"Co ty robisz w moim łóżku!?" Wrzasnąłem.
Jak on się tu dostał? Przed wyjściem zamknąłem wszystkie okna, pozasłaniałem je, bo przezorny zawsze ubezpieczony. Nie miał jak tu wejść. Niemożliwe, a jednak aktualnie szukał czegoś w telefonie.
"Leżę." Odpowiedział spokojnie.
W tamtym momencie po prostu chciałem mu przywalić. Nie dość, że włamuje się do mieszkania należącego do mnie i Zacka to jeszcze zachowuje się jak królowa świata, lekceważąc wszystkich dookoła. Cholera, tak bardzo go nienawidzę.
"Nie bądź dupkiem, Gaskarth. Co tu robisz?" Zapytałem już nieco łagodniej, co nie zmienia faktu, że byłem wściekły.
Nie żeby coś, ale wyglądał naprawdę słodko. Taki wyluzowany, a jednak odrobinę zakłopotany.
"Przyszedłem odwiedzić mojego najlepszego przyjaciela." Odparł z najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałem.
"Bardzo śmieszne" Prychnąłem.
Mimo wszystko chciałem zachować kamienny wyraz twarzy, biorąc pod uwagę fakt iż od dłuższego czasu bardzo mi się podoba.
Po chwili wstał z łóżka oraz chowając telefon z powrotem do kieszeni wyszedł z pomieszczenia. Ruszył schodami w dół, a w przedpokoju zastając pijanego Merricka cicho zachichotał, który bawił się jakimś sznurkiem powtarzając, że jest kotem. Korciło mnie, żeby go nagrać i nazajutrz mu to pokazać.
"Zaliczył niezły zgon" Szepnął rozbawiony, na co krótko się zaśmiałem.
"Najwyraźniej."
*
Po godzinie wraz z Alexem siedzieliśmy na sofie w salonie oglądając telewizję. Jakimś cudem uśpiłem Zacka, który ponownie stawiał niemały opór. Dosłownie co chwilę udawał kota, miałczał, drapał wszystko co stanęło mu na drodze. Na szczęście pod ręką miałem pomoc zaoferowaną przez chłopaka siedzącego obok mnie, a sam nie dałbym sobie rady, ponieważ alkohol zmienia ludzi.
Nawet nie wiedziałem co za film oglądaliśmy, bo byłem zajęty spoglądaniem na bruneta. Jego potargane włosy opadły mu na twarz, ale za bardzo pochłonęła go akcja żeby je odgarnąć.. Cóż, lepiej dla małego Jacka.
"Mógłbyś przestać się patrzyć? To irytujące." Mruknął.
Momentalnie stałem się czerwony jak burak.
"Jasne, przepraszam."
I tak mijał czas. Usilnie powstrzymywałem oczy przed wędrowaniem na Gaskartha, natomiast on jakby zadowolony dalej kontynuował oglądanie filmu.
"Nudzi mnie to." Jęknąłem przeciągając 'o'.
"To zróbmy coś innego." Zaproponował. "No już ubieraj się."
"Człowieku, jest środek nocy, usypiam, poza tym nawet jeśli miałbym ochotę gdziekolwiek z tobą iść to nie zostawię Zacka samego." Oznajmiłem.
"Jak chcesz, ja spadam." Założył buty oraz skórzaną kurtkę. "Zobaczymy się jutro" Dodał na odchodnym.
Zobaczymy się jutro?
Przepraszam, co?
Nawet nie wiem czemu z nim rozmawiałem, więc tym bardziej nie ma mowy o następnym spotkaniu. Nie chcę utrzymywać z nim innych relacji niż zawodowe.
Drzwi trzasnęły, a ja zostałem sam ze swoimi myślami. Postanowiłem wziąć krótki, orzeźwiający prysznic. Wyłączyłem grające urządzenie w salonie, po czym cicho ruszyłem do łazienki.
Po kąpieli poszedłem spać. Nie widziałem większego sensu siedzieć do niewiadomo której godziny. Co prawda - lubię oglądać głupie programy puszczane w TV, ale sen jest ważniejszy.
*
Niedzielne poranki, czyli kolejna znienawidzona przeze mnie rzecz, a naliczyłem ich naprawdę wiele.
Czemu akurat tego nie darzę sympatią? Proste. Wszystkie poranki są złe, okropne, niedobre, ty to nazwij, ja ich nienawidzę.
"Zack, pijaku, wstawaj." Potrząsnąłem wykończonym chłopakiem. "No dalej, nie zmuszaj mnie, bym zrzucił cię z łóżka."
"Jeszcze pięć minut." Mruknął niewyraźnie.
"Jak chcesz." Niczym słoń zwlekłem się oraz wylądowałem na podłodze.
Nie byłem na kacu, a jednak czułem niepokojące oznaki w żołądku, że zaraz zobaczę swoją kolację (czyli popcorn i jakieś chipsy).
Pierdolę taką zabawę, pomyślałem oraz zostawiając biednego Merricka dosłownie pobiegłem do łazienki. Klęknąłem przed muszlą klozetową i pozwoliłem mojemu posiłkowi wydostać się na światło dzienne.
Gdy - na szczęście - już skończyłem, umyłem zęby, a następnie ponownie wziąłem prysznic. Od dzieciństwa mam wręcz obsesję na punkcie czystości. Może to jakiś uraz, nie wiem. Nie lubię być brudny w każdym tego słowa znaczeniu. Cały ja.
*
"Alex, proszę cię idź sobie" Jęknąłem cicho, nie chcąc zwrócić uwagi Zacharego robiącego kolacje.
Tak, Zack znów postanowił przybrać rolę kucharki, by upichcić cudowną kolację tylko dla nas dwojga. Takie romantyczne klimaty, ale - jak zwykle - plany musiał pokrzyżować Gaskarth.
"Nie pójdziesz sam to będziesz biegł za samochodem." Powiedział.
"Skarbie, co tam się dzieje!?" Merrick krzyknął z kuchni.
"Nic takiego, gotuj dalej!" Odkrzyknąłem.
"Skarbie?" Brunet zapytał zabawnie poruszając brwiami.
"Alex, proszę." Powtórzyłem.
On jednak to zignorował i wszedł do mieszkania, zupełnie na chama. Popchnął mnie, przez co wpadłem na szafkę. Idiota. Mógł mi tym krzywdę zrobić, ale co go to obchodzi. Ignorant.
Otrząsnąłem się i natychmiast dość szybkim krokiem podążyłem za chłopakiem, który z determinacją brnął do środka domu. Chwilę później stanął przed zdziwionym Zackiem.
"Hejka, nie znamy się, jestem Alex, miło poznać. Do sedna, chcę ci porwać narzeczonego na wieczór."
"Ej, nie jestem jego narzeczonym." Oburzyłem się.
"Nieważne. Chodź Jacky, idziemy." Gaskarth oznajmił, wziął moją rękę i zaciągnął do auta stojącego przed budynkiem.
Skończony z niego dupek.
_________________________________________________________________________________
Ten trochę krótszy niż pozostałe.
Wiele osób pyta się w ilu rozdziałach będzie to opowiadanie. No więc, coś około 10 rozdziałów, może mniej, bo więcej na pewno nie.
Wiem, że długo czekaliście na następny, ale niestety nie mogłam nic zrobić, siła wyższa. Jak nie ma weny to nie ma postów ;-; Ale halo! Wszystkie pomysły wróciły, a co się z tym wiąże ja również.
Dziękuję za tyle komentarzy, naprawdę mnie motywują.
Soł, 14 komentarzy - kolejny? Myślę, że wystarczy.
Do napisania, misie!
+ Zmieniłam playlistę c:
poniedziałek, 29 września 2014
środa, 24 września 2014
Chapter Two (Jalex)
Najzwyczajniej w świecie się stresowałem. Ten chłopak tak na mnie działał, a ja nawet nie wiem czemu. Oczywiście, nienawidziłem go, co chyba jest rzeczą normalną. Od początku za sobą nie przepadaliśmy, wymienialiśmy zdania tylko w konieczności, ale tam było coś jeszcze.
Bo przecież... nie starałby się zdobyć mojego numeru by oznajmić mi, iż zostawiłem w pracy iPoda. Rozmawiałem przez telefon z Kellinem, którego reakcja była podobna.
Leniwie wstałem z sofy, na której wczoraj wieczorem przysnąłem oglądając telewizję, po czym cicho ruszyłem do sypialni zabrać jakieś czyste ubrania na dzisiaj. Pracę zaczynam o dziewiątej, a była siódma trzydzieści, więc pierwszy raz od dłuższego czasu miałem szansę stanąć w sklepie na czas i nie zdenerwować Riana. Ma już serdecznie dość moich wiecznych tłumaczeń czy zaspań. Cóż, nie jestem człowiekiem punktualnym, nigdy nie byłem. Bywało tak, że po wywiadówce w szkole ponagimnazjalnej dostawałem naprawdę porządne baty od ojca za liczne spóźnienia wypisane na białej kartce otrzymanej od wychowawczyni.
Przez przypadek uderzyłem ręką w szklane drzwi od szafy wydając przy tym cichy jęk.
"Co ty robisz?" Mruknął.
No i go obudziłem, świetnie.
"Nic takiego, szykuję się do pracy."
Coś jeszcze bełkotał pod nosem, ale mało z tego zrozumiałem. Szybkim krokiem wyszedłem z pokoju, by następnie stanąć w łazience. Chciałem jak najszybciej stąd uciec, bo Merrick rano jest nie do zniesienia.
*
"Wow, Barakat, to chyba cud." Zażartował Dawson.
"Jack, serio? Nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj tak wcześnie" Oznajmił Matty.
"Ludzie, czy to takie dziwne, że choć raz jestem na czas?"
"Tak." Przytaknęli jednocześnie.
Pokazałem im język i poszedłem na zaplecze szukając Alexa. Na pewno gdzieś tu siedzi, bo zgodnie ze słowami Quinna zawsze przed otwarciem prowadził zawziętą rozmowę, najprawdopodobniej z jedną ze swoich dziewczyn. Jak doskonale wiemy, Gaskarth jest typem cholernego kobieciarza i chyba nie zamierza się ustatkować, ale to jego problem, nie mój.
"Kto tu zawitał?" Zagadał z ironicznym uśmieszkiem.
"Dawaj iPoda" Warknąłem.
Wytrzymałem bez swoich piosenek całą noc, teraz normalnie spałbym ze słuchawkami w uszach, więc jeśli zaraz go nie otrzymam to wybuchnę.
"Oj, no weź, gdzie tu zabawa, co?"
"Nie wiem w co grasz, ale zależy mi tylko na tym urządzeniu. Oddaj mi je." Odparłem lekko poirytowany.
Kogo oszukuję, byłem strasznie poirytowany, niemal wściekły. Nawet nie chodzi o to, że zostawiłem to w pracy, a o to, że ten chłopak sobie pogrywa.
"Oddam ci...."
"Dziękuję." Przerwałem mu oraz wystawiłem rękę czekając na wręczenie przedmiotu.
"Nie przerywaj mi, bo opchnę tego iPoda w pierwszym lepszym lombardzie" Syknął.
Oho, chyba go zdenerwowałem. Zabawny widok.
"W zamian wyświadczysz mi przysługę."
"Niby jaką?" Prychnąłem.
"Jeszcze zobaczę, a teraz trzymaj, muszę odebrać." Odparł przewracając oczami, po czym przystawił telefon do ucha.
Zadowolony wyszedłem z pomieszczenia dołączając do znajomych. Szybko odpaliłem tego głupiego iPoda, o którego było całe zamieszanie. Tak, wreszcie.
Mimo wszystko, wciąż zastanawiało mnie kilka rzeczy.
Jaką przysługę miał na myśli Alex? Mam nadzieję, że nie chodzi o coś upokarzającego, choć po nim można spodziewać się wszystkiego.
Po co tak strasznie chciał zdobyć mój numer telefonu od Kellina?
Huh, on sobie w coś pogrywa, jeszcze nie wiem w co, ale pogrywa. Zresztą, jego sprawa, ja będę się trzymał z daleka. Mam swoją grupkę 'przyjaciół', to mi starczy, zawsze starczało.
*
Jak zwykle siedziałem za ladą co chwilę słuchając zamówień klientów. Był wyjątkowo duży ruch, co bardzo cieszyło Riana liczącego gdzieś w kącie banknoty. Biznes się kręci, jak widać na załączonym obrazku, a to być może oznacza podwyżkę dla mnie. Nie narzekałem na brak pieniędzy, ale kilka dodatkowych papierków tego typu są mile widziane w moim portfelu.
"Hej, Jack, słuchaj, może wybrałbyś się z nami na miasto?"
"Jasne. I tak nie mam nic lepszego do roboty." Mruknąłem.
"To świetnie!" Krzyknął uradowany Trevor. "Jesteśmy my, Kells, Matty, Vic. Trochę nas mało."
"Zaproszę Zacka, mi nie odmówi." Zaśmiałem się cicho.
"Czyli do zobaczenia później." Odparł na odchodnym.
Cudownie, przynajmniej zaczerpnę powietrza, bo nie wypada wiecznie siedzieć w domu. Interakcja z innymi ludźmi też jest ok, przynajmniej tak myślę. W czasie przerwy na lunch napisałem Merrickowi smsa 'Wychodzimy dzisiaj wieczorem. Nie przyjmuję odmowy.'
Po pięciu minutach wróciłem na stanowisko. Ruch w sklepie zmalał, więc miałem chwilę dla siebie. Alex co jakąś chwilę na mnie spoglądał, uśmiechał się szelmowsko, robił głupie miny. Skończony debil.
W pewnym momencie nie wytrzymałem.
"Człowieku, o co ci do cholery chodzi?"
"A to musi mi o coś chodzić?" Zapytał z udawanym zdziwieniem.
Tak bardzo go nienawidzę.
"Nieważne." Uciąłem.
*
"No już chłopaki! Rozruszamy to drętwe Baltimore!" Powiedział donośnym głosem Vik, który postanowił wypić z sześć piw, szczać po krzakach i drzeć się na przypadkowych przechodniów. Krótko mówiąc - był pijany. Zresztą jak cała 'ekipa'. Również ja, choć nie tak bardzo, bo zachowałem rozsądek. Nawet jeśli jutro niedziela. Huh, wolałbym spędzić ten czas przed telewizorem, a nie co sekundę latać do łazienki.
Dwoma grupami ruszyliśmy do parku, by usiąść. Jedna, czyli ja, Zack i Matty od razu znaleźliśmy dogodną miejscówkę. Natomiast druga nie miała już takiego szczęścia. Gdzie nie przyszli tam jakieś starsze panie ich odganiały. Cóż, nawet o tak później porze znajdą się takie osoby.
"Hahah, patrzcie, wskoczę tu."
Spojrzałem na Kellina, który prawie calutki zanurzył się w małym stawiku na środku placu.
Nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać.
Będę mu to wypominał do końca życia.
*
Po czterech godzinach istnej katorgi postanowiłem zabrać się do domu. Przy okazji zgarnąłem Zacka, by później go nie szukać i git.
