środa, 28 stycznia 2015

"Where did you hide?" One Shot

Ok, co ja tu robię przed 16 komentarzami - nie wiem. Ale za to przynoszę ze sobą shota, którego nie umiało mi się napisać. W każdym razie, dodaję go, byście nie czekali miesiąc na główne opowiadanie. Chociaż pewnie i tak będziecie.
__________
Gerard ruszył pewnie przed siebie, założył czarny kaptur, by ludzie nie rozpoznali jego twarzy. Czuł się trochę jak uciekinier, przecież ze swojego pokoju wyszedł przez okno, trafił na mały balkonik, skąd wydostał się drewnianą drabiną. Lubił to dziwne uczucie płynące w jego krwi, tętniące w jego żyłach. Lubił adrenalinę, jaką dostarczał mu Frank. Miał wtedy wrażenie, że może wszystko. Miał wrażenie, że jest coś wart, że Iero go potrzebuje, że go kocha.
Przemierzał kolejne ulice z narastającym podnieceniem, za sobą ciągnął małą, czarną walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, jakie w pośpiechu spakował. Nie miał dużo czasu, musiał jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Dłużej nie wytrzymałby tego napięcia.
Stawiał coraz mniej pewne kroki, co sprawiło, iż wyglądał niczym mała, bezbronna dziewczynka, cała przestraszona. Uspokajająco odgarnął czarne pasma włosów umiejscowione na jego twarzy. Wziął kilka głębokich wdechów, otarł gorące łzy, które powoli spływały po jego bladej skórze. Nie był pewien czy robi dobrze. Nie był pewien uczuć do Franka. Niczego nie był pewien.
Znowu się zaczynało. Jedno głupie ziarenko niepewności zasiane w umyśle Way'a doprowadzało chłopaka do istnego szaleństwa. Plątał się we własnych myślach jak mucha w pajęczynie, nie mógł zapanować nad uczuciami. Każda najmniejsza czynność sprawiała mu więcej niż kłopoty. Ciągle przegrywał tą jakże nierówną walkę.
Ale to się teraz nie liczyło. Musiał uciekać... musiał ponownie znaleźć bezpieczne ramiona swego ukochanego.
Ścigali go. Czuł ich obecność. Czuł, że są tuż za nim.
Ucieczka jednak nie była moim najlepszym wyborem, pomyślał, gratuluję, jak zwykle spierdoliłeś. Mogłeś zostać, w końcu by cię wypuścili. Mogłeś przeczekać.
Oczywiście - mógł. Lecz przeznaczenie chciało inaczej. Chciało, by czarnowłosy uciekł od swoich oprawców.
Gerard nie wierzył w przeznaczenie. Wierzył tylko i wyłącznie w miłość. Miłość łączącą dwie ważne dla siebie osoby. Wierzył we Franka. Ślepo wierzył w ocalenie z jego rąk. Zakrwawionych rąk.
Biegł prosto, walizkę przerzucił przez ramię, oddychał ciężko. Usłyszał szmer, a później paskudne przekleństwo.
- Szybciej. - wysapał. - Nie poddawaj się teraz. Jesteś tak blisko.
Faktycznie był. Zza mgły dostrzegł domek otoczony zielonym płotem. Pamiętał czasy, gdy przechodził przez niego ze szczerym uśmiechem na twarzy, ze splecionymi palcami, jego i Franka. Z nadzieją. Wtedy jeszcze nie wiedział o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Dla niego moment trwał wieczność, chciał by ów moment nie kończył się nigdy. Chciał szczęścia, którego nigdy nie zaznał. Uważał, iż szczęście nie jest dla niego. Zmienił zdanie po poznaniu pana Iero. Spotkał go w księgarni, niby banalne miejsce do poznania miłości swojego życia.
