The new one...
czwartek, 30 lipca 2015
Four (Austlan)
- Do Niderlandów. - podsunąłem.
- Tak, do Niderlandów. I co? To tysiące kilometrów stąd! Nawet jeszcze nie widziałeś wszystkich atrakcji! Chcesz tak po prostu wyjechać?
- Tak. Tu jest okropnie, ale ty nie możesz tego zrozumieć. Pakuj resztę rzeczy, za godzinę mamy samolot.
Andy z wyraźnym niezadowoleniem dokończył pakowanie, a ja byłem dumny, że postawiłem na swoim. Prosto było go zdominować, bo, nie oszukujmy się, to ja miałem ten władczy charakter. To ja bylem mózgiem wszystkich operacji.
**
Moje podekscytowanie sięgało zenitu, nie potrafiłem wysiedzieć w miejscu. Wiele razy pani za mną zwracała mi uwagę, niby uderzałem tyłem fotela o jej twarz. Swoją drogą, chciałbym to zobaczyć, bo niemiłosiernie mnie denerwowała. Poza tym, nie mogłem od tak nad tym zapanować! Nie mam ADHD ani nic, po prostu kto siedziałby spokojnie ze świadomością, że za chwilę wyląduje w Holandii? Spełni jedno z wielu marzeń? Ech, odpowiedź jest zbyt prosta, a brzmi ona: nikt. Więc pani grzecznie zajmie się tym paskudnym pokładowym jedzeniem i pozwoli mi wywiercić jebaną dziurę w fotelu.
Chmury płynęły spokojnie po niebie, ale nie było czasu na zwracanie na to uwagi. Właśnie zaczynał się mój ulubiony moment - mianowicie turbulencje związane ze zbliżającym się lądowaniem. Stewardessa przez mały mikrofon oznajmiła pasażerom, żeby zapięli pasy bezpieczeństwa, co oczywiście zrobiłem, choć czułem wymiociny wędrujące ku drodze na wolność. Andy wciąż spał, jego nie ruszyłoby nawet trzęsienie ziemi, co z jednej strony jest całkiem śmieszne, więc i jego musiałem zabezpieczyć.
Za oknem zalśniły jaskrawe światełka i pilot zaczął zniżać lot samolotu, przy czym zawsze mam wrażenie, że zaraz staniemy w płomieniach oraz rozbijemy się o podłoże. Na szczęście, moje "wrażenie" nigdy nie ujrzało światła dziennego, dzieki czemu wciąż żyję. Dziękuję za to komukolwiek, kto tam urzęduje nad nami.
Za pół godziny dotarliśmy do lotniska. Stałem w wielkim holu pełnym ludzi, kręcących się w kółko. Pewnie szukali swojej rodziny, przyjaciół, czy kogoś znajomego, kto mógłby pomóc im ze odnalezieniem się w nowym środowisku. My nie mieliśmy tu nikogo, więc od razu ruszyliśmy po bagaże, a następnie do wyjścia. Momentalnie uderzył nas chłodny wiatr. Co za wspaniałe uczucie! Moje włosy pofrunęły na wszystkie strony świata, a ja nieudolnie starałem się je ułożyć. Po chwili jednak zrezygnowałem, były nie do ogarnięcia.
Do Haarlem trafiliśmy późną jesienią, to dlatego temperatura dała o sobie poznać w taki sposób. Ciekawa zmiana - najpierw upał na Hawajach, teraz nieprzyjemny chłodek. Ludzie zapewne patrzyli na nas jak na idiotów, ale nic dziwnego, kto normalny na taką pogodę zakłada krótkie spodenki. Ha, już widzę to przeziębienie! Ale, szczerze, opłacało się, choć nie mamy nic na przebranie. Nie spodziewałem się, że tydzień później polecimy tutaj. Andy również. Planem było przesiedzieć całe dwa tygodnie w cieple, jednak wyszło inaczej. Nie pomyślałem, by wziąć jeansy, a tym bardziej kurtkę. Najwyraźniej trzeba będzie zrobić większe zakupy.