Szliśmy jakieś dwadzieścia minut, a spowalniał nas nikt inny jak Merrick, który co chwilę upadał na ziemię, chichotał bądź gubił drogę. Skończyło się na tym, że musiałem go nieść, a brak mi siły, więc to było niemałym, naprawdę niemałym wyczynem. Niebo było gwieździste, liście szeleściły pod wpływem wiatru, a ja taszczyłem wielkiego mięśniaka na swoich plecach, wprost cudownie.
Zrzucając chłopaka pod drzwi otworzyłem mieszkanie, po czym pociągnąłem 'zwłoki" do środka. Panowała tu ciemność oraz cisza, czyli moje ulubione rzeczy.
Jednak coś usłyszałem. Skrzypienie łóżka. Być może to alkohol we krwi dawał o sobie znać, a być może ktoś jeszcze tu był.
Cholera, znowu ten dźwięk.
Na palcach ruszyłem do kuchni, wziąłem patelnię, później na palcach dostałem się na piętro do sypialni. Dochodziło stamtąd światło. W tamtym momencie po prostu bałem się jak nigdy, plus miliardy obejrzanych horrorów, plus noc i w telewizji dużo informacji o włamywaczach.
Najciszej jak potrafiłem uchyliłem drzwi, po czym wskoczyłem do pokoju okładając intruza 'bronią'.
"Jack, Jack! Co ty do kurwy wyprawiasz!?"
Zaprzestałem czynność, by zobaczyć nikogo innego jak Alexa Gaskartha leżącego na łóżku.
Co się właśnie stało?
_________________________________________________________________________________
Hejka, to już drugi chapter pisany na bezweniu, także sorry not sorry.
Komentarze = następny, czyli standardowo.
Akcja się rozkręca, cierpliwości XD
Do napisania.
Bo przecież... nie starałby się zdobyć mojego numeru by oznajmić mi, iż zostawiłem w pracy iPoda. Rozmawiałem przez telefon z Kellinem, którego reakcja była podobna.
Leniwie wstałem z sofy, na której wczoraj wieczorem przysnąłem oglądając telewizję, po czym cicho ruszyłem do sypialni zabrać jakieś czyste ubrania na dzisiaj. Pracę zaczynam o dziewiątej, a była siódma trzydzieści, więc pierwszy raz od dłuższego czasu miałem szansę stanąć w sklepie na czas i nie zdenerwować Riana. Ma już serdecznie dość moich wiecznych tłumaczeń czy zaspań. Cóż, nie jestem człowiekiem punktualnym, nigdy nie byłem. Bywało tak, że po wywiadówce w szkole ponagimnazjalnej dostawałem naprawdę porządne baty od ojca za liczne spóźnienia wypisane na białej kartce otrzymanej od wychowawczyni.
Przez przypadek uderzyłem ręką w szklane drzwi od szafy wydając przy tym cichy jęk.
"Co ty robisz?" Mruknął.
No i go obudziłem, świetnie.
"Nic takiego, szykuję się do pracy."
Coś jeszcze bełkotał pod nosem, ale mało z tego zrozumiałem. Szybkim krokiem wyszedłem z pokoju, by następnie stanąć w łazience. Chciałem jak najszybciej stąd uciec, bo Merrick rano jest nie do zniesienia.
*
"Wow, Barakat, to chyba cud." Zażartował Dawson.
"Jack, serio? Nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj tak wcześnie" Oznajmił Matty.
"Ludzie, czy to takie dziwne, że choć raz jestem na czas?"
"Tak." Przytaknęli jednocześnie.
Pokazałem im język i poszedłem na zaplecze szukając Alexa. Na pewno gdzieś tu siedzi, bo zgodnie ze słowami Quinna zawsze przed otwarciem prowadził zawziętą rozmowę, najprawdopodobniej z jedną ze swoich dziewczyn. Jak doskonale wiemy, Gaskarth jest typem cholernego kobieciarza i chyba nie zamierza się ustatkować, ale to jego problem, nie mój.
"Kto tu zawitał?" Zagadał z ironicznym uśmieszkiem.
"Dawaj iPoda" Warknąłem.
Wytrzymałem bez swoich piosenek całą noc, teraz normalnie spałbym ze słuchawkami w uszach, więc jeśli zaraz go nie otrzymam to wybuchnę.
"Oj, no weź, gdzie tu zabawa, co?"
"Nie wiem w co grasz, ale zależy mi tylko na tym urządzeniu. Oddaj mi je." Odparłem lekko poirytowany.
Kogo oszukuję, byłem strasznie poirytowany, niemal wściekły. Nawet nie chodzi o to, że zostawiłem to w pracy, a o to, że ten chłopak sobie pogrywa.
"Oddam ci...."
"Dziękuję." Przerwałem mu oraz wystawiłem rękę czekając na wręczenie przedmiotu.
"Nie przerywaj mi, bo opchnę tego iPoda w pierwszym lepszym lombardzie" Syknął.
Oho, chyba go zdenerwowałem. Zabawny widok.
"W zamian wyświadczysz mi przysługę."
"Niby jaką?" Prychnąłem.
"Jeszcze zobaczę, a teraz trzymaj, muszę odebrać." Odparł przewracając oczami, po czym przystawił telefon do ucha.
Zadowolony wyszedłem z pomieszczenia dołączając do znajomych. Szybko odpaliłem tego głupiego iPoda, o którego było całe zamieszanie. Tak, wreszcie.
Mimo wszystko, wciąż zastanawiało mnie kilka rzeczy.
Jaką przysługę miał na myśli Alex? Mam nadzieję, że nie chodzi o coś upokarzającego, choć po nim można spodziewać się wszystkiego.
Po co tak strasznie chciał zdobyć mój numer telefonu od Kellina?
Huh, on sobie w coś pogrywa, jeszcze nie wiem w co, ale pogrywa. Zresztą, jego sprawa, ja będę się trzymał z daleka. Mam swoją grupkę 'przyjaciół', to mi starczy, zawsze starczało.
*
Jak zwykle siedziałem za ladą co chwilę słuchając zamówień klientów. Był wyjątkowo duży ruch, co bardzo cieszyło Riana liczącego gdzieś w kącie banknoty. Biznes się kręci, jak widać na załączonym obrazku, a to być może oznacza podwyżkę dla mnie. Nie narzekałem na brak pieniędzy, ale kilka dodatkowych papierków tego typu są mile widziane w moim portfelu.
"Hej, Jack, słuchaj, może wybrałbyś się z nami na miasto?"
"Jasne. I tak nie mam nic lepszego do roboty." Mruknąłem.
"To świetnie!" Krzyknął uradowany Trevor. "Jesteśmy my, Kells, Matty, Vic. Trochę nas mało."
"Zaproszę Zacka, mi nie odmówi." Zaśmiałem się cicho.
"Czyli do zobaczenia później." Odparł na odchodnym.
Cudownie, przynajmniej zaczerpnę powietrza, bo nie wypada wiecznie siedzieć w domu. Interakcja z innymi ludźmi też jest ok, przynajmniej tak myślę. W czasie przerwy na lunch napisałem Merrickowi smsa 'Wychodzimy dzisiaj wieczorem. Nie przyjmuję odmowy.'
Po pięciu minutach wróciłem na stanowisko. Ruch w sklepie zmalał, więc miałem chwilę dla siebie. Alex co jakąś chwilę na mnie spoglądał, uśmiechał się szelmowsko, robił głupie miny. Skończony debil.
W pewnym momencie nie wytrzymałem.
"Człowieku, o co ci do cholery chodzi?"
"A to musi mi o coś chodzić?" Zapytał z udawanym zdziwieniem.
Tak bardzo go nienawidzę.
"Nieważne." Uciąłem.
*
"No już chłopaki! Rozruszamy to drętwe Baltimore!" Powiedział donośnym głosem Vik, który postanowił wypić z sześć piw, szczać po krzakach i drzeć się na przypadkowych przechodniów. Krótko mówiąc - był pijany. Zresztą jak cała 'ekipa'. Również ja, choć nie tak bardzo, bo zachowałem rozsądek. Nawet jeśli jutro niedziela. Huh, wolałbym spędzić ten czas przed telewizorem, a nie co sekundę latać do łazienki.
Dwoma grupami ruszyliśmy do parku, by usiąść. Jedna, czyli ja, Zack i Matty od razu znaleźliśmy dogodną miejscówkę. Natomiast druga nie miała już takiego szczęścia. Gdzie nie przyszli tam jakieś starsze panie ich odganiały. Cóż, nawet o tak później porze znajdą się takie osoby.
"Hahah, patrzcie, wskoczę tu."
Spojrzałem na Kellina, który prawie calutki zanurzył się w małym stawiku na środku placu.
Nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać.
Będę mu to wypominał do końca życia.
*
Po czterech godzinach istnej katorgi postanowiłem zabrać się do domu. Przy okazji zgarnąłem Zacka, by później go nie szukać i git.
Szliśmy jakieś dwadzieścia minut, a spowalniał nas nikt inny jak Merrick, który co chwilę upadał na ziemię, chichotał bądź gubił drogę. Skończyło się na tym, że musiałem go nieść, a brak mi siły, więc to było niemałym, naprawdę niemałym wyczynem. Niebo było gwieździste, liście szeleściły pod wpływem wiatru, a ja taszczyłem wielkiego mięśniaka na swoich plecach, wprost cudownie.
Zrzucając chłopaka pod drzwi otworzyłem mieszkanie, po czym pociągnąłem 'zwłoki" do środka. Panowała tu ciemność oraz cisza, czyli moje ulubione rzeczy.
Jednak coś usłyszałem. Skrzypienie łóżka. Być może to alkohol we krwi dawał o sobie znać, a być może ktoś jeszcze tu był.
Cholera, znowu ten dźwięk.
Na palcach ruszyłem do kuchni, wziąłem patelnię, później na palcach dostałem się na piętro do sypialni. Dochodziło stamtąd światło. W tamtym momencie po prostu bałem się jak nigdy, plus miliardy obejrzanych horrorów, plus noc i w telewizji dużo informacji o włamywaczach.
Najciszej jak potrafiłem uchyliłem drzwi, po czym wskoczyłem do pokoju okładając intruza 'bronią'.
"Jack, Jack! Co ty do kurwy wyprawiasz!?"
Zaprzestałem czynność, by zobaczyć nikogo innego jak Alexa Gaskartha leżącego na łóżku.
Co się właśnie stało?
_________________________________________________________________________________
Hejka, to już drugi chapter pisany na bezweniu, także sorry not sorry.
Komentarze = następny, czyli standardowo.
Akcja się rozkręca, cierpliwości XD
Do napisania.
piątek, 19 września 2014
Chapter One (Jalex)
Praca w sklepie muzycznym to sama przyjemność. Już jako nastolatek wiedziałem, że mój zawód w przyszłości będzie związany z muzyką. W wieku szesnastu lat bardzo chciałem założyć coś na podobieństwo zespołu, a dość dobrze gram na gitarze, więc to żaden problem. Jednak nigdy nie udało mi się znaleźć innych chętnych członków.
Tak ogólnie, mam na imię Jack, mam dwadzieścia jeden lat oraz jestem sprzedawcą w sklepie mojego znajomego, Riana.
Rian to łysy dwudziestoczterolatek. Znamy się od szkoły ponadgimnazjalnej, kiedy był jedną z największych zmór uczniów. Jakoś tak po liceum zmienił tok myślenia i się 'zaprzyjaźniliśmy', później założył firmę oraz mnie zatrudnił i od tamtego dnia widzę go niemal codziennie.
Moi współpracownicy to w większości mili ludzie, tacy jak Matty, pogodny rudzielec czy na przykład Kellin, długowłosy pedałek.
Niestety zawsze istnieją wyjątki, a jest nim na przykład Alex, chłopak z mojego rocznika. Niby pracuje z nami od początku, bo to znajomy Dawsona, ale nigdy nie darzyłem go ogromnym zaufaniem. Był dla mnie cholernie wredny. Tylko, jakby nie patrzeć, ja dla niego też.
"Dzień dobry pani, w czym mogę pomóc?" Zapytałem przymilnie wysokiej kobiety z mnóstwem tatuażów.
" Poszukuję płyty zespołu Suicide Silence, The Black Crown" Odpowiedziała.
Właśnie to lubię najbardziej, doradzać osobom ze wspaniałym gustem muzycznym.
Sam nie mogłem wyjść zza lady do zamknięcia sklepu, więc postanowiłem zawołać Gaskartha.
"Alex! Pokaż pani gdzie leży The Black Crown!"
On na odpowiedź przewrócił oczami, po czym zaprowadził kobietę do odpowiedniej półki.
W ciągu tego dnia klientów było jeszcze kilku, ale nie na tyle dużo bym się przepracował. To również lubiłem - nigdy nie wracałem zmęczony do domu, ponieważ to tylko osiem godzin siedzenia na krześle, przyjmowanie zapłat, wklepywanie wyuczonego na pamięć kodu do kasy oraz wołanie kolegów.
Pożegnałem się ze wszystkimi, po czym wyszedłem zadowolony z budynku. Dziś nie była moja kolej zamykania lokalu, więc mogłem wyjść o szesnastej.
Spacerkiem dotarłem na ulicę, przy której mieszkam. Baltimore ma to do siebie, że nie trzeba iść niewiadomo ile by dojść na miejsce. Urodziłem się tu, więc znałem większość zakamarków czy kryjówek. Wraz ze swoim wpółlokatorem mieliśmy małe mieszkanko w centrum, ale nie płaciliśmy za nie dużo. Właściciel był na tyle hojny, by dać je nam prawie za darmo, bo pięćdziesiąt dolarów miesięcznie to nie dużo. Najwyraźniej chciał się go pozbyć, a wraz z Zackiem skorzystaliśmy z okazji.
"W domu!" Krzyknąłem po otworzeniu drzwi.
Chłopak wyszedł bodajże z kuchni w fartuchu.
"To teraz bawisz się w kucharkę, tak?" Zaśmiałem się cicho, na co wzruszył ramionami.
"Jak w pracy?" Zapytał chcąc zmienić temat.
"W pracy jak zwykle, nudno"
Skinął głową, a następnie wrócił z powrotem do pomieszczenia, gdzie urzędował wcześniej.
Ja natomiast zostawiłem torbę na brązowej szafce w przedpokoju. Zwinnie zsunałem czarne vansy ze stóp oraz poszedłem szukać Zacka. Jak myślałem robił coś w kuchni i to cud, że niczego nie spalił.
"Mmm, jak tu pięknie pachnie" Zażartowałem.
"Nie bądź, wredny. Gotowałem to pół dnia" odparł uderzając mnie delitaknie w ramię.
"Przepraszam" powiedziałem, po czym pocałowałem go w policzek. Chłopak uśmiechnął się pod nosem ciągle mieszając coś w garnku.
Nasze zachowanie było podobne do szczęśliwej, wieloletniej pary. On grał troskliwą żonę, natomiast ja żywiciela rodziny choć powinno być odwrotnie i gdyby nie to, że jako pierwszy znalazłem pracę pewnie tak by to wyglądało. Nie kochaliśmy się jak w prawdziwym związku, nawet nie umiem tego nazwać. Myślę, że byliśmy po prostu bardzo dobrymi przyjaciółmi bez większych korzyści. Nie wiem czy czuł do mnie coś mocniejszego, bo nigdy nad tym nie myślałem.
