.
Stawiał coraz mniej pewne kroki, co sprawiło, iż wyglądał niczym mała, bezbronna dziewczynka, cała przestraszona. Uspokajająco odgarnął czarne pasma włosów umiejscowione na jego twarzy. Wziął kilka głębokich wdechów, otarł gorące łzy, które powoli spływały po jego bladej skórze. Nie był pewien czy robi dobrze. Nie był pewien uczuć do Franka. Niczego nie był pewien.
Znowu się zaczynało. Jedno głupie ziarenko niepewności zasiane w umyśle Way'a doprowadzało chłopaka do istnego szaleństwa. Plątał się we własnych myślach jak mucha w pajęczynie, nie mógł zapanować nad uczuciami. Każda najmniejsza czynność sprawiała mu więcej niż kłopoty. Ciągle przegrywał tą jakże nierówną walkę.
Ale to się teraz nie liczyło. Musiał uciekać... musiał ponownie znaleźć bezpieczne ramiona swego ukochanego.
Ścigali go. Czuł ich obecność. Czuł, że są tuż za nim.
Ucieczka jednak nie była moim najlepszym wyborem, pomyślał, gratuluję, jak zwykle spierdoliłeś. Mogłeś zostać, w końcu by cię wypuścili. Mogłeś przeczekać.
Oczywiście - mógł. Lecz przeznaczenie chciało inaczej. Chciało, by czarnowłosy uciekł od swoich oprawców.
Gerard nie wierzył w przeznaczenie. Wierzył tylko i wyłącznie w miłość. Miłość łączącą dwie ważne dla siebie osoby. Wierzył we Franka. Ślepo wierzył w ocalenie z jego rąk. Zakrwawionych rąk.
Biegł prosto, walizkę przerzucił przez ramię, oddychał ciężko. Usłyszał szmer, a później paskudne przekleństwo.
- Szybciej. - wysapał. - Nie poddawaj się teraz. Jesteś tak blisko.
Faktycznie był. Zza mgły dostrzegł domek otoczony zielonym płotem. Pamiętał czasy, gdy przechodził przez niego ze szczerym uśmiechem na twarzy, ze splecionymi palcami, jego i Franka. Z nadzieją. Wtedy jeszcze nie wiedział o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Dla niego moment trwał wieczność, chciał by ów moment nie kończył się nigdy. Chciał szczęścia, którego nigdy nie zaznał. Uważał, iż szczęście nie jest dla niego. Zmienił zdanie po poznaniu pana Iero. Spotkał go w księgarni, niby banalne miejsce do poznania miłości swojego życia.
***
Przeglądał spokojnie ulubione komiksy, poświęcał im całą uwagę. Czytanie było jego pasją oraz jedyną rzeczą jaką uwielbiał. Niektórzy próbowali odciągnąć Way'a od - według nich - bardzo niezdrowego hobby. Czytał dzień i noc, bez przerwy, a rodzina najzwyczajniej w świecie się martwiła. Mikey, brat Gerarda, był bezsilny, starał się przemówić starszemu do rozsądku, ale ten nie chciał słuchać. A gdy przestudiował już wszystkie dostępne książki, pierwszy raz od dłuższego czasu, wyszedł na miasto w poszukiwaniu czegoś nowego, intrygującego. Tak właśnie trafił tutaj, do sprawdzonej księgarni, gdzie wcześniej kupował. Miał tu znajomego sprzedawce, ufał mu jako jedynemu w sprawach komiksów.
Ponownie sprawdzał czy upatrzony przedmiot nie jest podrapany, pognieciony, porysowany. Mężczyzna stojący obok zaczął się niecierpliwić.
-Długo jeszcze? - zapytał.
Gerard spojrzał na niego, ale milczał.
- Też chciałbym to obejrzeć, co skutecznie mi utrudniasz. - kontynuował.
Tym razem Way popatrzył prosto w oczy nieznajomego. Miał zielone tęczówki, a z jego wzroku wynikało naprawdę wiele rzeczy. Gee zwyczajnie zaintrygował się obcym.
-Jestem Gerard. - oznajmił, wyciągnął rękę na znak powitania.
-Frank. - odwzajemnił uścisk.
***
Tracił siły, a banda morderców wciąż go ścigała. Pot lał mu się z czoła, a słony płyn nadal ciekł z jego oczodołów. Płakał z bezsilności jaka go ogarnęła. Nie mógł zrobić nic, co uratowałoby i jego i bruneta. Jedyne co pozostało to poddać się, pogodzić z takim, a nie innym losem.
Przestał biec.