Wzrokiem odnalazłem coś na podobieństwo taksówki.
- Dobra, nie mamy nic, jedynie zarezerwowany pokój w hotelu. Musimy jechać do sklepu. Po jakiemu tutaj gadają?
- Skąd mam wiedzieć - warknął w odpowiedzi - ty jesteś wszechwiedzący, poradzisz sobie.
- Masz rację.
Obdarzyłem go ironicznym uśmiechem i pociągnąłem do auta. Kierowca zapakował nasze walizki do bagażnika, a my usiedliśmy na tylnych siedzeniach. Cholera, jaki tu obowiązuje język... Żałuję, że tego nie sprawdziłem przed przyjazdem. Trochę słabo.
Mężczyzna usiadł za kierownicą, silnik już pracował, więc spojrzał w lusterko oraz zapytał:
- Wanneer mannen falen?
Kurwa mać, jesteśmy w kropce.
Biersack spojrzał na mnie z rozbawieniem, a ja potarłem dłońmi twarz.
Nic nie zrozumiałem? W dodatku powiedział to tak niewyraźnie, że nie było szans na jakiekolwiek porozumienie między nami.
- Pomóż mi. - szepnąłem do chłopaka.
Skinął głową i wziął sprawy w swoje ręce. Poczułem jak kamień spada z mego serca oraz roztrzaskuje się na dnie mojej klatki piersiowej. Przynajmniej się nie zbłaźnię!
- Ty zawieść nas do najbliższy sklep z ubraniem - usłyszałem.
Mężczyzna odwrócił się w naszą stronę. Miał ciemne włosy ułożone w tak zwany hełm (bardzo popularny w Ameryce), ale on wyglądał inaczej niż wszyscy. Lepiej. Oczy koloru jasnego piwa patrzyły na mnie w niesamowity sposób, jak żadne inne. Jego spierzchnięte usta wygięły się w dziwnym uśmiechu, przez co malutki strumyczek krwi z dolnej wargi popłynął po jego brodzie. Dłoń zacisnął na schowku za skrzynią biegów, umożliwiając mi zobaczenie tatuaży na długich palcach, jednak nie zdążyłem przeczytać co mówiły. Miał na sobie lekko zniszczony golf, oblaźnięty przez białe włoski, pewnie należące do jakiegoś zwierzaka.
Byłem pewny, że na mojej twarzy widniał karmazynowy rumieniec. Cóż za przystojny kierowca.
- Jak sobie panowie życzą. Jeden kurs do najbliższego sklepu odzieżowego. - powiedział.
Haha, ale jaja, on mówi po angielsku! Moje przeczucie mnie nie zawiodło. Lepiej było oddać pałeczkę Biersackowi. Słyszałem to ciche westchnięcie z jego strony i on doskonale o tym wiedział. Zaśmiałem się triumfalnie.
Nasz związek był cholernie toksyczny. Bo, która normalna para za wszelką cenę próbuje sobie nawzajem dopiec? Kto normalny podpuszcza swojego partnera? Cieszy się z jego nieszczęścia, a jednocześnie nie wyobraża sobie życia bez niego? My normalni nie byliśmy, ale to nakręcało całą zabawę.
Samochód ruszył, małe radyjko wypełniało swą powinność, grając jakieś piosenki. Zawzięcie obserwowałem zmieniające się budynki, to miasto nie wyglądało tak, jak oczekiwałem - była to bowiem zwykła miejscowość. Czułem, jakbym w ogóle nie wyjechał z USA.
**
Sklepy również nie wyglądały jakoś wyjątkowo, wszystko to samo, co w Ameryce. Kupiliśmy cieplejsze ubrania, a pod wieczór już siedzieliśmy w naszym pokoju, oglądając telewizję. Myślami byłem nieobecny, ciągle wracałem wspomnieniami do tego tajemniczego kierowcy. Ciekawe czy jeszcze kiedyś go spotkam...