Po całkiem smacznej kolacji, którą przygotował postanowiłem pójść spać. Mimo mało wyczerpującej pracy jednak oczy odmawiały mi posłuszeństwa, a umysł usypiał, więc bez sensu siedzieć nawet nie wiadomo po co skoro można wypocząć.
Wziąłem szybki prysznic, ubrałem czyste bokserki na noc, nastawiłem budzik, by rano Zack nie musiał mnie budzić oraz położyłem się w dwuosobowym łóżku.
*
Sen przerwał mi dzwonek telefonu.
"Halo" Warknąłem.
"Ugh, cześć tu Alex, ten fajny Alex z pracy. Sprawę mam"
"Skąd w ogóle masz mój numer?" Zapytałem.
"Nie interesuj się. Zostawiłeś w sklepie iPoda ze słuchawkami, a zamykałem, więc go sobie wziąłem. Rozumiem, że nie chcesz go z powrotem, nie ma sprawy, mogę go zatrzymać."
"Oczywiście, że nie możesz go zatrzymać, debilu. Jutro w pracy go odbiorę" Niemal krzyknąłem
Mówiłem już jak bardzo go nienawidzę? Zawsze wpycha nos w nieswoje sprawy, zabiera rzeczy oraz wykorzystuje wszystkich dookoła..... ugh, nawet nie chcę myśleć o tym idiocie.
Wręcz cudownie. Miałem niemal stuprocentową pewność, że nie usnę, a mój iPod jest w rękach Gaskartha. Noc bez muzyki nocą straconą.
Wygrzebałem się z łóżka, po czym cicho ruszyłem korytarzem do salonu, gdzie urzędował Merrick.
"Um, Zack?"
Chłopak spojrzał w moje zaspane oczy.
"Jeszcze nie śpisz?" Zapytał.
"Tak wyszło" Mruknąłem. "Słuchaj, nie pożyczyłbyś mi swojego iPoda? Swój zostawiłem w pracy, a na telefonie nie przechowuję żadnych piosenek."
Poszedł do stolika, na którym leżało urządzenie.
"Jasne, trzymaj" Odparł ze szczerym uśmiechem. "Tylko nie siedź długo, bo też niedługo idę spać, a kręcić mi się nie będziesz, bo zabiję"
Odpowiedziałem krótkim chichotem i wróciłem do sypialni.
Szybkim ruchem odszukałem schowane gdzieś na dnie szafki nocnej zapasowe białe słuchawki, podłączyłem je oraz włączyłem wybraną piosenkę.
Czas mijał szybko, nim się obejrzałem towarzysz zawitał do mnie, jednocześnie prosząc bym już usnął. Jednak ja odmawiałem, nie było nawet mowy o spaniu. Można uznać, że mój organizm postanowił zarwać nockę, a ja nie miałem innego wyjścia jak uznać jego wybór. Siła wyższa, niestety. Albo stety, sam do końca nie wiem.
Nie chciałem go obudzić, więc poszedłem do kuchni, po szklankę wody, ewentualnie jakąś kanapkę bądź pięć.
W ten sposób zrobiła się dwudziesta druga. Zack dawno już spał, z pokoju gościnnego mogłem słyszeć jak chrapie, a ja siedziałem na sofie oglądając głupie programy w telewizji. Tak najprościej zabić czas.
Tylko... czułem w brzuchu naprawdę nieprzyjemne uczucie, jakieś kłucie, nie umiem tego dokładniej określić.
Może to dlatego, że jutro zobaczę Alexa.
_________________________________________________________________________________
No i proszę, zaczynamy Jalexa. Wiem, pierwszy rozdział nudny, wprowadzenie, ale jak zawsze - fabuła się rozwinie, bla bla bla.
Ogólnie rzecz biorąc to bardzo dziękuję za tyle wyświetleń przy ostatniej części Kellica, może się powtarzam - po tym ficu DODAM KONTYNUACJĘ TAMTEGO OPOWIADANIA ("Your forever is all that I need" <KLIK>).
Więc, czekam na komentarze, bo wtedy to mnie bardziej motywuje, mówiąc krócej - rozdziały dodaję szybciej.
Chcesz być informowany o nowych postach? Napisz w pytaniu swój numer gg, ewentualnie fb <KLIK>
No i ten. Do napisania.
Tak ogólnie, mam na imię Jack, mam dwadzieścia jeden lat oraz jestem sprzedawcą w sklepie mojego znajomego, Riana.
Rian to łysy dwudziestoczterolatek. Znamy się od szkoły ponadgimnazjalnej, kiedy był jedną z największych zmór uczniów. Jakoś tak po liceum zmienił tok myślenia i się 'zaprzyjaźniliśmy', później założył firmę oraz mnie zatrudnił i od tamtego dnia widzę go niemal codziennie.
Moi współpracownicy to w większości mili ludzie, tacy jak Matty, pogodny rudzielec czy na przykład Kellin, długowłosy pedałek.
Niestety zawsze istnieją wyjątki, a jest nim na przykład Alex, chłopak z mojego rocznika. Niby pracuje z nami od początku, bo to znajomy Dawsona, ale nigdy nie darzyłem go ogromnym zaufaniem. Był dla mnie cholernie wredny. Tylko, jakby nie patrzeć, ja dla niego też.
"Dzień dobry pani, w czym mogę pomóc?" Zapytałem przymilnie wysokiej kobiety z mnóstwem tatuażów.
" Poszukuję płyty zespołu Suicide Silence, The Black Crown" Odpowiedziała.
Właśnie to lubię najbardziej, doradzać osobom ze wspaniałym gustem muzycznym.
Sam nie mogłem wyjść zza lady do zamknięcia sklepu, więc postanowiłem zawołać Gaskartha.
"Alex! Pokaż pani gdzie leży The Black Crown!"
On na odpowiedź przewrócił oczami, po czym zaprowadził kobietę do odpowiedniej półki.
W ciągu tego dnia klientów było jeszcze kilku, ale nie na tyle dużo bym się przepracował. To również lubiłem - nigdy nie wracałem zmęczony do domu, ponieważ to tylko osiem godzin siedzenia na krześle, przyjmowanie zapłat, wklepywanie wyuczonego na pamięć kodu do kasy oraz wołanie kolegów.
Pożegnałem się ze wszystkimi, po czym wyszedłem zadowolony z budynku. Dziś nie była moja kolej zamykania lokalu, więc mogłem wyjść o szesnastej.
Spacerkiem dotarłem na ulicę, przy której mieszkam. Baltimore ma to do siebie, że nie trzeba iść niewiadomo ile by dojść na miejsce. Urodziłem się tu, więc znałem większość zakamarków czy kryjówek. Wraz ze swoim wpółlokatorem mieliśmy małe mieszkanko w centrum, ale nie płaciliśmy za nie dużo. Właściciel był na tyle hojny, by dać je nam prawie za darmo, bo pięćdziesiąt dolarów miesięcznie to nie dużo. Najwyraźniej chciał się go pozbyć, a wraz z Zackiem skorzystaliśmy z okazji.
"W domu!" Krzyknąłem po otworzeniu drzwi.
Chłopak wyszedł bodajże z kuchni w fartuchu.
"To teraz bawisz się w kucharkę, tak?" Zaśmiałem się cicho, na co wzruszył ramionami.
"Jak w pracy?" Zapytał chcąc zmienić temat.
"W pracy jak zwykle, nudno"
Skinął głową, a następnie wrócił z powrotem do pomieszczenia, gdzie urzędował wcześniej.
Ja natomiast zostawiłem torbę na brązowej szafce w przedpokoju. Zwinnie zsunałem czarne vansy ze stóp oraz poszedłem szukać Zacka. Jak myślałem robił coś w kuchni i to cud, że niczego nie spalił.
"Mmm, jak tu pięknie pachnie" Zażartowałem.
"Nie bądź, wredny. Gotowałem to pół dnia" odparł uderzając mnie delitaknie w ramię.
"Przepraszam" powiedziałem, po czym pocałowałem go w policzek. Chłopak uśmiechnął się pod nosem ciągle mieszając coś w garnku.
Nasze zachowanie było podobne do szczęśliwej, wieloletniej pary. On grał troskliwą żonę, natomiast ja żywiciela rodziny choć powinno być odwrotnie i gdyby nie to, że jako pierwszy znalazłem pracę pewnie tak by to wyglądało. Nie kochaliśmy się jak w prawdziwym związku, nawet nie umiem tego nazwać. Myślę, że byliśmy po prostu bardzo dobrymi przyjaciółmi bez większych korzyści. Nie wiem czy czuł do mnie coś mocniejszego, bo nigdy nad tym nie myślałem.
Po całkiem smacznej kolacji, którą przygotował postanowiłem pójść spać. Mimo mało wyczerpującej pracy jednak oczy odmawiały mi posłuszeństwa, a umysł usypiał, więc bez sensu siedzieć nawet nie wiadomo po co skoro można wypocząć.
Wziąłem szybki prysznic, ubrałem czyste bokserki na noc, nastawiłem budzik, by rano Zack nie musiał mnie budzić oraz położyłem się w dwuosobowym łóżku.
*
Sen przerwał mi dzwonek telefonu.
"Halo" Warknąłem.
"Ugh, cześć tu Alex, ten fajny Alex z pracy. Sprawę mam"
"Skąd w ogóle masz mój numer?" Zapytałem.
"Nie interesuj się. Zostawiłeś w sklepie iPoda ze słuchawkami, a zamykałem, więc go sobie wziąłem. Rozumiem, że nie chcesz go z powrotem, nie ma sprawy, mogę go zatrzymać."
"Oczywiście, że nie możesz go zatrzymać, debilu. Jutro w pracy go odbiorę" Niemal krzyknąłem
Mówiłem już jak bardzo go nienawidzę? Zawsze wpycha nos w nieswoje sprawy, zabiera rzeczy oraz wykorzystuje wszystkich dookoła..... ugh, nawet nie chcę myśleć o tym idiocie.
Wręcz cudownie. Miałem niemal stuprocentową pewność, że nie usnę, a mój iPod jest w rękach Gaskartha. Noc bez muzyki nocą straconą.
Wygrzebałem się z łóżka, po czym cicho ruszyłem korytarzem do salonu, gdzie urzędował Merrick.
"Um, Zack?"
Chłopak spojrzał w moje zaspane oczy.
"Jeszcze nie śpisz?" Zapytał.
"Tak wyszło" Mruknąłem. "Słuchaj, nie pożyczyłbyś mi swojego iPoda? Swój zostawiłem w pracy, a na telefonie nie przechowuję żadnych piosenek."
Poszedł do stolika, na którym leżało urządzenie.
"Jasne, trzymaj" Odparł ze szczerym uśmiechem. "Tylko nie siedź długo, bo też niedługo idę spać, a kręcić mi się nie będziesz, bo zabiję"
Odpowiedziałem krótkim chichotem i wróciłem do sypialni.
Szybkim ruchem odszukałem schowane gdzieś na dnie szafki nocnej zapasowe białe słuchawki, podłączyłem je oraz włączyłem wybraną piosenkę.
Czas mijał szybko, nim się obejrzałem towarzysz zawitał do mnie, jednocześnie prosząc bym już usnął. Jednak ja odmawiałem, nie było nawet mowy o spaniu. Można uznać, że mój organizm postanowił zarwać nockę, a ja nie miałem innego wyjścia jak uznać jego wybór. Siła wyższa, niestety. Albo stety, sam do końca nie wiem.
Nie chciałem go obudzić, więc poszedłem do kuchni, po szklankę wody, ewentualnie jakąś kanapkę bądź pięć.
W ten sposób zrobiła się dwudziesta druga. Zack dawno już spał, z pokoju gościnnego mogłem słyszeć jak chrapie, a ja siedziałem na sofie oglądając głupie programy w telewizji. Tak najprościej zabić czas.
Tylko... czułem w brzuchu naprawdę nieprzyjemne uczucie, jakieś kłucie, nie umiem tego dokładniej określić.
Może to dlatego, że jutro zobaczę Alexa.
_________________________________________________________________________________
No i proszę, zaczynamy Jalexa. Wiem, pierwszy rozdział nudny, wprowadzenie, ale jak zawsze - fabuła się rozwinie, bla bla bla.
Ogólnie rzecz biorąc to bardzo dziękuję za tyle wyświetleń przy ostatniej części Kellica, może się powtarzam - po tym ficu DODAM KONTYNUACJĘ TAMTEGO OPOWIADANIA ("Your forever is all that I need" <KLIK>).
Więc, czekam na komentarze, bo wtedy to mnie bardziej motywuje, mówiąc krócej - rozdziały dodaję szybciej.
Chcesz być informowany o nowych postach? Napisz w pytaniu swój numer gg, ewentualnie fb <KLIK>
No i ten. Do napisania.
piątek, 12 września 2014
Rozdział XVI (Kellic)
Od zerwania z Victorem minęło kilka tygodni. Wciąż boli tak samo, bo jakby nie patrzeć zranił mnie jak wszyscy inni, ale na szczęście mogłem liczyć na pomoc ze strony przyjaciół.
Jack z Alexem zawzięcie starali się poprawić mi humor na różne możliwe sposoby. Wychodziliśmy wspólnie do kina, na spacery co było cholernie miłe z ich strony.
Matty pocieszał moją osobę jak tylko potrafił.
Natomiast Alan... Alan po prostu był. Nie potrafiłem opisać jak uradowany byłem na jego widok.
Tak, nadal kochałem Vika mimo tego co uczynił, ale nie potrafiłbym wybaczyć mu takiej rzeczy. Założyć się o tak debilną i raniącą rzecz to szczyt świństwa. Zostawił mnie w takim momencie... uh, nawet nie chcę o tym myśleć.
Natomiast szkoła, szkoła po prostu rujnowała moją osobę do reszty. Jak na złość nauczyciele ciągle prosili do odpowiedzi Quinna, bez przerwy padało to nazwisko, aż do znudzenia. A Kellin, w takim stanie nic nie umiał. Tylko odsypiałem na lekcjach zarwane noce, które przepełniały cierpienie i płacz. Nie potrafiłem wtedy myśleć racjonalnie. Wszędzie widziałem tylko Victora, nawet najmniejsze słowo mi go przypominało, najmniejszy czyn.
Tym razem siedziałem samotnie na stołówce zajadając pestki dyni, gdyż głodny nie byłem wcale. Jadłem tylko tyle by nie zemdleć/umrzeć.
Od czasu do czasu patrzyłem na Vica, który wydawał się równie zrozpaczony. Oczy miał podkrążone, włosy potargane, ubrania wygniecione. Grzebał widelcem w jedzeniu.
Może faktycznie przesadziłem z zerwaniem? Nic wielkiego nie zrobił.
Oczywiście, że zrobił, okłamał cię, a ty i tak byłeś wielkim ślepcem, pomyślałem.
Potrząsnąłem głową, by wyrzucić resztę takich rzeczy z umysłu. Można powiedzieć, że zadziałało.
- Hejka, mogę usiąść?
- Jasne, Matty. - mruknąłem ledwo dosłyszalnie.
Chłopak usiadł naprzeciwko, po czym z torby wyjął pudełko śniadaniowe ze spider-manem. To jego ulubiona bajka, czasami zmuszał mnie do jej oglądania. Nigdy nie narzekałem, zrobiłbym wszystko by go uszczęśliwić.
- Jak mija dzień? - zapytał znikąd.
Okropnie, umieram z miłości, chcę spokoju.