-Macie mnie! - krzyknął przez łzy. - Już nie uciekne!
- Pies cię chędożył, gówniażu, ileśmy się nabiegali. - powiedział najwyższy z nich wszystkich, jednocześnie łapiąc czarnowłosego za ramię. Zacisnął na nim palce, powodując cichy syk u Gerarda. - Idziemy.
Założyli mu worek na głowę, nie widział gdzie idą. Czuł jedynie skręcający trzewia strach. A później mocne uderzenie w głowę.
*
Stracił przytomność, ale doskonale poznał miejsce, gdzie był. Sypialnia. Dwuosobowe łoże, aksamitna pościel, obrazy dekorujące ściany, duże okno. Znał to miejsce doskonale. Bywał tu wiele razy.
Nagle wspomnienia powróciły, każdy pocałunek, jaki mu skradł, każda łza, jaką uronił, każdy uśmiech, którym go obdarowywał. Każde słowo, jakie skierował ku niemu. Tęsknił, cholernie bardzo, oddałby wszystko, by ostatni raz go ujrzeć, pożegnać się, pocałować. Chciał niemożliwego, przecież skoro Gerard znajdował się tu, a nie gdzieś indziej to Frank albo nie żyje, albo cierpi katusze przez tych bandytów.
Way nienawidził ich z całego serca. Zniszczyli to, na co długo pracował. Zniszczyli jego marzenia.
Tak naprawdę, prawie ich nie znał. Pojawili się niespodziewanie. Nikt ich nie wyczekiwał.
Zaczęli wysyłać groźby, paczki z dziwnymi zawartościami. Iero wiele razy zastanawiał się nad zgłoszeniemtego na policję. Gerard nalegał, by zaczekać. Był pewien, że przestaną.
Po roku prześladowań, następne wydarzenie rozwiało wszelakie wątpliwości. Czarnowłosy niechętnie o tym myślał.
Drzwi naprzeciwko skrępowanego chłopaka lekko się uchyliły, a stanął w nich Mikey Way. - Gerard... - szepnął.
- Mikey...
-Nic nie mów, nie wiedzą, że tu jestem.
-Co tu w ogóle robisz? Miałeś się nie mieszać.
-Jak mogłem siedzieć bezczynnie i patrzeć jak mój brat ucieka przed śmiercią? - delikatnie się uśmiechnął, poprawił włosy Gerarda. - Nieważne. Przyniosłem ci trochę wody, napij się, a ja w między czasie oczyszczę twoją ranę na skroni.
Gee nawet nie wiedział, że taką posiada. Mikey zmoczył gazę w jakiejś cieczy, następnie przyłożył materiał do głowy Waya, który stęknął nieznacznie. Musiał być cicho, skoro dla niego już za późno, wciąż mógł uratować brata. A przynajmniej umrze próbując.
Gdy głowa Gerarda była całkowicie czysta, a picie wypite, smukła postać mężczyzny zaczęła się oddalać.
- Mikey, czekaj. Frank żyje? - starszy zapytał najciszej jak potrafił.
Chłopak chwilę się zawachał.
-Żyje. - odparł zmieszany, na co Way wypuścił powietrze trzymane w płucach. - Akurat gdzieś wychodził, a tamci poczekali aż się ulotni.
-Tamci? - ktoś zapytał. - Słyszeliście? Nasz uroczy chłoptaś nas zdradza! - ta sama tonacja.
Kilka innych głosów zawtórowało obrzydliwym, końskim rżeniem. Czarnowłosy żałował, że miał związane ręce i musiał słuchać dzikich odgłosów. Czuł się jak w stajni wśród nieokrzesanych ogierów.
Zbir potężnej postury chwycił Mikey'a za kark, agresywnie podciągnął szyją do góry, by skurczone ciało chłopaka stało się proste. Trochę niższy pomocnik wyjął zgrabny sztylet z cholewy, Gee widział w nim swoje odbicie, jednocześnie próbując uratować braciszka. Niepotrzebnie. Kilka sekund później młodszy Way zwijał się w kałuży swojej własnej krwi, lecącej z jego przeciętej tętnicy szyjnej.
Gerard wrzasnął.
Miotał się, wściekle szarpał kończynami, chciał wszystkich zabić. Chciał zabić tych, którzy odebrali mu brata. Chciał zabić bez mrugnięcia powieką.
Chciał zemsty.
-Czas na ciebie. - mruknął jeden z oprawców.
Kruczoczarne włosy latały po całym pokoju, uderzały w twarze pochylonych mężczyzn. Way nie dawał łatwo za wygraną, głównie gryzł, bo miał ograniczone ruchy.