***
Przeglądał spokojnie ulubione komiksy, poświęcał im całą uwagę. Czytanie było jego pasją oraz jedyną rzeczą jaką uwielbiał. Niektórzy próbowali odciągnąć Way'a od - według nich - bardzo niezdrowego hobby. Czytał dzień i noc, bez przerwy, a rodzina najzwyczajniej w świecie się martwiła. Mikey, brat Gerarda, był bezsilny, starał się przemówić starszemu do rozsądku, ale ten nie chciał słuchać. A gdy przestudiował już wszystkie dostępne książki, pierwszy raz od dłuższego czasu, wyszedł na miasto w poszukiwaniu czegoś nowego, intrygującego. Tak właśnie trafił tutaj, do sprawdzonej księgarni, gdzie wcześniej kupował. Miał tu znajomego sprzedawce, ufał mu jako jedynemu w sprawach komiksów.
Ponownie sprawdzał czy upatrzony przedmiot nie jest podrapany, pognieciony, porysowany. Mężczyzna stojący obok zaczął się niecierpliwić.
-Długo jeszcze? - zapytał.
Gerard spojrzał na niego, ale milczał.
- Też chciałbym to obejrzeć, co skutecznie mi utrudniasz. - kontynuował.
Tym razem Way popatrzył prosto w oczy nieznajomego. Miał zielone tęczówki, a z jego wzroku wynikało naprawdę wiele rzeczy. Gee zwyczajnie zaintrygował się obcym.
-Jestem Gerard. - oznajmił, wyciągnął rękę na znak powitania.
-Frank. - odwzajemnił uścisk.
***
Tracił siły, a banda morderców wciąż go ścigała. Pot lał mu się z czoła, a słony płyn nadal ciekł z jego oczodołów. Płakał z bezsilności jaka go ogarnęła. Nie mógł zrobić nic, co uratowałoby i jego i bruneta. Jedyne co pozostało to poddać się, pogodzić z takim, a nie innym losem.
Przestał biec.
-Macie mnie! - krzyknął przez łzy. - Już nie uciekne!
- Pies cię chędożył, gówniażu, ileśmy się nabiegali. - powiedział najwyższy z nich wszystkich, jednocześnie łapiąc czarnowłosego za ramię. Zacisnął na nim palce, powodując cichy syk u Gerarda. - Idziemy.
Założyli mu worek na głowę, nie widział gdzie idą. Czuł jedynie skręcający trzewia strach. A później mocne uderzenie w głowę.
*
Stracił przytomność, ale doskonale poznał miejsce, gdzie był. Sypialnia. Dwuosobowe łoże, aksamitna pościel, obrazy dekorujące ściany, duże okno. Znał to miejsce doskonale. Bywał tu wiele razy.
Nagle wspomnienia powróciły, każdy pocałunek, jaki mu skradł, każda łza, jaką uronił, każdy uśmiech, którym go obdarowywał. Każde słowo, jakie skierował ku niemu. Tęsknił, cholernie bardzo, oddałby wszystko, by ostatni raz go ujrzeć, pożegnać się, pocałować. Chciał niemożliwego, przecież skoro Gerard znajdował się tu, a nie gdzieś indziej to Frank albo nie żyje, albo cierpi katusze przez tych bandytów.
Way nienawidził ich z całego serca. Zniszczyli to, na co długo pracował. Zniszczyli jego marzenia.
Tak naprawdę, prawie ich nie znał. Pojawili się niespodziewanie. Nikt ich nie wyczekiwał.
Zaczęli wysyłać groźby, paczki z dziwnymi zawartościami. Iero wiele razy zastanawiał się nad zgłoszeniemtego na policję. Gerard nalegał, by zaczekać. Był pewien, że przestaną.
Po roku prześladowań, następne wydarzenie rozwiało wszelakie wątpliwości. Czarnowłosy niechętnie o tym myślał.
Drzwi naprzeciwko skrępowanego chłopaka lekko się uchyliły, a stanął w nich Mikey Way.  - Gerard... - szepnął.
- Mikey...
-Nic nie mów, nie wiedzą, że tu jestem.
-Co tu w ogóle robisz? Miałeś się nie mieszać.