- Ok. - skłamałem. - A tobie?
- Podobnie.
Pięć minut jedliśmy swoje posiłki w ciszy, ale przyleciał do nas rozpromieniony Alex.
- Oh, wow, co tym razem Jack zrobił? - mruknął Mullins.
To oczywiste, że chodziło o Jacka. Zawsze o niego chodzi.
- Poprosił mnie o rękę! - pisnął uradowany.
- A to nie ty powinieneś był to zrobić?
- Oj, Kell, nigdy nie zrozumiesz naszego związku - odparł oraz odszedł do Barakata, swojego narzeczonego.
Przynajmniej im się układa, a to dobrze, prawda?
- Um, to, co robisz po południu? - zaczął Matt.
- W sumie, nic. Będę siedział w domu, uczył się, coś tam coś tam. - odpowiedziałem niechętnie
Cóż, nie chciałem rozmawiać z nikim. Samotność, tak, tylko tego aktualnie potrzebowałem.
- To cię porywam. Nie możesz siedzieć tylko w domu. To niezdrowe, Kells.
- Nie mów mi co jest dla mnie niezrdowe a co zdrowe. Będę robił co uważam za stosowne. To nie twój interes. - syknąłem, po czym wyszedłem ze stołówki opuszczając rękawy czarnej bluzy. Kilka osób zawołało w moją stronę epitetami typu "dupojebca", ale wszystkie zignorowałem.
Lekcje ciągnęły się w nieskończoność. Błagałem tylko bym zemdlał albo coś podobnego.
Na przewie pięciominutowe zauważyłem Alana, który szedł w moją stronę. Jedynie z nim miałem ochotę rozmawiać.
- Jak się czujesz?
Nie było sensu go okłamywać, bo prawdę i tak by poznał, prędzej czy później.
- Nie jest dobrze. - szepnąłem do rudzielca.
On skinął głową na te słowa.
- W takim razie idziemy dzisiaj na spacer. Po szkole. O której kończysz?
- Piętnasta piętnaście.
- Cudownie. Będę czekał przed szkołą. Pojedziemy od razu po lekcjach. - oznajmił nie przyjmując odmowy.
Na fizyce zająłem miejsce w ostatniej ławce, by zaczerpnąć jeszcze choć trochę snu przed tym wypadem gdzieś z Ashby'm.
Plecak ułożyłem na krześle obok, by nikt tam nie usiadł, po czym schowałem twarz w ramionach i starając się usnąć myślałem. Prawda, to nie najlepszy sposób żeby zapaść w sen, ale nie tak prosto zatrzymać wyobraźnię.
*
Jechaliśmy jakieś.... nawet nie wie wiem. Zupełnie straciłem rachubę czasu. Znowu. Ukradkiem spojrzałem na zegarek. Siedemnasta. Szkołę kończyliśmy o piętnastej, więc dotychczas podróż trwała coś około dwóch godzin.
- Daleko jeszcze? - spytałem w końcu.
Jestem cholernie niecierpliwym człowiekiem.
- Nie, już prawie jesteśmy.
Wyglądał cudownie. Rude pasma włosów porozrzucane w artystycznym nieładzie, oczy zapatrzone w drogę, duże usta zaciśnięte w cienką linię, skupiona twarz. Mimo wszystko, był wtedy bardzo seksowny. Kogo oszukuję, on cały czas jest seksowny. Bardzo seksowny.
Co prawda Vik bardziej.... ło, ło, ło. Nie będę myśleć dzisiaj o nim i psuć sobie humoru. W ogóle nie będę. Zasługuję na coś takiego jak szczęście czy spełnienie prywatne, więc muszę zapomnieć o przeszłości i zacząć żyć teraźniejszością.
Po pięciu minutach oboje wysiedliśmy z czarnego Audi. Alan wziął mnie za rękę, splótł nasze palce oraz ruszyliśmy w stronę małego lasku. Rosło tam pełno brzóz, a to dobrze. Bardzo lubię te drzewa, choć mam wrażenie, że zawsze przynosiły mi pecha. Matka zawsze powtarzała "Kellin, przytul drzewo" jakkolwiek to brzmiało, a ja jej słuchałem. Latałem od brzozy do brzozy bez przerwy je przytulając. Musiałem śmiesznie wyglądać.
- No, jesteśmy! - oznajmił.
Nic specjalnego, jakieś skały, dookoła rośliny, których nie lubię i nic więcej.
Ale przyszliśmy tu tylko na spacer, chyba, więc czemu oczekiwałem czegoś więcej?
- Usiądź sobie, a ja zaraz przyjdę. - powiedział.
Było chłodno, może przez późną godzinę (siedemnastą trzydzieści), a może przez zmienny klimat Memphis.
Zaraz przybył Alan o dziwo z dwoma kocami. Nie mam zielonego pojęcia gdzie tutaj na odludziu znalazł koce.
Wręczył mi jeden, a ja natychmiast się nim okryłem oraz przysunąłem w stronę towarzysza, by zyskać jak najwięcej ciepła.
Leżeliśmy przytuleni na trawie patrząc w gwiazdy, które zaczynały ukazywać swój blask.
- Ostatnio myślałem... - zaczął.
- O czym?
- O nas. - odparł zmartwiony.
- Oh, naprawdę? - zapytałem.
Czemu mnie to nie dziwi?
- Tak.
- I co takiego wymyśliłeś?
- Cóż... - uniósł się na łokciach, przybliżył jeszcze bardziej, po czym złączył nasze usta w słodkim pocałunku.
Nie protestowałem. Teraz byłem wolny jak ptak, mogłem robić co mi się żywnie podoba.
Przerwał tą uroczą chwilę:
- Kellin, ja wciąż cię kocham. Nawet nie wiem czemu wtedy się rozstaliśmy.
- Kłóciliśmy się bez przerwy. - przerwałem.
Przewrócił oczami.
- Daj mi do kończyć - zaśmiał się pogodnie.
- Proszę - odpowiedziałem tym samym.
- No więc... kocham cię. Nie mogę bez ciebie żyć. Przyszedłem do tej szkoły by być bliżej ciebie, Kells. Zrobiłbym wszystko by cofnąć czas. Chciałbym to naprawić - zakończył.
Nie zastanawiałem się długo. Może i kochałem Fuentesa, ale uczucie do Alana było równie mocne, jak nie mocniejsze.
Pocałowałem go, dając mu tym samym odpowiedź.
Być może wreszcie ułożę sobie życie.
Bez Vica.
_________________________________________________________________________________
NO I KONIEC!
Jak już mówiłam, teraz dodam Jalexa, później wezmę się za kontynuację.
Omg, jeszcze nigdy nie skończyłam żadnego ff.
Dziękuję Wam bardzo, że byliście, czytaliście, komentowaliście. Akhsklhgk tak się cieszę.
W każdym razie, umowa o komentarzach nadal obowiązuje, im więcej tym następne ff pojawi się szybciej.
A w tym czasie Alanek przechodzi na mały urlop c:
No i ten, dzięki jeszcze raz.
Do napisania, kochani!
Jack z Alexem zawzięcie starali się poprawić mi humor na różne możliwe sposoby. Wychodziliśmy wspólnie do kina, na spacery co było cholernie miłe z ich strony.
Matty pocieszał moją osobę jak tylko potrafił.
Natomiast Alan... Alan po prostu był. Nie potrafiłem opisać jak uradowany byłem na jego widok.
Tak, nadal kochałem Vika mimo tego co uczynił, ale nie potrafiłbym wybaczyć mu takiej rzeczy. Założyć się o tak debilną i raniącą rzecz to szczyt świństwa. Zostawił mnie w takim momencie... uh, nawet nie chcę o tym myśleć.
Natomiast szkoła, szkoła po prostu rujnowała moją osobę do reszty. Jak na złość nauczyciele ciągle prosili do odpowiedzi Quinna, bez przerwy padało to nazwisko, aż do znudzenia. A Kellin, w takim stanie nic nie umiał. Tylko odsypiałem na lekcjach zarwane noce, które przepełniały cierpienie i płacz. Nie potrafiłem wtedy myśleć racjonalnie. Wszędzie widziałem tylko Victora, nawet najmniejsze słowo mi go przypominało, najmniejszy czyn.
Tym razem siedziałem samotnie na stołówce zajadając pestki dyni, gdyż głodny nie byłem wcale. Jadłem tylko tyle by nie zemdleć/umrzeć.
Od czasu do czasu patrzyłem na Vica, który wydawał się równie zrozpaczony. Oczy miał podkrążone, włosy potargane, ubrania wygniecione. Grzebał widelcem w jedzeniu.
Może faktycznie przesadziłem z zerwaniem? Nic wielkiego nie zrobił.
Oczywiście, że zrobił, okłamał cię, a ty i tak byłeś wielkim ślepcem, pomyślałem.
Potrząsnąłem głową, by wyrzucić resztę takich rzeczy z umysłu. Można powiedzieć, że zadziałało.
- Hejka, mogę usiąść?
- Jasne, Matty. - mruknąłem ledwo dosłyszalnie.
Chłopak usiadł naprzeciwko, po czym z torby wyjął pudełko śniadaniowe ze spider-manem. To jego ulubiona bajka, czasami zmuszał mnie do jej oglądania. Nigdy nie narzekałem, zrobiłbym wszystko by go uszczęśliwić.
- Jak mija dzień? - zapytał znikąd.
Okropnie, umieram z miłości, chcę spokoju.
- Ok. - skłamałem. - A tobie?
- Podobnie.
Pięć minut jedliśmy swoje posiłki w ciszy, ale przyleciał do nas rozpromieniony Alex.
- Oh, wow, co tym razem Jack zrobił? - mruknął Mullins.
To oczywiste, że chodziło o Jacka. Zawsze o niego chodzi.
- Poprosił mnie o rękę! - pisnął uradowany.
- A to nie ty powinieneś był to zrobić?
- Oj, Kell, nigdy nie zrozumiesz naszego związku - odparł oraz odszedł do Barakata, swojego narzeczonego.
Przynajmniej im się układa, a to dobrze, prawda?
- Um, to, co robisz po południu? - zaczął Matt.
- W sumie, nic. Będę siedział w domu, uczył się, coś tam coś tam. - odpowiedziałem niechętnie
Cóż, nie chciałem rozmawiać z nikim. Samotność, tak, tylko tego aktualnie potrzebowałem.
- To cię porywam. Nie możesz siedzieć tylko w domu. To niezdrowe, Kells.
- Nie mów mi co jest dla mnie niezrdowe a co zdrowe. Będę robił co uważam za stosowne. To nie twój interes. - syknąłem, po czym wyszedłem ze stołówki opuszczając rękawy czarnej bluzy. Kilka osób zawołało w moją stronę epitetami typu "dupojebca", ale wszystkie zignorowałem.
Lekcje ciągnęły się w nieskończoność. Błagałem tylko bym zemdlał albo coś podobnego.
Na przewie pięciominutowe zauważyłem Alana, który szedł w moją stronę. Jedynie z nim miałem ochotę rozmawiać.
- Jak się czujesz?
Nie było sensu go okłamywać, bo prawdę i tak by poznał, prędzej czy później.
- Nie jest dobrze. - szepnąłem do rudzielca.
On skinął głową na te słowa.
- W takim razie idziemy dzisiaj na spacer. Po szkole. O której kończysz?
- Piętnasta piętnaście.
- Cudownie. Będę czekał przed szkołą. Pojedziemy od razu po lekcjach. - oznajmił nie przyjmując odmowy.
Na fizyce zająłem miejsce w ostatniej ławce, by zaczerpnąć jeszcze choć trochę snu przed tym wypadem gdzieś z Ashby'm.
Plecak ułożyłem na krześle obok, by nikt tam nie usiadł, po czym schowałem twarz w ramionach i starając się usnąć myślałem. Prawda, to nie najlepszy sposób żeby zapaść w sen, ale nie tak prosto zatrzymać wyobraźnię.
*
Jechaliśmy jakieś.... nawet nie wie wiem. Zupełnie straciłem rachubę czasu. Znowu. Ukradkiem spojrzałem na zegarek. Siedemnasta. Szkołę kończyliśmy o piętnastej, więc dotychczas podróż trwała coś około dwóch godzin.
- Daleko jeszcze? - spytałem w końcu.
Jestem cholernie niecierpliwym człowiekiem.
- Nie, już prawie jesteśmy.
Wyglądał cudownie. Rude pasma włosów porozrzucane w artystycznym nieładzie, oczy zapatrzone w drogę, duże usta zaciśnięte w cienką linię, skupiona twarz. Mimo wszystko, był wtedy bardzo seksowny. Kogo oszukuję, on cały czas jest seksowny. Bardzo seksowny.
Co prawda Vik bardziej.... ło, ło, ło. Nie będę myśleć dzisiaj o nim i psuć sobie humoru. W ogóle nie będę. Zasługuję na coś takiego jak szczęście czy spełnienie prywatne, więc muszę zapomnieć o przeszłości i zacząć żyć teraźniejszością.
Po pięciu minutach oboje wysiedliśmy z czarnego Audi. Alan wziął mnie za rękę, splótł nasze palce oraz ruszyliśmy w stronę małego lasku. Rosło tam pełno brzóz, a to dobrze. Bardzo lubię te drzewa, choć mam wrażenie, że zawsze przynosiły mi pecha. Matka zawsze powtarzała "Kellin, przytul drzewo" jakkolwiek to brzmiało, a ja jej słuchałem. Latałem od brzozy do brzozy bez przerwy je przytulając. Musiałem śmiesznie wyglądać.
- No, jesteśmy! - oznajmił.
Nic specjalnego, jakieś skały, dookoła rośliny, których nie lubię i nic więcej.
Ale przyszliśmy tu tylko na spacer, chyba, więc czemu oczekiwałem czegoś więcej?
- Usiądź sobie, a ja zaraz przyjdę. - powiedział.
Było chłodno, może przez późną godzinę (siedemnastą trzydzieści), a może przez zmienny klimat Memphis.
Zaraz przybył Alan o dziwo z dwoma kocami. Nie mam zielonego pojęcia gdzie tutaj na odludziu znalazł koce.
Wręczył mi jeden, a ja natychmiast się nim okryłem oraz przysunąłem w stronę towarzysza, by zyskać jak najwięcej ciepła.
Leżeliśmy przytuleni na trawie patrząc w gwiazdy, które zaczynały ukazywać swój blask.
- Ostatnio myślałem... - zaczął.
- O czym?
- O nas. - odparł zmartwiony.
- Oh, naprawdę? - zapytałem.
Czemu mnie to nie dziwi?
- Tak.
- I co takiego wymyśliłeś?
- Cóż... - uniósł się na łokciach, przybliżył jeszcze bardziej, po czym złączył nasze usta w słodkim pocałunku.
Nie protestowałem. Teraz byłem wolny jak ptak, mogłem robić co mi się żywnie podoba.
Przerwał tą uroczą chwilę:
- Kellin, ja wciąż cię kocham. Nawet nie wiem czemu wtedy się rozstaliśmy.
- Kłóciliśmy się bez przerwy. - przerwałem.
Przewrócił oczami.
- Daj mi do kończyć - zaśmiał się pogodnie.
- Proszę - odpowiedziałem tym samym.