Nie zostało mu już nic. Frank zaginął, brat umarł, rodzice zginęli, został całkowicie sam. Po co żyć?, pomyślał.
Po co cierpieć z powodu utraty najbliższych?
Po co starać się cokolwiek robić?
Nie walczył już.
Siedział z zamkniętymi oczami, po bladym, podrapanym policzku spłynęła pojedyncza łza. Był gotowy. Czekał na cios.
Który nie nadszedł.
Zaczął powoli podnosić powieki, rozglądać się po pomieszczeniu. Na podłodze leżało ciało Mikey'a oraz wszystkich porywaczy. Na około rozlana była krew. Mimowolnie zaczął płakać. Jednak żyję, pomyślał. Jednak się udało, jednak ocalałem. Tylko... jak?
Do pokoju wszedł nikt inny jak Frank Iero.
- Frank... - zaszlochał.
- Gee, tęskniłem.
Brunet rozwiązał Gerarda, a następnie mocno do siebie przytulił.
- Już nigdy cię nie zostawię, już nigdy.
środa, 28 stycznia 2015
"Where did you hide?" One Shot
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Rycze ;-;
OdpowiedzUsuńKońcówka jest taka piękna, że sobie nawet nie zdajesz sprawy.
Cudowny shot, wiecej takich tu poproszę :)
Weny :)/Merry
OWHSIEVIWHEIWJEVIWJWHWIJWVDHEHSCIWJWVEJEBSJWBJWUWHSBSKBSVDJSOWHEI ZABIŁAŚ MNIE, OK PA
OdpowiedzUsuńKOCHAM MOCNO
Dalej mam ból dupy o oczy Franka, które n i e są zielone, ale napisałam Ci to już pierdylion razy, więc kolejne sobie daruje :\
OdpowiedzUsuńA co do szota... Czy ja muszę cokolwiek pisać? Co ja niby mam o tym myśleć? Chyba wszyscy domyślamy się, że trafiłaś w mój czuły punkt, kocham, wielbie, wszystko.
I kolejny traf-sposób w jaki to opisałaś. Nie wiemy nic. Co? jak? dlaczego? skąd? Przez to dopisuje sobie miliony scenariuszy, mam w głowie pełno wizji i myślę o tym i myślę. Kiedy wszystko jest takie niejasne można się tylko domyślać. Agh, uwielbiam taki styl. U w i e l b i a m. To było celowe, czy tylko tak Ci wyszło? xD Niech wychodzi częściej, serio.
Frerard, związany Gee, krew, ostre narzędzia. Mój komentarz jest tu naprawdę zbędny. Tylko liczyłam, że zrobią coś Gerardowi i dupa :(
Z drugiej strony gdyby coś mu zrobili to z mojej strony posypałyby się komentarze typu 'dlaczego zrobiłaś mu krzywdę onie moja biedna blondyneczka dlaczego dlaczego'. Soł, mi się nigdy nie dogodzi /: Ale cholera, miałam przez moment taką piękną wizję i napiszę Ci ją ignorując fakt, że już i tak za bardzo się rozpisałam.
No więc...gdy Gerard obudził się związany na tym łóżku to w głowie zapaliło mi się światełko. Jeden z morderców, ze wzrokiem szaleńca, przystawiający ostrze do piersi Waya, która unosi się w nierównym oddechu. Krople potu spływające po jego twarzy, mieszające się z krwią jak i łzami. Ostatnie próby zerwania więzów, posiniaczone i podrapane od sznurów delikatne nadgarstki. Ciche błagania, szepty, modlitwy. I wtedy on... Nie, stop. Czy ja znowu piszę Ci bezsensowny komentarz, który zupełnie odbiegł od tematu? Och, no to jeszcze jedno
"- Już nigdy cię nie zostawię, już nigdy." Przez to po głowie zaczęła mi chodzić piosenka Frania 'best friends forever but not now' i trochę płakłam :)))) Przepraszam za ten komentarz, musiałam. Pisząc Frerardy musisz być przygotowana na taki odzew z mojej strony.No i w sumie wychodzi na to, że mi się podobało. /:
Ooouuu piękny One Shot *0*
OdpowiedzUsuńawww naprawdę śliczny ♥
Zakochałam się. Hah i taki piękny zbieg okoliczności, bo akurat dziś przyjaciółka opowiadała mi cały dzień o Gerardzie a teraz jeszcze sobie przeczytałam coś tak pięknego na dobranoc ^^
Naprawdę mi się podobało ♥