-Jak mogłem siedzieć bezczynnie i patrzeć jak mój brat ucieka przed śmiercią? - delikatnie się uśmiechnął, poprawił włosy Gerarda. - Nieważne. Przyniosłem ci trochę wody, napij się, a ja w między czasie oczyszczę twoją ranę na skroni.
Gee nawet nie wiedział, że taką posiada. Mikey zmoczył gazę w jakiejś cieczy, następnie przyłożył materiał do głowy Waya, który stęknął nieznacznie. Musiał być cicho, skoro dla niego już za późno, wciąż mógł uratować brata. A przynajmniej umrze próbując.
Gdy głowa Gerarda była całkowicie czysta, a picie wypite, smukła postać mężczyzny zaczęła się oddalać.
- Mikey, czekaj. Frank żyje? - starszy zapytał najciszej jak potrafił.
Chłopak chwilę się zawachał.
-Żyje. - odparł zmieszany, na co Way wypuścił powietrze trzymane w płucach. - Akurat gdzieś wychodził, a tamci poczekali aż się ulotni.
-Tamci? - ktoś zapytał. - Słyszeliście? Nasz uroczy chłoptaś nas zdradza! - ta sama tonacja.
Kilka innych głosów zawtórowało obrzydliwym, końskim rżeniem. Czarnowłosy żałował, że miał związane ręce i musiał słuchać dzikich odgłosów. Czuł się jak w stajni wśród nieokrzesanych ogierów.
Zbir potężnej postury chwycił Mikey'a za kark, agresywnie podciągnął szyją do góry, by skurczone ciało chłopaka stało się proste. Trochę niższy pomocnik wyjął zgrabny sztylet z cholewy, Gee widział w nim swoje odbicie, jednocześnie próbując uratować braciszka. Niepotrzebnie. Kilka sekund później młodszy Way zwijał się w kałuży swojej własnej krwi, lecącej z jego przeciętej tętnicy szyjnej.
Gerard wrzasnął.
Miotał się, wściekle szarpał kończynami, chciał wszystkich zabić. Chciał zabić tych, którzy odebrali mu brata. Chciał zabić bez mrugnięcia powieką.
Chciał zemsty.
-Czas na ciebie. - mruknął jeden z oprawców.
Kruczoczarne włosy latały po całym pokoju, uderzały w twarze pochylonych mężczyzn. Way nie dawał łatwo za wygraną, głównie gryzł, bo miał ograniczone ruchy.
Nie zostało mu już nic. Frank zaginął, brat umarł, rodzice zginęli, został całkowicie sam. Po co żyć?, pomyślał.
Po co cierpieć z powodu utraty najbliższych?
Po co starać się cokolwiek robić?
Nie walczył już.
Siedział z zamkniętymi oczami, po bladym, podrapanym policzku spłynęła pojedyncza łza. Był gotowy. Czekał na cios.
Który nie nadszedł.
Zaczął powoli podnosić powieki, rozglądać się po pomieszczeniu. Na podłodze leżało ciało Mikey'a oraz wszystkich porywaczy. Na około rozlana była krew. Mimowolnie zaczął płakać. Jednak żyję, pomyślał. Jednak się udało, jednak ocalałem. Tylko... jak?
Do pokoju wszedł nikt inny jak Frank Iero.
- Frank... - zaszlochał.
- Gee, tęskniłem.
Brunet rozwiązał Gerarda, a następnie mocno do siebie przytulił.
- Już nigdy cię nie zostawię, już nigdy.

niedziela, 25 stycznia 2015

Two (Austlan)

Miotał się po korytarzu jak małpa w klatce, zapewne szukając telefonu. Chciałem mu powiedzieć, że ma go w kieszeni, ale wtedy nie byłoby tak śmiesznie.