- No więc... kocham cię. Nie mogę bez ciebie żyć. Przyszedłem do tej szkoły by być bliżej ciebie, Kells. Zrobiłbym wszystko by cofnąć czas. Chciałbym to naprawić - zakończył.
Nie zastanawiałem się długo. Może i kochałem Fuentesa, ale uczucie do Alana było równie mocne, jak nie mocniejsze.
Pocałowałem go, dając mu tym samym odpowiedź.
Być może wreszcie ułożę sobie życie.
Bez Vica.
_________________________________________________________________________________
NO I KONIEC!
Jak już mówiłam, teraz dodam Jalexa, później wezmę się za kontynuację.
Omg, jeszcze nigdy nie skończyłam żadnego ff.
Dziękuję Wam bardzo, że byliście, czytaliście, komentowaliście. Akhsklhgk tak się cieszę.
W każdym razie, umowa o komentarzach nadal obowiązuje, im więcej tym następne ff pojawi się szybciej.
A w tym czasie Alanek przechodzi na mały urlop c:
No i ten, dzięki jeszcze raz.
Do napisania, kochani!
wtorek, 9 września 2014
Rozdział XV (Kellic)
- C-co? - zakrztusiłem się kanapką.
Chłopak poklepał mnie po plecach, bym mógł ustabilizować oddech. Cholera, nie myślałem, że ludzie są na tyle wredni by nagrywać człowieka pod wpływem alkoholu podczas stosunku. Fakt, popełniłem kilka błędów, dobra, nie kilka, wiele, a jednym z nich była właśnie ta impreza.
Jack poklepał mnie po plecach bym mógł wykrztusić resztki tego pysznego śniadania, które jeszcze chwile temu pochłaniałem z ogromnym apetytem, natomiast teraz miałem serdecznie dość wszelkiego rodzaju jedzenia, nawet pizzy.
Chciałem jak najszybciej wyjaśnić wszystko z Victorem, w końcu jego to również dotyczy. Tak więc, wybiegłem ze stołówki, co spotkało się z wieloma roześmianymi spojrzeniami, które tyle o ile zignorowałem, po czym zacząłem szukać swojego chłopaka. Sprawdziłem łazienki, sale lekcyjne, korytarze, szatnie sportowe, niestety nigdzie go nie było. Wściekłość oraz przerażenie wzięły nade mną górę, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, a kolana zmiękły. Upadłem na podłogę obijając przy tym głowę.
Leżałem bezsilnie na środku przejścia czekając na ratunek, na rycerza z bajki, który powie, że wszystko będzie ok, że wesprze mnie w tym trudnym momencie, bo jakby nie patrzeć - cała szkoła miała nagrane moje jęki podczas seksu. Jedyne co czułem to wstyd. Wstyd mi było po tym spojrzeć znajomym w oczy. Wstyd mi było iść korytarzem. Najchętniej zakopałbym się pod ziemię i już nigdy stamtąd nie wychodzić. Chciałem zacząć płakać, po prostu ryczeć jak małe dziecko bez cukierka. Chciałem wszystkich pozabijać. Chciałem zemsty.
- Kellin, czemu leżysz na podłodze?
Alan usiadł koło mojego niby martwego ciała.
- Wszystko się sypie - szepnąłem przez łzy.
W tamtym momencie po prostu nie wytrzymałem. Rozryczałem się, bo nie widziałem innego wyjścia.
Przytuliłem Ashby'ego, a ten zaczął gładzić mnie po plecach, bym przestał płakać.
- Ciii, nie płacz już - powtarzał wciąż gładząc moje plecy.
Z czasem uspokajałem oddech, a słony płyn przestał cieknąć.
- D-dziękuję - powiedziałem trzęsącym się głosem.
Cóż, siedzieliśmy na środku korytarza, gdzie co chwilę szła jakaś osoba chichocząca pod nosem.
- Chodź, pójdziemy do toalety.
Chwilę później staliśmy przed lusterkiem w łazience. Obmyłem twarz zimną wodą, po czym spojrzałem na rudzielca zawzięcie wyczekującego wyjaśnień.
- O co chodziło? - nagle zapytał po chwili ciszy.
Czyli jeszcze nie wiedział. Przynajmniej on.
- Pamiętasz Vica, nie? Kilka tygodni temu zaprosił mnie na imprezę organizowaną w jego domu. Bawiłem się świetnie, trochę wypiłem no i uprawialiśmy seks. Byłem spity w cztery dupy, nie ogarniałem co się koło mnie działo, nawet nie pamiętam tej nocy. Dzisiaj na stołówce podbiegł do mnie Jack, ten wysoki chłopak z włosami jak skunks.
- Tak, pamiętam go. - przerwał.
- No więc, podszedł do mnie i pokazał pewno nagranie.
- Słyszałem to nagranie, Tony mi pokazał. Jakieś jęki, przeżyłbym bez tego.
- To ja jęczę na tym nagraniu - szepnąłem. - Ktoś nagrał odgłosy, które wydawaliśmy i teraz cała szkoła to ma. Calutka.
- O Jezu, Kellin, przykro mi. Wyjaśniłeś to z nim?
- Miałem zamiar, ale tak jakby wylądowałem na ziemi - mruknąłem.
- W takim razie idź go znajdź teraz. Napisz do mnie później jak ci poszło.
- Dzięki, Alan.
Wyszedłem z pomieszczenia oraz znów zacząłem szukać starszego Fuentesa.
*
Siedział na murku z twarzą schowaną w dłoniach, raz po raz pociągając nosem. Podszedłem na tyle blisko, żeby zobaczyć jak jego łzy spływają po palcach, a następnie skapują na piasek. Gdy usłyszał kroki, niemal natychmiast zaprzestał poprzednią czynność.
- Uh, co ty tu robisz, skarbie? - zapytał niepewnie.
- To samo pytanie do ciebie, skarbie.
Uśmiechnął się słabo.
- Myślę.
- Nad czym?
- Nad niczym.
- Vic, słyszałem to nagranie. - odparłem.
Otworzył szerzej oczy, lecz wciąż zachowywał kamienny wyraz twarzy. Był przerażony, ja to wiedziałem. Jego oczy zdradziły wszystko.
- Nie wiem o czym mówisz, Kell. - powiedział poważnie.
- Nie rób ze mnie idioty, Victorze. Podczas twojej wspaniałej dyskoteki kiedy przespaliśmy się ze sobą pierwszy raz to ktoś nas uwiecznił. Wiesz coś na ten temat? - zapytałem zirytowany.
Bardzo ciężko było mi wypowiedzieć te słowa, szczególnie, że żadne z nich nie chciało przejść mi przez gardło.
Przełknął głośno ślinę.
Po nie otzrymaniu odpowiedzi odwróciłem się na pięcie oraz odszedłem. Nie jestem bezuczuciową osobą żeby to znosić. Nie jestem robotem.
*
- Jack, ja naprawdę nie wiem co robić. - szepnąłem.
Siedzieliśmy w sali od angielskiego, nauczyciel znów pierdolił głupoty, a ja myślałem nad całą sytuacją.
- Wierzysz mu? - odparł.
- Nie wiem...
- Ja ci nie mogę pomóc, Kells. Sam musisz wiedzieć co robić, sam musisz podjąć decyzję.
- A ty co byś zrobił na moim miejscu?
- Zerwałbym, ale nie sugeruj się tym. To twoje życie.
Być może to nie był najgorszy pomysł. Niby Vik zaprzeczał, ale nie chciał powiedzieć prawdy, zresztą słabo mu szło jej ukrywanie.
Po lekcji podszedłem do Mike'a. Jako brat mojego chłopaka ma obowiązek wyjawić mi wyjaśnić na czym stoję. Raczej gorzej się nie stanie.
- Hej!
- O hej! - zawołał.
- Um, słuchaj, mam sprawę.
- Stary, wal śmiało! Na wszystko odpowiem!
*
- Ty pierdolony kłamco! Kochałem cię! Naprawdę myślałem, że też mnie kochasz, że planujesz stworzyć ze mną coś więcej, a ty okazałeś się być tacy jak inni. Dokładnie taki sam! Zachowałeś się jak ostatnia świnia. To koniec. Koniec z nami, Fuentes. - wrzasnąłem ze łzami w oczach oraz wróciłem do budynku szkoły.
¤Vic¤
Cholera, ktoś sypnął o zakładzie. Nie dość, że nagrali mnie podczas seksu to jeszcze straciłem najważniejszą dla mnie osobę. Tak, naprawdę kochałem Kellina, najmocniej na świecie. To cudowna osóbka, a ja spieprzyłem sprawę. Zresztą, jak zwykle nie umiem dbać o miłość, nie umiem jej pielęgnować.
Biegłem za nim, błagałem o przebaczenie lecz on pozostawał nieugięty. Nie dziwię się.
Moje próby przeprosin wciąż zostawały odrzucane, więc postanowiłem załatwić ten problem od środka. Czyli porozmawiać z Jaime'ym. Wystarczyło trochę pomyśleć, by wywnioskować iż to tylko jemu napisałem co będziemy z Kellsem robić i kiedy.
Znalazłem go w szatni od wfu. Siedział zadowolony obok Mike'a, który zawzięcie szukał czegoś w telefonie.
- Preciado, musimy pogadać - warknąłem.
Chłopak wstał z drewnianej ławki, po czym stanął przede mną. Miał tak wredny wyraz twarzy, że w tamtym momencie miałem ochotę mu pokazać kto tu rządzi. Jednak opanowałem emocje.
- Słuchaj uważnie, bo powtarzać nie będę. Powiedziałeś coś Kellinowi o naszym zakładzie?
- Skąd takie podejrzenia? - zaśmiał się donośnie.
Złapałem jego biały t-shirt, po czym przycisnąłem go do ściany.
Nie było czasu na zabawę w kotka i myszkę.
- Stary, spokojnie, nic mu nie powiedziałem.
- A na temat nagrania coś wiesz? - zapytałem.
- Niee.. - mruknął.
- Kurwa Jaime, to nie pora na to, po prostu oczekuję prawdy - syknąłem.
- Dobra, to ja was nagrałem.
Wtedy po prostu nie wytrzymałem. Jeden cios i leżał na podłodze z krwawiącym nosem.
Buzowały we mnie wściekłość oraz nienawiść do otoczenia, więc nawet nie miałem zamiaru powstrzymywać się od agresywnych czynów.
Zostawiając chłopaka na ziemi ruszyłem w stronę wyjścia.
*
Doskonale wiedziałem, że Kellin w szkole nie będzie mnie słuchać, bo to samo zrobiłbym na jego miejscu także darowałem sobie, bo wymyśliłem zupełnie inny plan, który raczej wypali. Powinien.
Po skończonych lekcjach odczekałem dokładnie sześćdziesiąt minut, a później podjechałem pod dom Kella.
Była późna godzina, bo siedemnasta trzydzieści osiem, wszyscy byli wykończeni po pracowitym dniu nauczania, jeszcze dodatkowe przeżycia, które zapewnił mi oraz Kellinowi Preciado, a ja osobiście padałem na ryj.
Choć dzisiejsza noc i tak będzie bezsenna, pomyślałem.
Wyszedłem z auta, zamknąłem drzwi, po czym zapukałem w ciemne drewno oddzielające świat zewnętrzny od wnętrza domu państwa jakichśtam. Szczerze, nawet nie znałem ich nazwiska.
Przede mną stanął gruby mężczyzna w średnim wieku, wyglądał na po czterdziestce. Łysa głowa oraz gęsty zarost sprzed kilku dni wcale nie odejmowały mu lat, choć pewnie tak myślał.
- Dobry wieczór panu, czy zastałem Kellina?
- Owszem siedzi u siebie w pokoju. Wejdź. - powiedział niskim, przeszywającym głosem.
*
- Ile razy mam ci to jeszcze tłumaczyć? Skrzywdziłeś mnie, cholernie mocno, nie wybaczę ci, nigdy, przenigdy, a ty masz jeszcze tupet się tu zjawiać i prosić mnie o wybaczenie? Pojebało cię do reszty? - wykrzyczał przez łzy.
Mój plan nie wypalił. Straciłem go, straciłem mojego małego skarba.
_________________________________________________________________________________
Ok ludzie, ogłoszenia parafialne.
Jeszcze jeden rozdział i koniec! Następny post będzie baaaaardzo krótki, ale to według mojego planu, spokojnie. Just sayin'.
Ogólnie początkowy zamysł na tego bloga był taki, że publikować będę tylko i wyłącznie Kellice, jednak jestem bardzo zakręconą osobą, często zmieniam zdanie. Więc przed kontynuacją tego ff zamieszczę krótkiego Jalexa (Jack Barakat + Alex Gaskarth, wszyscy znają, ok). Będzie miał coś około 13 rozdziałów, nie więcej. Jeszcze nie rozplanowałam tego do końca, soł wszystko może się zmienić.
Cashby'ego też tu dodam. Ogólnie obsesyjnie fangirluję te 3 shippy. Nastawcie się na te opowiadania, bo będzie dużo seksu, pełno niespodzianek bla bla bla X'D
Ok, liczba komentarzy pod poprzednim postem bardzo mnie zaskoczyła, przybyło tu trochę czytelników (za co dziękuję!). Ostatni chapter pojawi się w weekend, idk do końca czy w sobotę czy w niedzielę. To tego czasu poproszę ogrom komentarzy tutaj c:
Rozdział pisany pod ogromnym wpływem napojów energetycznych, dużej ilości kaw, więc przepraszam za błędy.
Do napisania niedługo, mam nadzieję XD Oczywiście jeśli się pośpieszycie z komentowaniem.
Buzi, buzi, buzi.
Chłopak poklepał mnie po plecach, bym mógł ustabilizować oddech. Cholera, nie myślałem, że ludzie są na tyle wredni by nagrywać człowieka pod wpływem alkoholu podczas stosunku. Fakt, popełniłem kilka błędów, dobra, nie kilka, wiele, a jednym z nich była właśnie ta impreza.
Jack poklepał mnie po plecach bym mógł wykrztusić resztki tego pysznego śniadania, które jeszcze chwile temu pochłaniałem z ogromnym apetytem, natomiast teraz miałem serdecznie dość wszelkiego rodzaju jedzenia, nawet pizzy.
Chciałem jak najszybciej wyjaśnić wszystko z Victorem, w końcu jego to również dotyczy. Tak więc, wybiegłem ze stołówki, co spotkało się z wieloma roześmianymi spojrzeniami, które tyle o ile zignorowałem, po czym zacząłem szukać swojego chłopaka. Sprawdziłem łazienki, sale lekcyjne, korytarze, szatnie sportowe, niestety nigdzie go nie było. Wściekłość oraz przerażenie wzięły nade mną górę, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, a kolana zmiękły. Upadłem na podłogę obijając przy tym głowę.
Leżałem bezsilnie na środku przejścia czekając na ratunek, na rycerza z bajki, który powie, że wszystko będzie ok, że wesprze mnie w tym trudnym momencie, bo jakby nie patrzeć - cała szkoła miała nagrane moje jęki podczas seksu. Jedyne co czułem to wstyd. Wstyd mi było po tym spojrzeć znajomym w oczy. Wstyd mi było iść korytarzem. Najchętniej zakopałbym się pod ziemię i już nigdy stamtąd nie wychodzić. Chciałem zacząć płakać, po prostu ryczeć jak małe dziecko bez cukierka. Chciałem wszystkich pozabijać. Chciałem zemsty.
- Kellin, czemu leżysz na podłodze?
Alan usiadł koło mojego niby martwego ciała.
- Wszystko się sypie - szepnąłem przez łzy.
W tamtym momencie po prostu nie wytrzymałem. Rozryczałem się, bo nie widziałem innego wyjścia.
Przytuliłem Ashby'ego, a ten zaczął gładzić mnie po plecach, bym przestał płakać.
- Ciii, nie płacz już - powtarzał wciąż gładząc moje plecy.
Z czasem uspokajałem oddech, a słony płyn przestał cieknąć.
- D-dziękuję - powiedziałem trzęsącym się głosem.
Cóż, siedzieliśmy na środku korytarza, gdzie co chwilę szła jakaś osoba chichocząca pod nosem.
- Chodź, pójdziemy do toalety.
Chwilę później staliśmy przed lusterkiem w łazience. Obmyłem twarz zimną wodą, po czym spojrzałem na rudzielca zawzięcie wyczekującego wyjaśnień.
- O co chodziło? - nagle zapytał po chwili ciszy.
Czyli jeszcze nie wiedział. Przynajmniej on.
- Pamiętasz Vica, nie? Kilka tygodni temu zaprosił mnie na imprezę organizowaną w jego domu. Bawiłem się świetnie, trochę wypiłem no i uprawialiśmy seks. Byłem spity w cztery dupy, nie ogarniałem co się koło mnie działo, nawet nie pamiętam tej nocy. Dzisiaj na stołówce podbiegł do mnie Jack, ten wysoki chłopak z włosami jak skunks.
- Tak, pamiętam go. - przerwał.
- No więc, podszedł do mnie i pokazał pewno nagranie.
- Słyszałem to nagranie, Tony mi pokazał. Jakieś jęki, przeżyłbym bez tego.
- To ja jęczę na tym nagraniu - szepnąłem. - Ktoś nagrał odgłosy, które wydawaliśmy i teraz cała szkoła to ma. Calutka.
- O Jezu, Kellin, przykro mi. Wyjaśniłeś to z nim?
- Miałem zamiar, ale tak jakby wylądowałem na ziemi - mruknąłem.
- W takim razie idź go znajdź teraz. Napisz do mnie później jak ci poszło.
- Dzięki, Alan.
Wyszedłem z pomieszczenia oraz znów zacząłem szukać starszego Fuentesa.
*
Siedział na murku z twarzą schowaną w dłoniach, raz po raz pociągając nosem. Podszedłem na tyle blisko, żeby zobaczyć jak jego łzy spływają po palcach, a następnie skapują na piasek. Gdy usłyszał kroki, niemal natychmiast zaprzestał poprzednią czynność.
- Uh, co ty tu robisz, skarbie? - zapytał niepewnie.
- To samo pytanie do ciebie, skarbie.
Uśmiechnął się słabo.
- Myślę.
- Nad czym?
- Nad niczym.
- Vic, słyszałem to nagranie. - odparłem.
Otworzył szerzej oczy, lecz wciąż zachowywał kamienny wyraz twarzy. Był przerażony, ja to wiedziałem. Jego oczy zdradziły wszystko.
- Nie wiem o czym mówisz, Kell. - powiedział poważnie.
- Nie rób ze mnie idioty, Victorze. Podczas twojej wspaniałej dyskoteki kiedy przespaliśmy się ze sobą pierwszy raz to ktoś nas uwiecznił. Wiesz coś na ten temat? - zapytałem zirytowany.
Bardzo ciężko było mi wypowiedzieć te słowa, szczególnie, że żadne z nich nie chciało przejść mi przez gardło.
Przełknął głośno ślinę.
Po nie otzrymaniu odpowiedzi odwróciłem się na pięcie oraz odszedłem. Nie jestem bezuczuciową osobą żeby to znosić. Nie jestem robotem.
*
- Jack, ja naprawdę nie wiem co robić. - szepnąłem.
Siedzieliśmy w sali od angielskiego, nauczyciel znów pierdolił głupoty, a ja myślałem nad całą sytuacją.
- Wierzysz mu? - odparł.
- Nie wiem...
- Ja ci nie mogę pomóc, Kells. Sam musisz wiedzieć co robić, sam musisz podjąć decyzję.
- A ty co byś zrobił na moim miejscu?
- Zerwałbym, ale nie sugeruj się tym. To twoje życie.
Być może to nie był najgorszy pomysł. Niby Vik zaprzeczał, ale nie chciał powiedzieć prawdy, zresztą słabo mu szło jej ukrywanie.
Po lekcji podszedłem do Mike'a. Jako brat mojego chłopaka ma obowiązek wyjawić mi wyjaśnić na czym stoję. Raczej gorzej się nie stanie.
- Hej!
- O hej! - zawołał.
- Um, słuchaj, mam sprawę.
- Stary, wal śmiało! Na wszystko odpowiem!
*
- Ty pierdolony kłamco! Kochałem cię! Naprawdę myślałem, że też mnie kochasz, że planujesz stworzyć ze mną coś więcej, a ty okazałeś się być tacy jak inni. Dokładnie taki sam! Zachowałeś się jak ostatnia świnia. To koniec. Koniec z nami, Fuentes. - wrzasnąłem ze łzami w oczach oraz wróciłem do budynku szkoły.
¤Vic¤
Cholera, ktoś sypnął o zakładzie. Nie dość, że nagrali mnie podczas seksu to jeszcze straciłem najważniejszą dla mnie osobę. Tak, naprawdę kochałem Kellina, najmocniej na świecie. To cudowna osóbka, a ja spieprzyłem sprawę. Zresztą, jak zwykle nie umiem dbać o miłość, nie umiem jej pielęgnować.
Biegłem za nim, błagałem o przebaczenie lecz on pozostawał nieugięty. Nie dziwię się.
Moje próby przeprosin wciąż zostawały odrzucane, więc postanowiłem załatwić ten problem od środka. Czyli porozmawiać z Jaime'ym. Wystarczyło trochę pomyśleć, by wywnioskować iż to tylko jemu napisałem co będziemy z Kellsem robić i kiedy.
Znalazłem go w szatni od wfu. Siedział zadowolony obok Mike'a, który zawzięcie szukał czegoś w telefonie.
- Preciado, musimy pogadać - warknąłem.
Chłopak wstał z drewnianej ławki, po czym stanął przede mną. Miał tak wredny wyraz twarzy, że w tamtym momencie miałem ochotę mu pokazać kto tu rządzi. Jednak opanowałem emocje.
- Słuchaj uważnie, bo powtarzać nie będę. Powiedziałeś coś Kellinowi o naszym zakładzie?
- Skąd takie podejrzenia? - zaśmiał się donośnie.
Złapałem jego biały t-shirt, po czym przycisnąłem go do ściany.
Nie było czasu na zabawę w kotka i myszkę.
- Stary, spokojnie, nic mu nie powiedziałem.
- A na temat nagrania coś wiesz? - zapytałem.
- Niee.. - mruknął.
- Kurwa Jaime, to nie pora na to, po prostu oczekuję prawdy - syknąłem.
- Dobra, to ja was nagrałem.
Wtedy po prostu nie wytrzymałem. Jeden cios i leżał na podłodze z krwawiącym nosem.
Buzowały we mnie wściekłość oraz nienawiść do otoczenia, więc nawet nie miałem zamiaru powstrzymywać się od agresywnych czynów.
Zostawiając chłopaka na ziemi ruszyłem w stronę wyjścia.
*
Doskonale wiedziałem, że Kellin w szkole nie będzie mnie słuchać, bo to samo zrobiłbym na jego miejscu także darowałem sobie, bo wymyśliłem zupełnie inny plan, który raczej wypali. Powinien.
Po skończonych lekcjach odczekałem dokładnie sześćdziesiąt minut, a później podjechałem pod dom Kella.
Była późna godzina, bo siedemnasta trzydzieści osiem, wszyscy byli wykończeni po pracowitym dniu nauczania, jeszcze dodatkowe przeżycia, które zapewnił mi oraz Kellinowi Preciado, a ja osobiście padałem na ryj.
Choć dzisiejsza noc i tak będzie bezsenna, pomyślałem.
Wyszedłem z auta, zamknąłem drzwi, po czym zapukałem w ciemne drewno oddzielające świat zewnętrzny od wnętrza domu państwa jakichśtam. Szczerze, nawet nie znałem ich nazwiska.
Przede mną stanął gruby mężczyzna w średnim wieku, wyglądał na po czterdziestce. Łysa głowa oraz gęsty zarost sprzed kilku dni wcale nie odejmowały mu lat, choć pewnie tak myślał.
- Dobry wieczór panu, czy zastałem Kellina?
- Owszem siedzi u siebie w pokoju. Wejdź. - powiedział niskim, przeszywającym głosem.
*
- Ile razy mam ci to jeszcze tłumaczyć? Skrzywdziłeś mnie, cholernie mocno, nie wybaczę ci, nigdy, przenigdy, a ty masz jeszcze tupet się tu zjawiać i prosić mnie o wybaczenie? Pojebało cię do reszty? - wykrzyczał przez łzy.
Mój plan nie wypalił. Straciłem go, straciłem mojego małego skarba.
_________________________________________________________________________________
Ok ludzie, ogłoszenia parafialne.
Jeszcze jeden rozdział i koniec! Następny post będzie baaaaardzo krótki, ale to według mojego planu, spokojnie. Just sayin'.
Ogólnie początkowy zamysł na tego bloga był taki, że publikować będę tylko i wyłącznie Kellice, jednak jestem bardzo zakręconą osobą, często zmieniam zdanie. Więc przed kontynuacją tego ff zamieszczę krótkiego Jalexa (Jack Barakat + Alex Gaskarth, wszyscy znają, ok). Będzie miał coś około 13 rozdziałów, nie więcej. Jeszcze nie rozplanowałam tego do końca, soł wszystko może się zmienić.
Cashby'ego też tu dodam. Ogólnie obsesyjnie fangirluję te 3 shippy. Nastawcie się na te opowiadania, bo będzie dużo seksu, pełno niespodzianek bla bla bla X'D
Ok, liczba komentarzy pod poprzednim postem bardzo mnie zaskoczyła, przybyło tu trochę czytelników (za co dziękuję!). Ostatni chapter pojawi się w weekend, idk do końca czy w sobotę czy w niedzielę. To tego czasu poproszę ogrom komentarzy tutaj c:
Rozdział pisany pod ogromnym wpływem napojów energetycznych, dużej ilości kaw, więc przepraszam za błędy.
Do napisania niedługo, mam nadzieję XD Oczywiście jeśli się pośpieszycie z komentowaniem.
Buzi, buzi, buzi.
sobota, 6 września 2014
Rozdział XIV (Kellic)
Jak to ja, nie wiedziałem jak zareagować. Z Matty'm przyjaźniliśmy się od dziecka, wszystko sobie mówiliśmy, a on ukrywał przede mną dość istotne informacje. Nawet nie chodzi o jego orientację seksualną, bo doskonale to rozumiem, ale bardziej przerażający był fakt, że Mullins, jak to stwierdził, chyba mnie kocha. Po pierwsze, Victor by go zabił, po drugie, kochałem mojego obecnego chłopaka, za żadne skarby bym go nie zdradził, po trzecie, do rudzielca nie czułem nic więcej jak tylko przyjaźń, więc nie zamierzałem tego zmieniać.
A co cudny Kellin zrobił? Odszedł, zostawiając zestresowanego przyjaciela przed stołówką. Co innego mogłem zrobić skoro nawet nie wiedziałem jak zareagować? W tamtym momencie wolałem uciec aniżeli stanąć twarzą w twarz z problemem. Nie powinienem tak robić, skąd, ale znając życie na pewno bym uległ, jak zawsze.
Nie powiem Vicowi o tej sytuacji. Nie, nie, nie, nie. Nawet nie ma takiej opcji. Chyba wystarczająco pogrążyłem Matty'ego, a Vik mógł tylko pogorszyć sprawę, przecież jakiś czas temu wylądował u pani dyrektor za pobicie tego Cliffa, czy jakkolwiek mu tam było. Następny taki wybryk groziłby wydaleniem ze szkoły.
Otworzyłem szafkę na korytarzu, wyjąłem książkę od plastyki, schowałem niepotrzebne zeszyty i ją zamknąłem. Sprawdziłem godzinę w komórce, odpisałem Victorowi na wiadomość krótkie "Zobaczymy się później", po czym poszedłem pod daną salę, w tym przypadku osiemdziesiąt siedem. Jak już mówiłem, szkoła jest ogromna. Szedłem dobre siedem minut, drałowałem po wysokich schodach, przeciskałem się przez multum spoconych uczniów, wiele razy oberwałem od kogoś z bara, aż ostatecznie dotarłem na miejsce, akurat na dzwonek. Nauczyciel przybył zaraz potem oraz cała klasa weszła do klasy. Wszyscy usiedli w wyznaczonych na początku roku ławkach wraz ze swoimi kolegami. Tylko ja zostałem zmuszony do pochłaniania wiedzy w towarzystwie osób inteligentnych. Krótko mówiąc, siedziałem sam, ponieważ Matt się nie pokazał. Szczęśliwie plastyka to prosty przedmiot, w którego naukę nie trzeba wkładać dużo wysiłku, wystarczy uważnie słuchać. Cóż, tematy styli budowlanych takich jak rokoko bądź barok czy historia obrazów namalowanych kilkaset lat temu przez "wybitnych" artystów nie jest tym, co chciałbym omawiać w liceum, bo wątpię by do dalszego funkcjonowania było mi to potrzebne. Jestem mało tolerancyjny co do sztuki, tak naprawdę uznaję tylko muzykę.
Tym razem pani opowiadała nam o jakże ciekawej budowie kościoła mariackiego. Polska to taki kraj, który można zwiedzić i więcej tam nie wracać. Licznie spotykana pedofilia, chociażby w parafiach - a to niedopuszczalne zachowanie, nawet jeśli nie uznaję się za chrześcijanina - pijaństwo, bezrobocie, istne dno. Choć kiedyś z chęcią pojadę tam zobaczyć niektóre zabytki, ale później będę o tym myślał. Teraz ważna jest tylko nauka, nauka i jeszcze raz nauka.
Lekcja dążyła dużymi krokami ku końcowi. Zostało tylko dziesięć minut smęcenia nauczycielki. Nikt jej nie słuchał, więc mogłaby przestać, za przeproszeniem, pierdolić, bo nikogo to nie interesowało z wiadomych powodów. Ona chyba jednak nakręciła się taką małą korbką, cały czas nadawała, bez przerwy. Nagle jednak do sali zawitała nasza wspaniała dyrektor. Poprosiła nauczycielkę by gdzieś mnie z nią puściła, a trajkotka (tak ją nazywaliśmy) nie miała innego wyjścia niż pozwolić mi opuścić klasę. Byłem przerażony, dyrektorka wyglądała na naprawdę poważną. Nie wiedziałem czego mogła od mojej osoby jeszcze oczekiwać, udzielałem się jako jeden z najlepszych uczniów w historii tej nędznej szkoły, startowałem w wielu konkursach z różnych dziedzin, zdobywałem ogrom wyróżnień, dyplomów, nagród książkowych, a w ostatnim czasie nic nie nabroiłem, ogólnie miałem "czystą kartotekę", z nikim nie wiązałem się w żadne bójki, czy inne niemoralne rzeczy.