Stałem spokojnie przy drzwiach odpisując znajomym na wiadomości. Żyłem w przekonaniu, że to ja potrafię najdłużej się szykować, jednak od czasu związku z Andy'm zostaję ciągle utwierdzany w przekonaniu, iż moje zdanie było co najmniej mylne. Czekałem już półtorej godziny, przecież na zegarku widniały następujące liczby: 17:30. Po tak długim czasie moje nogi miały dość. W dodatku nie wiedziałem gdzie ów konfident mnie zabiera. Znowu jakaś impreza? Spotkanie ze znajomymi? Kto wie, chociaż osobiście posiedziałbym w domu, obejrzał jakiś film i tym podobne. A jednak najchętniej pojechałbym na te głupie wakacje. Chwila... Rodzice siedzą zapracowani w biurze, Andrew mieszka sam. Na mnie nie zwracają uwagi. Gdyby tak, spakować rzeczy, kupić bilet i wyjechać w cholerę daleko?
- Kochanie - zacząłem. - Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
- Alan, proszę cię, szukam telefonu, nie przeszkadzaj.
- Masz w kieszeni, idioto. - mruknąłem. - A teraz mnie wysłuchaj, bardzo uważnie, tak, wiem, że masz z tym problemy.
Nie odpowiedział.
- Wyjedźmy gdzieś.
-Dobrze wiesz, nie mamy funduszy.
- Ja wszystko załatwię, niech się twoja piękna główka o to nie martwi.
-Ok, nawet jeśli się uda, to gdzie?
- Nie wiem. - powiedziałem. - Myślałem nad Anglią, Europą. Masz ukończone osiemnaście lat, na spokojnie możesz zarezerwować jakiś hotel. Ja będę tak jakby pod twoją opieką. Patrz co za paradoks, będziesz moim opiekunem.
- Bardzo śmieszne. - mruknął.
- Wiem. - odparłem ze śmiechem. - To jak?
- Zgoda.
-Cudownie. - wygiąłem kąciki ust w zwycięskim uśmiechu.
Podszedłem do chłopaka, stanąłem na palcach.
Przerzuciłem swoje ręce przez jego ramiona, wargami odkryłem śnieżnobiałe zęby. Andy oddychał szybko, jakby był odrobinę zestresowany, jego tęczówki pociemniały, źrenice powiększyły się. Czas stanął w miejscu, każda chwila zbliżenia powodowała coraz większe pożądanie, a nawet nie złączyłem naszych ust. Trwaliśmy w bezruchu patrząc sobie w oczy. Ostatecznie postanowił brutalnie naprzeć swoje, spierzchnięte usta na moje, delikatne i malinowe. Poruszaliśmy nimi w zgodnym tempie, bez pośpiechu. Dłońmi odnalazłem jego czarne włosy, owinąłem je wokół palca oraz pogłębiłem pocałunek.
Wszystko szło świetnie, gdyby nie irytujące pukanie w ramię.
"Alan, wstawaj!"
Leniwie rozchyliłem powieki. Czyżby to było tylko... snem?
- Wstawaj, śpiąca królewno.
Milczałem, wciąż pocierałem brązowe oczy.
- Która godzina?
- Późna, przespałeś nasze plany, a myślałem...
Nikt nigdy nie dowiedział się co myślał Biersack, nawet nie było takiej potrzeby. Skutecznie przerwałem mu dokończenie zdania pocałunkiem, takim jak wcześniej w mojej wyobraźni, a Andy był wyraźnie zadowolony z takiego obrotu sprawy. Podświadomość dawała mi pewnego typu znaki, z tym wyjazdem to wcale nie taki głupi pomysł. Przynajmniej mogło się udać.
*
Do domu wracałem spokojnym krokiem, po drodze mijając kolejnych przechodniów, którzy witali moją osobę. Oczywiście na wszystko odpowiadałem, bo jak syn prezydenta ma czelność nie odpowiadać na przywitania. Ojciec straciłby władzę, ja pieniądze, a jak powszechnie wiadomo bez nich ani rusz.
Przemierzałem kolejne ulice spokojnym, zdecydowanym krokiem. Wiatr rozwiewał mi rude pasma włosów, które trafiały na twarz. Głównie zostawały zdmuchiwane bądź odgarniane. Niestety okazało się, iż to syzyfowa praca, ja - lekko już poirytowany - miałem dość niekończącego się poprawiania kasztanowych włosów. Chciałem najszybciej dotrzeć do domu, spakować walizki, zarezerwować bilet i ponownie wrócić do Andy'ego. Chłopak pewnie również się pakuje, był bardzo podekscytowany wizją wyjazdu gdziekolwiek ze mną. Nie dziwota.
Wreszcie zobaczyłem duży, biały dom oraz dwa auta na podjeździe. Przekroczyłem bramę, kluczem otworzyłem drzwi. Pewny siebie wszedłem do budynku. W salonie zauważyłem postacie siedzące na sofie, wgapione w telefony. Od razu je poznałem - Jody i Dean udzielali się na portalach społecznościowych, zapewne reklamując kampanię ojca. Nie zwracając większej uwagi, sprawnie przemknąłem na górę, do swojego pokoju. Niemal od razu dorwałem pierwszą walizkę, bluzki, koszule, spodnie, bieliznę i tym podobne. Wszystko pięknie upchałem, a następnie odpaliłem laptopa. Wstukałem url strony lotniczej, zarezerwowałem bilety, szczerze, pierwsze lepsze. Zamknąłem oczy oraz na chybił trafił wcisnąłem przycisk "Kup". Wypadło na Hawaje.
__________
16 - następny.


sobota, 10 stycznia 2015

One (Austlan)

Który normalny nastolatek zostaje na wakacje w rodzinnym mieście? Tego roku akurat musiało trafić na mnie. Od dłuższego czasu planowałem wyjazd za granicę, popijanie drinków nad morzem albo przesiadywanie w ciepłym vanie, podczas gdy rodzice zjeżdżają na nartach, zresztą większość moich rówieśników wyjechała, a nie chciałem być gorszy. Co nie wypaliło? Ojciec, jako prezydent San Jose, musiał zostać. Matka wraz z nim, przecież co powiedzą ludzie, jak żona głowy miasta wyjedzie, zostawiając męża ze wszystkimi problemami? No i oczywiście ja - syn idealny, wzór dla innych, prawdziwy skarb rodziców, również byłem zmuszony dwa miesiące przesiedzieć w domu. Nie żeby coś, lubię marnować swój czas przed telefonem, komputerem czy telewizorem, lubię wychodzić z chłopakami, lecz w tym roku chciałem coś innego.
Aktualnie popijałem jakże niezdrowego - według mojej mamy - energetyka, raz po raz wysyłając głupkowate smsy do kolegów. Nie miałem nic innego do roboty. Poważnie kontemplowałem nad opuszczeniem willi Ashbych, jednak to niemożliwe, aż do ukończenia osiemnastego roku życia. Zresztą bogaty styl egzystencji wcale mi nie przeszkadzał. Dostawałem to, o czym marzyłem, tylko to się liczyło. Posiadałem ładnego chłopaka (tak, posiadałem jest odpowiednim słowem), masę znajomych, no i ogrom pieniędzy, które wydawałem na co tylko pragnąłem. Prawdopodobnie brzmię jak rozkapryszone dziecko, jednak takie są realia. Alan Ashby to najprzystojniejszy jak i najbogatszy mężczyzna w Kaliforni.
- Kochanie, szykuj się, za chwilę mamy sesję zdjęciową. - usłyszałem.
- Nigdzie nie idę, jestem zmęczony wiecznymi wywiadami, sesjami, kto wie jeszcze czym.
- Dobrze wiesz, że to dla ojca bardzo ważne, więc szybko leć do siebie, przebierz się w normalne ubranie i za pięć minut widzimy cię przed domem. - warknęła, stojąc już przede mną, matka.
- Dobra. - mruknąłem, wstałem z wygodniej sofy oraz poszedłem do swojego pokoju na piętrze.
Mieszkałem całkiem nieźle. Wielkie okna umożliwiały mi spoglądanie na szarych ludzi o każdej porze dnia i nocy. Za nimi wybudowany był niewielki balkon do przesiadywania i rozmyślania. W większości spędzamy tam czas z Andy'm późnymi wieczorami.