Stanęliśmy przed jej gabinetem.
- Sprawa jest taka. Przyjechał do nas nowy uczeń, a twoim zadaniem będzie go wprowadzić w życie szkoły, wytłumaczyć co i jak. To nie trudne, wierzę, że sobie poradzisz. - powiedziała głosem pełnym powagi.
Wspaniały wybór.
- To dla mnie zaszczyt.
Skinęła głową, po czym otworzyła drzwi do gabinetu. Na krześle obrotowym tyłem do nas siedziała postać z rudą czupryną. Włosy odstawały we wszystkie strony świata jak po dobrym seksie, a przynajmniej tyle mogłem zauważyć przez wysokie oparcie fotela. Chłopak - jak wywnioskowałem - wstał, po czym spokojnie obrócił się w naszą stronę.
- Kellinie, poznaj Alana Ashby, ucznia, o którym ci opowiadałam.
Podał mi rękę, oczywiście z uśmiechem od ucha do ucha. Niby odwzajemniłem gest, jednak wciąż byłem w niemałym szoku. Co prawda nasze relacje po zerwaniu określałem jako bardzo dobre, można powiedzieć przyjacielskie, ale utraciliśmy kontakt jakiś miesiąc temu. Nie pisał, nie dzwonił, więc pomyślałem, że po prostu ogarnął swoje życie i mnie już nie potrzebował. A tu nagle bum! Stał zadowolony w mojej szkole, przed moją panią dyrektor. Wyskoczył tak szybko, a zdezorientowany Kellin nie mógł nic zrobić. Nic, zupełnie nic.
- Skoro się poznaliście, to proszę paniczu Ashby byś podążał za naszym najlepszym orłem wśród wszystkich tu uczęszczających nastolatków. Mam nadzieję, że spędzicie miło czas, a nauka nie będzie taka przerażająca i trudna jaką mogłaby się wydawać. - dyrektor oznajmiła do rudzielca.
On skinął głową, wziął mnie za rękę i wyszliśmy z gabinetu. To wydarzenie wstrząsnęło mną na tyle mocno, że nie wydusiłem z siebie ani jednego słowa. Alan ciągle trzymał moją rękę, nie sprzeciwiałem się, skąd, nawet sam podtrzymywałem jego dłoń.
*Kilka tygodni później...*
- Matty, debilu oddaj to! - krzyknąłem.
Na dłuższej przerwie Mullins postanowił zabrać mi telefon i przeglądać smsy wymieniane z rozmaitymi osobami.
- No już już! Poczekaj! "Pamiętaj, że bardzo Cię kocham Kells", no no! - zaśmiał się donośnie, a ja w tym czasie zwinąłem mu zależytą mi własność.
- Więcej nie dam tak łatwo za wygraną - warknąłem odchodząc w stronę Vica stojącego przy Alanie. Któż by pomyślał. Mimo tego nieoczekiwanego gościa moje życie wciąż było poukładane, zaplanowane i bez niespodzianek, a mój aktualny chłopak i mój były dogadywali się bardzo dobrze. Ashby jest takim człowiekiem, którego po prostu trzeba lubić co jest oczywiste.
Lekcje jak lekcje, nudne, bo wszystko wiedziałem, ale czas dany między owymi lekcjami był chyba jednym z najciekawszych momentów w ciągu ostatnich kilku tygodni. Szkoła, dom, nauka, szkoła, dom, nauka, tak w kółko. Raz na kilka dni wychodziłem gdzieś z Vikiem lub Alanem (bo odnowiliśmy znajomość) i tak to wyglądało.
Rutyna.
Teraz siedziałem na stołówce jedząc swoją kanapkę z plasterkami indyka. Pochłaniałem ją na tyle szybko, że każdy przeciętny człowiek dawno by się zakrztusił lecz byłem cholernie głodny. Zauważyłem jedną rzecz. Ludzie ze szkoły patrzyli na mnie z rozbawieniem, a ja nie wiedziałem o co mogło im chodzić. Zawsze istniało tak zwane obgadywanie bliźniego. Mierzyli mnie wzrokiem od góry do dołu, chichotali pod nosem.
Nienawidzę ludzi z mojej szkoły.
Nienawidzę ludzi z mojego miasta.
Ogólnie nienawidzę ludzi.
Są tylko wyjątki, ale zdarzają się one w proporcjach jeden na tysiąc, czyli mało osób może cieszyć się moją sympatią.
- Kellin! Kellin, Boże, dobrze, że jesteś.
Do stolika podbiegł zmachany Jack.
- O co chodzi?
- Patrz - wręczył mi swój telefon. - Podłącz lepiej słuchawki.
Tak zrobiłem, a w mojej głowie zaczęły brzmieć rozmaite jęki, niektóre głośniejsze niż pozostałe.
- No i? - zapytałem zmieszany.
Niekoniecznie chciałem tego odsłuchiwać. Nie było mi to potrzebne do szczęścia.
- To ty tak jęczysz, Kell. Podczas imprezy u Fuentesów, ale to chyba wiesz. Któryś z gości cię nagrał i teraz ma to cała szkoła. Przykro mi, stary.
_________________________________________________________________________________
Proszę bardzo, następny.
Nie podobała mi się liczba komentarzy pod ostatnim postem, więc tu poproszę co najmniej 11, żebym dodała następny.
A co cudny Kellin zrobił? Odszedł, zostawiając zestresowanego przyjaciela przed stołówką. Co innego mogłem zrobić skoro nawet nie wiedziałem jak zareagować? W tamtym momencie wolałem uciec aniżeli stanąć twarzą w twarz z problemem. Nie powinienem tak robić, skąd, ale znając życie na pewno bym uległ, jak zawsze.
Nie powiem Vicowi o tej sytuacji. Nie, nie, nie, nie. Nawet nie ma takiej opcji. Chyba wystarczająco pogrążyłem Matty'ego, a Vik mógł tylko pogorszyć sprawę, przecież jakiś czas temu wylądował u pani dyrektor za pobicie tego Cliffa, czy jakkolwiek mu tam było. Następny taki wybryk groziłby wydaleniem ze szkoły.
Otworzyłem szafkę na korytarzu, wyjąłem książkę od plastyki, schowałem niepotrzebne zeszyty i ją zamknąłem. Sprawdziłem godzinę w komórce, odpisałem Victorowi na wiadomość krótkie "Zobaczymy się później", po czym poszedłem pod daną salę, w tym przypadku osiemdziesiąt siedem. Jak już mówiłem, szkoła jest ogromna. Szedłem dobre siedem minut, drałowałem po wysokich schodach, przeciskałem się przez multum spoconych uczniów, wiele razy oberwałem od kogoś z bara, aż ostatecznie dotarłem na miejsce, akurat na dzwonek. Nauczyciel przybył zaraz potem oraz cała klasa weszła do klasy. Wszyscy usiedli w wyznaczonych na początku roku ławkach wraz ze swoimi kolegami. Tylko ja zostałem zmuszony do pochłaniania wiedzy w towarzystwie osób inteligentnych. Krótko mówiąc, siedziałem sam, ponieważ Matt się nie pokazał. Szczęśliwie plastyka to prosty przedmiot, w którego naukę nie trzeba wkładać dużo wysiłku, wystarczy uważnie słuchać. Cóż, tematy styli budowlanych takich jak rokoko bądź barok czy historia obrazów namalowanych kilkaset lat temu przez "wybitnych" artystów nie jest tym, co chciałbym omawiać w liceum, bo wątpię by do dalszego funkcjonowania było mi to potrzebne. Jestem mało tolerancyjny co do sztuki, tak naprawdę uznaję tylko muzykę.
Tym razem pani opowiadała nam o jakże ciekawej budowie kościoła mariackiego. Polska to taki kraj, który można zwiedzić i więcej tam nie wracać. Licznie spotykana pedofilia, chociażby w parafiach - a to niedopuszczalne zachowanie, nawet jeśli nie uznaję się za chrześcijanina - pijaństwo, bezrobocie, istne dno. Choć kiedyś z chęcią pojadę tam zobaczyć niektóre zabytki, ale później będę o tym myślał. Teraz ważna jest tylko nauka, nauka i jeszcze raz nauka.
Lekcja dążyła dużymi krokami ku końcowi. Zostało tylko dziesięć minut smęcenia nauczycielki. Nikt jej nie słuchał, więc mogłaby przestać, za przeproszeniem, pierdolić, bo nikogo to nie interesowało z wiadomych powodów. Ona chyba jednak nakręciła się taką małą korbką, cały czas nadawała, bez przerwy. Nagle jednak do sali zawitała nasza wspaniała dyrektor. Poprosiła nauczycielkę by gdzieś mnie z nią puściła, a trajkotka (tak ją nazywaliśmy) nie miała innego wyjścia niż pozwolić mi opuścić klasę. Byłem przerażony, dyrektorka wyglądała na naprawdę poważną. Nie wiedziałem czego mogła od mojej osoby jeszcze oczekiwać, udzielałem się jako jeden z najlepszych uczniów w historii tej nędznej szkoły, startowałem w wielu konkursach z różnych dziedzin, zdobywałem ogrom wyróżnień, dyplomów, nagród książkowych, a w ostatnim czasie nic nie nabroiłem, ogólnie miałem "czystą kartotekę", z nikim nie wiązałem się w żadne bójki, czy inne niemoralne rzeczy.
Stanęliśmy przed jej gabinetem.
- Sprawa jest taka. Przyjechał do nas nowy uczeń, a twoim zadaniem będzie go wprowadzić w życie szkoły, wytłumaczyć co i jak. To nie trudne, wierzę, że sobie poradzisz. - powiedziała głosem pełnym powagi.
Wspaniały wybór.
- To dla mnie zaszczyt.
Skinęła głową, po czym otworzyła drzwi do gabinetu. Na krześle obrotowym tyłem do nas siedziała postać z rudą czupryną. Włosy odstawały we wszystkie strony świata jak po dobrym seksie, a przynajmniej tyle mogłem zauważyć przez wysokie oparcie fotela. Chłopak - jak wywnioskowałem - wstał, po czym spokojnie obrócił się w naszą stronę.
- Kellinie, poznaj Alana Ashby, ucznia, o którym ci opowiadałam.
Podał mi rękę, oczywiście z uśmiechem od ucha do ucha. Niby odwzajemniłem gest, jednak wciąż byłem w niemałym szoku. Co prawda nasze relacje po zerwaniu określałem jako bardzo dobre, można powiedzieć przyjacielskie, ale utraciliśmy kontakt jakiś miesiąc temu. Nie pisał, nie dzwonił, więc pomyślałem, że po prostu ogarnął swoje życie i mnie już nie potrzebował. A tu nagle bum! Stał zadowolony w mojej szkole, przed moją panią dyrektor. Wyskoczył tak szybko, a zdezorientowany Kellin nie mógł nic zrobić. Nic, zupełnie nic.
- Skoro się poznaliście, to proszę paniczu Ashby byś podążał za naszym najlepszym orłem wśród wszystkich tu uczęszczających nastolatków. Mam nadzieję, że spędzicie miło czas, a nauka nie będzie taka przerażająca i trudna jaką mogłaby się wydawać. - dyrektor oznajmiła do rudzielca.
On skinął głową, wziął mnie za rękę i wyszliśmy z gabinetu. To wydarzenie wstrząsnęło mną na tyle mocno, że nie wydusiłem z siebie ani jednego słowa. Alan ciągle trzymał moją rękę, nie sprzeciwiałem się, skąd, nawet sam podtrzymywałem jego dłoń.
*Kilka tygodni później...*
- Matty, debilu oddaj to! - krzyknąłem.
Na dłuższej przerwie Mullins postanowił zabrać mi telefon i przeglądać smsy wymieniane z rozmaitymi osobami.
- No już już! Poczekaj! "Pamiętaj, że bardzo Cię kocham Kells", no no! - zaśmiał się donośnie, a ja w tym czasie zwinąłem mu zależytą mi własność.
- Więcej nie dam tak łatwo za wygraną - warknąłem odchodząc w stronę Vica stojącego przy Alanie. Któż by pomyślał. Mimo tego nieoczekiwanego gościa moje życie wciąż było poukładane, zaplanowane i bez niespodzianek, a mój aktualny chłopak i mój były dogadywali się bardzo dobrze. Ashby jest takim człowiekiem, którego po prostu trzeba lubić co jest oczywiste.
Lekcje jak lekcje, nudne, bo wszystko wiedziałem, ale czas dany między owymi lekcjami był chyba jednym z najciekawszych momentów w ciągu ostatnich kilku tygodni. Szkoła, dom, nauka, szkoła, dom, nauka, tak w kółko. Raz na kilka dni wychodziłem gdzieś z Vikiem lub Alanem (bo odnowiliśmy znajomość) i tak to wyglądało.
Rutyna.
Teraz siedziałem na stołówce jedząc swoją kanapkę z plasterkami indyka. Pochłaniałem ją na tyle szybko, że każdy przeciętny człowiek dawno by się zakrztusił lecz byłem cholernie głodny. Zauważyłem jedną rzecz. Ludzie ze szkoły patrzyli na mnie z rozbawieniem, a ja nie wiedziałem o co mogło im chodzić. Zawsze istniało tak zwane obgadywanie bliźniego. Mierzyli mnie wzrokiem od góry do dołu, chichotali pod nosem.
Nienawidzę ludzi z mojej szkoły.
Nienawidzę ludzi z mojego miasta.
Ogólnie nienawidzę ludzi.
Są tylko wyjątki, ale zdarzają się one w proporcjach jeden na tysiąc, czyli mało osób może cieszyć się moją sympatią.
- Kellin! Kellin, Boże, dobrze, że jesteś.
Do stolika podbiegł zmachany Jack.
- O co chodzi?
- Patrz - wręczył mi swój telefon. - Podłącz lepiej słuchawki.
Tak zrobiłem, a w mojej głowie zaczęły brzmieć rozmaite jęki, niektóre głośniejsze niż pozostałe.
- No i? - zapytałem zmieszany.
Niekoniecznie chciałem tego odsłuchiwać. Nie było mi to potrzebne do szczęścia.
- To ty tak jęczysz, Kell. Podczas imprezy u Fuentesów, ale to chyba wiesz. Któryś z gości cię nagrał i teraz ma to cała szkoła. Przykro mi, stary.
_________________________________________________________________________________
Proszę bardzo, następny.
Nie podobała mi się liczba komentarzy pod ostatnim postem, więc tu poproszę co najmniej 11, żebym dodała następny.
wtorek, 2 września 2014
Rozdział XIII (Kellic)
Sceny +18, czytacie na własną odpowiedzialność.
Nie wyszedł taki jaki chciałam, ale nawet mi się podoba. Jeden z lepszych, że tak powiem.
Tak więc, komentarze, dużo komentarzy. Zachęcają mnie bardzo do dalszego pisania c:
Cya.
_________________________________________________________________________________
Victor zerwał ze mnie ubrania, cały czas nie przerywając pocałunku. Ja natomiast ciągle męczyłem się z jego rozporkiem.
- N-nie mogę...
- Daj - wydyszał, po czym sprawnie zdjął spodnie wraz z bokserkami.