Czyżbym zapomniał przedstawić mojego chłopaka? Nazywa się Andrew Biersack. Czarne włosy, czarne ciuchy, czasami ciemny makijaż. Chyba to najbardziej mnie w nim pociąga, ten mrok. Rodzice nie wiedzą o tym związku oraz o tym, że jestem gejem. Swoją orientację odkryłem dawno, bo jak miałem piętnaście lat, jednak nic im nie mówiłem. Ojciec chyba by mnie wydziedziczył, a ma ważniejsze sprawy, na przykład rządzenie miastem, podpisywanie papierów, urządzanie bankiecików dla nadętych biznesmenów, ah, żebym ja się na tym znał.
Wyciągnąłem białą koszulę, ciemną marynarkę i jeansy. Cóż, innego stroju nie założę.
- Alan, łaskawie rusz swoje dupsko do auta! - krzyknął ojciec.
Jak on mnie denerwuje.
- No już! - odkrzyknąłem zirytowany.
Najpierw całe dnie przesiaduje w biurze, a gdy wraca, oczekuje ode mnie posłuszeństwa. Tak naprawdę wcale go nie znam. Aż żałuję, że dostałem po nim drugie imię. Jako dziecko wiecznie przesiadywałem na strychu tej pięknej willi, płakałem i tym podobne. Dlaczego? Właśnie przez niego. Inne dzieci miały wspaniałych rodziców, wraz z opiekunami grali w piłkę nożną, koszykówkę, natomiast moi opiekunowie pracowali. Matka pomagała ojcu w ratuszu, zostawiając mnie samego. Nieciekawa sprawa.
Ubrałem na siebie drogie szmaty, po drodze zwinąłem telefon oraz ruszyłem do czarnego vana. Wsiadłem, zapiąłem pasy bezpieczeństwa.
- Pamiętacie jakie panują zasady podczas sesji? - mężczyzna zapytał.
Przypomina je za każdym razem, ale nie, trzeba znowu. To się robi nudne.
- Tak, skarbie, możesz być spokojny. - matka oznajmiła.
- Alan? - ponownie zapytał.
- Tak, trudno zapomnieć, kiedy co tydzień to powtarzasz. - odparłem ugryźliwie.
- Zachowuj się, gówniarzu, jesteś na moim wyżywieniu, pod moją opieką, należy mi się szacunek. - podniósł głos.
Nie odpowiedziałem, co zdecydowanie go ucieszyło. Prowadził auto z tym obrzydliwym, zwycięskim uśmieszkiem. Czekałem tylko, kiedy ów uśmiech zniknie, bo musiałem z nim spędzić kolejne pół godziny.
*
Dotarliśmy na miejsce o czternastej. Weszliśmy do niewielkiego, nowoczesnego budynku. Podeszliśmy do lady, Dean podpisał kilka papierów (tak, mówię do ojca po imieniu), dostaliśmy się do windy oraz wyszliśmy z niej na odpowiednim piętrze. Byłem już cholernie znudzony staniem z boku i patrzeniem na rodziców rozmawiających z jakimś eleganckim mężczyzną. Ustalanie niektórych rzeczy jest monotonne. Najlepsze w tym wszystkim, że nie mogę się wtrącać. Zresztą, i tak wiecznie siedzę cicho, więc to też mi wisi. Ich sprawa, niech robią co chcą.
- Okej, zapraszam. - powiedział w końcu fotograf.
Głośno odetchnąłem. Wreszcie. Jeszcze zostało tylko głupie pozowanie do zdjęć i koniec, czyli tak z dziesięć minut.
Stanąłem obok Jody, przyjąłem maskę zadowolonego syna oraz znosiłem migającą lampę błyskową.
Nim się obejrzałem, starszy mężczyzna nam podziękował. Napisałem smsa do Andy'ego o następującej treści: "Ok, już skończyłem, gdzie się spotykamy?" i niemal wybiegłem z bloku.
Andy: Przyjdź do mnie, planuję coś jeszcze zrobić.
__________
O nie, pierwszy rozdział.
16 komentarzy - następny. Powodzenia, może się wyrobicie do 2016 :\