Uklęknąłem na podłodze, po czym wziąłem go prawie całego do ust. Był duży, więc to sprawiło mi nie lada kłopot. Powoli zacząłem poruszać głową, na co chłopak zareagował cichym westchnieniem. Z czasem przyśpieszałem ruchy, raz po raz dołączając język. W końcu zatrzymałem się na jego końcówce i ją zassałem.
- Kellin, j-już - mruknął. - Na plecy.
Posłusznie ułożyłem się na łóżku, natomiast Vic wyjął z szafki prezerwatywy i małą buteleczkę lubrykanta. Żel wylał na rękę oraz rozsmarował na swojej męskości, sprawiając sobie przy tym odrobinę przyjemności. Nie przygotowywał mnie, nie było takiej potrzeby. Poczułem go przy wejściu, po czym jednym pchnięciem we mnie wszedł, na co krótko krzyknąłem z bólu. Dał mi się przyzwyczaić, a gdy dałem znak, zaczął delikatnie poruszać biodrami. Przyjemność zaczęła ogarniać moje ciało i na każde kolejne pchnięcie głośno jęczałem. Vik odchylił głowę do tyłu, jego oddech przyśpieszył, ruchy były coraz bardziej niedbałe. Wiedziałem, że długo tak nie pociągnę, więc spojrzałem na niego błagalnie, a on wziął moje przyrodzenie oraz zaczął poruszać po nim dłonią. Chwilę później doszedłem na pościel, a Victor zaraz po mnie w prezerwatywę. Poruszył jeszcze kilka razy biodrami, ale zaraz ze mnie wyszedł.
Cóż, nasza wspaniała randka zakończyła się równie wspaniałym seksem. Nie planowaliśmy tego, skąd. Ufałem mu, więc nie było sensu trwać w "celibacie". Poza tym, już raz ze sobą spaliśmy, a chciałem to powtórzyć na trzeźwo. Szczerze, było warto. Victor jest genialnym kochankiem, jeszcze z nikim się tyle nie namęczyłem i najęczałem co z nim. Kochałem go, to pewne. Z nim byłem naprawdę szczęśliwy. Z nim wiązałem przyszłość. Nie wiem co bym zrobił gdyby mnie zostawił, nie przeżyłbym tego.
Vic poszedł wziąć prysznic, a ja w tym czasie sprawdziłem czy ktoś przypadkiem nie dzwonił, nie pisał. Zastałem tylko kilka smsów od Matty'ego, na które nie miałem zamiaru odpisywać. Napisałem matce, że dzisiaj śpię u kolegi, po czym wyłączyłem komórkę. Chwilę później do pokoju wszedł czysty Vik. Pocałowałem go, zabrałem ręcznik i sam postanowiłem się trochę ogarnąć. Spytałem jeszcze o drogę, po czym wyszedłem z pokoju w poszukiwaniu łazienki. Po drodze spotkałem Mike'a, który patrzył na mnie z dezaprobatą. Pewnie nas usłyszał, pomyślałem. Nie zwracając na to większej uwagi kontynuowałem wyprawę, aż w końcu znalazłem odpowiednie drzwi. Po kąpieli wróciłem do Vica i przegadaliśmy całą noc.
*
Rano byliśmy zmuszeni wstać o szóstej trzydzieści, gdyż wzywał nas obowiązek szkolny. Tym razem nie jechałem do domu, starszy Fuentes pożyczył mi jakieś ubrania, co prawda za duże, ale zawsze. Zgarnęliśmy Mike'a i na miejsce dotarliśmy o godzinie ósmej trzydzieści, co oznacza, że byliśmy spóźnieni na pierwszą lekcję. Nie opłacało się już wchodzić do sali, więc wraz z braćmi poszedłem na słynny murek ich grupki. Praktycznie nikt tam nie chodzi, bo tylko oni mają wstęp, a inni uczniowie po prostu boją się przekroczyć daną granicę. Nawet nauczyciele tam nie zaglądają, więc mieli stuprocentową prywatność. Ja szedłem tam po raz pierwszy, wcześniej nawet nie myślałem, by chociażby tam spojrzeć. Maszerowaliśmy dobre pięć minut, aż w końcu przed nami pokazał się pokaźny, opuszczony budynek obudowany dookoła betonowym murkiem. Na ścianach widniały różne napisy, niektóre wulgarne, a niektóre nawet miały sens. Vic zaprowadził mnie do "ogrodzenia", po czym pomógł usiąść, gdyż było ono dość wysokie i sam na pewno nie dałbym rady.
Siedzieliśmy tam do następnej lekcji, Mike co chwilę coś palił, raz papierosa, raz jointa, a później przestałem zwracać na to uwagę, natomiast ja z moim chłopakiem mieliśmy chwilę dla siebie, chwilę na okazywanie uczuć. Młodszy Fuentes bez przerwy zwracał nam uwagę, że nie chce oglądać gejowskiego porno, że odgłosy, które słyszał wczoraj wieczorem całkowicie mu wystarczają, ale my wykorzystywaliśmy każdą możliwą okazję, by pokazać jak bardzo się kochamy.
Lekcje mijały powoli, siedziałem na biologii, profesor znowu tłumaczył jakieś choroby, nie za bardzo go słuchałem, byłem raczej skupiony na rysowaniu różnorodnych szlaczków na kartce. Nagle poczułem wibracje w kieszeni.
Matty: Kellin, możemy porozmawiać?
Kellin: Nie mamy o czym.
Matty: Proszę, poświęć mi chociaż 5 minut, a wszystko Ci wyjaśnię.
Kellin: Ugh, zgoda. Masz 5 minut po tej lekcji. Z zegarkiem w ręku, Mullins.
Nie odpisał.
Po dzwonku, czekałem na niego pod stołówką. Wcześniej jeszcze oznajmiłem Victorowi, że na tej przerwie się nie spotkamy.
- Kellin.
Za mną ujrzałem rudzielca. Jego twarz wykazywała wiele emocji, głównie determinację i niepewność.
- Słucham. - skrzyżowałem ręce na torsie.
- Nie wiem od czego zacząć - mruknął.
- Też nie wiem, ale masz pięć minut. Tak tylko przypominam. - oznajmiłem z wrednym uśmieszkiem.
- Ta cała sprawa z Katelynn... to nie było tak. My, my nie uprawialiśmy seksu, ale pewnie tak pomyślałeś. Ona po prostu uciekła od Jordana, który ją uderzył, a jako, że znamy się trochę czasu to przyszła do mnie. A później ty zastałeś nas w takiej niewygodniej sytuacji i nawet nie dałeś tego wytłumaczyć.
- Mówisz serio?
- Oczywiście, nie mógłbym się z nią przespać, bo... bo ja jestem gejem, Kellin.
Otworzyłem szeroko usta. Nie, w życiu bym o tym nie pomyślał. A on mi nic nie powiedział na ten temat. Być może zwaliłem całą tą sprawę z Kate, przesadziłem, za bardzo dramatyzowałem. Chociaż mogłem trochę pomyśleć, pogłówkować, a bym na pewno wpadł na to, że Fish bije Kate'y. Nawet mi jej szkoda, a ja, jak ostatni debil, poleciałem wyśpiewać wszystko Jordanowi.
- R-rozumiem. Przepraszam.
Nie umiałem spojrzeć mu w oczy, po tym co mu zrobiłem.
- Jest jeszcze jedno.. Podobasz mi się od dłuższego czasu, myślę, że cię kocham, Kells.
Nie wyszedł taki jaki chciałam, ale nawet mi się podoba. Jeden z lepszych, że tak powiem.
Tak więc, komentarze, dużo komentarzy. Zachęcają mnie bardzo do dalszego pisania c:
Cya.
_________________________________________________________________________________
Victor zerwał ze mnie ubrania, cały czas nie przerywając pocałunku. Ja natomiast ciągle męczyłem się z jego rozporkiem.
- N-nie mogę...
- Daj - wydyszał, po czym sprawnie zdjął spodnie wraz z bokserkami.
Uklęknąłem na podłodze, po czym wziąłem go prawie całego do ust. Był duży, więc to sprawiło mi nie lada kłopot. Powoli zacząłem poruszać głową, na co chłopak zareagował cichym westchnieniem. Z czasem przyśpieszałem ruchy, raz po raz dołączając język. W końcu zatrzymałem się na jego końcówce i ją zassałem.
- Kellin, j-już - mruknął. - Na plecy.
Posłusznie ułożyłem się na łóżku, natomiast Vic wyjął z szafki prezerwatywy i małą buteleczkę lubrykanta. Żel wylał na rękę oraz rozsmarował na swojej męskości, sprawiając sobie przy tym odrobinę przyjemności. Nie przygotowywał mnie, nie było takiej potrzeby. Poczułem go przy wejściu, po czym jednym pchnięciem we mnie wszedł, na co krótko krzyknąłem z bólu. Dał mi się przyzwyczaić, a gdy dałem znak, zaczął delikatnie poruszać biodrami. Przyjemność zaczęła ogarniać moje ciało i na każde kolejne pchnięcie głośno jęczałem. Vik odchylił głowę do tyłu, jego oddech przyśpieszył, ruchy były coraz bardziej niedbałe. Wiedziałem, że długo tak nie pociągnę, więc spojrzałem na niego błagalnie, a on wziął moje przyrodzenie oraz zaczął poruszać po nim dłonią. Chwilę później doszedłem na pościel, a Victor zaraz po mnie w prezerwatywę. Poruszył jeszcze kilka razy biodrami, ale zaraz ze mnie wyszedł.
Cóż, nasza wspaniała randka zakończyła się równie wspaniałym seksem. Nie planowaliśmy tego, skąd. Ufałem mu, więc nie było sensu trwać w "celibacie". Poza tym, już raz ze sobą spaliśmy, a chciałem to powtórzyć na trzeźwo. Szczerze, było warto. Victor jest genialnym kochankiem, jeszcze z nikim się tyle nie namęczyłem i najęczałem co z nim. Kochałem go, to pewne. Z nim byłem naprawdę szczęśliwy. Z nim wiązałem przyszłość. Nie wiem co bym zrobił gdyby mnie zostawił, nie przeżyłbym tego.
Vic poszedł wziąć prysznic, a ja w tym czasie sprawdziłem czy ktoś przypadkiem nie dzwonił, nie pisał. Zastałem tylko kilka smsów od Matty'ego, na które nie miałem zamiaru odpisywać. Napisałem matce, że dzisiaj śpię u kolegi, po czym wyłączyłem komórkę. Chwilę później do pokoju wszedł czysty Vik. Pocałowałem go, zabrałem ręcznik i sam postanowiłem się trochę ogarnąć. Spytałem jeszcze o drogę, po czym wyszedłem z pokoju w poszukiwaniu łazienki. Po drodze spotkałem Mike'a, który patrzył na mnie z dezaprobatą. Pewnie nas usłyszał, pomyślałem. Nie zwracając na to większej uwagi kontynuowałem wyprawę, aż w końcu znalazłem odpowiednie drzwi. Po kąpieli wróciłem do Vica i przegadaliśmy całą noc.
*
Rano byliśmy zmuszeni wstać o szóstej trzydzieści, gdyż wzywał nas obowiązek szkolny. Tym razem nie jechałem do domu, starszy Fuentes pożyczył mi jakieś ubrania, co prawda za duże, ale zawsze. Zgarnęliśmy Mike'a i na miejsce dotarliśmy o godzinie ósmej trzydzieści, co oznacza, że byliśmy spóźnieni na pierwszą lekcję. Nie opłacało się już wchodzić do sali, więc wraz z braćmi poszedłem na słynny murek ich grupki. Praktycznie nikt tam nie chodzi, bo tylko oni mają wstęp, a inni uczniowie po prostu boją się przekroczyć daną granicę. Nawet nauczyciele tam nie zaglądają, więc mieli stuprocentową prywatność. Ja szedłem tam po raz pierwszy, wcześniej nawet nie myślałem, by chociażby tam spojrzeć. Maszerowaliśmy dobre pięć minut, aż w końcu przed nami pokazał się pokaźny, opuszczony budynek obudowany dookoła betonowym murkiem. Na ścianach widniały różne napisy, niektóre wulgarne, a niektóre nawet miały sens. Vic zaprowadził mnie do "ogrodzenia", po czym pomógł usiąść, gdyż było ono dość wysokie i sam na pewno nie dałbym rady.
Siedzieliśmy tam do następnej lekcji, Mike co chwilę coś palił, raz papierosa, raz jointa, a później przestałem zwracać na to uwagę, natomiast ja z moim chłopakiem mieliśmy chwilę dla siebie, chwilę na okazywanie uczuć. Młodszy Fuentes bez przerwy zwracał nam uwagę, że nie chce oglądać gejowskiego porno, że odgłosy, które słyszał wczoraj wieczorem całkowicie mu wystarczają, ale my wykorzystywaliśmy każdą możliwą okazję, by pokazać jak bardzo się kochamy.
Lekcje mijały powoli, siedziałem na biologii, profesor znowu tłumaczył jakieś choroby, nie za bardzo go słuchałem, byłem raczej skupiony na rysowaniu różnorodnych szlaczków na kartce. Nagle poczułem wibracje w kieszeni.
Matty: Kellin, możemy porozmawiać?
Kellin: Nie mamy o czym.
Matty: Proszę, poświęć mi chociaż 5 minut, a wszystko Ci wyjaśnię.
Kellin: Ugh, zgoda. Masz 5 minut po tej lekcji. Z zegarkiem w ręku, Mullins.
Nie odpisał.
Po dzwonku, czekałem na niego pod stołówką. Wcześniej jeszcze oznajmiłem Victorowi, że na tej przerwie się nie spotkamy.
- Kellin.
Za mną ujrzałem rudzielca. Jego twarz wykazywała wiele emocji, głównie determinację i niepewność.
- Słucham. - skrzyżowałem ręce na torsie.
- Nie wiem od czego zacząć - mruknął.
- Też nie wiem, ale masz pięć minut. Tak tylko przypominam. - oznajmiłem z wrednym uśmieszkiem.
- Ta cała sprawa z Katelynn... to nie było tak. My, my nie uprawialiśmy seksu, ale pewnie tak pomyślałeś. Ona po prostu uciekła od Jordana, który ją uderzył, a jako, że znamy się trochę czasu to przyszła do mnie. A później ty zastałeś nas w takiej niewygodniej sytuacji i nawet nie dałeś tego wytłumaczyć.
- Mówisz serio?
- Oczywiście, nie mógłbym się z nią przespać, bo... bo ja jestem gejem, Kellin.
Otworzyłem szeroko usta. Nie, w życiu bym o tym nie pomyślał. A on mi nic nie powiedział na ten temat. Być może zwaliłem całą tą sprawę z Kate, przesadziłem, za bardzo dramatyzowałem. Chociaż mogłem trochę pomyśleć, pogłówkować, a bym na pewno wpadł na to, że Fish bije Kate'y. Nawet mi jej szkoda, a ja, jak ostatni debil, poleciałem wyśpiewać wszystko Jordanowi.
- R-rozumiem. Przepraszam.
Nie umiałem spojrzeć mu w oczy, po tym co mu zrobiłem.
- Jest jeszcze jedno.. Podobasz mi się od dłuższego czasu, myślę, że cię kocham, Kells.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)