Była chyba dwudziesta czwarta jak usnąłem, te strefy czasowe są pojebane. Mimo wszystko zapowiada się ciekawie.
_
Alan zabezpiecza Andrzeja, hehe.
Mam nadzieję, że się podobało.
Tak btw albo nie btw to strasznie rozczarowuje mnie ilość komentarzy. Widzę, że sporo osób to czyta, więc może jakąś motywację? Cokolwiek?
No nic, do następnego!
czwartek, 16 lipca 2015
Three (Austlan)
Złapałem Biersacka pod rękę, odnalazłem mój bagaż i sprawnie ruszyliśmy do przodu.
Ciekawe czy rodzice w ogóle zauważyli, że mnie nie ma.. Pewnie nie, ale cóż, mają ważniejsze sprawy na głowie niż ich własny syn. Chyba to jakoś przeżyję.
Wziąłem głęboki wdech. Ach, jakie czyste powietrze! Nie było tu prawie żadnych aut, od lotniska zobaczyliśmy ich ze cztery. Miła odmiana, wreszcie mogę usłyszeć własne myśli, a nie mruczenie samochodów.
- Który to? - zapytałem.
Przed nami stały trzy ogromne budynki i gdyby je połączyć, powstałaby niezwykle urokliwa twierdza. Pomarańczowa cegła jedynie dodawałaby tego nastroju, jakby wyrwano ten zamek prosto ze średniowiecza. Haha, już to sobie wyobrażam! Chętnie bym tam zamieszkał. A najchętniej z moim księciem.
- A wiesz, że nie mam pojęcia?
Jedynie przewróciłem oczami, a następnie ruszyłem do środka jednej z budowli. Gdy tylko zobaczyłem recepcję, szybko acz z gracją popchnąłem Andy'ego w jej kierunku. Przecież nie mogę wszystkiego załatwiać! Przyleciałem tu, by wypocząć, by mój mózg wreszcie odpoczął od ciągłego spiskowania i myślenia. Niech chłopak trochę popracuje, nie będę się do tego mieszał. W końcu to moje wakacje.
Niepewnie skierował ruchy w stronę nieszczęsnej recepcji. Wyraźnie widziałem zakłopotanie wypisane na jego bladej twarzy.
- No dalej. - powiedziałem sam do siebie.
Czasami wciąż zadziwia mnie nieśmiałość, ha, wielka nieśmiałość, u dorosłego człowieka, w dodatku z wyglądem Biersacka. Bo nie powiedziałbym, że "chodzące zło" jego pokroju może być nieśmiałe. Myślę, iż nikt by tak nie powiedział. Tymczasem on ma poważne problemy z poznawaniem nowych ludzi. Ech, kiedyś mu przejdzie. Nie może wiecznie trwać w tych samych kontaktach, osobiście zwymiotowałbym widząc codziennie te same twarze. Każdy normalny człowiek powinien zawierać nowe znajomości, im więcej ich jest tym lepiej, zawsze jakoś się przydadzą.
Ja natomiast stanąłem przy niezwykle urokliwej fontannie na środku holu. Ten hotel wygląda mi bardziej na francuski, a nie hawajski. Wyobrażałem sobie raczej kwiaty i na wpół rozebranych mężczyzn z idealnie wyrzeźbioną klatką piersiową, czy tam brzuchem, jak kto woli. Wyobrażałem sobie uśmiechy wymalowane na buziach małych dzieci, matki uspakajające swe pociechy, by przestały krzyczeć i takie tam. Jednak miałem okazję patrzeć na wyrafinowanych biznesmenów w garniakach oraz ich sztucznie uśmiechnięte żony. Właśnie od takiego środowiska uciekam! Nie no, muszę sobie pogratulować wyboru, brawo Alan, jesteś kurwa geniuszem. Mistrzem w tym co robisz. Szkoda, że mistrzem bez mózgu. Ale ten tydzień czy dwa to się przemęczę, nie? Nie po to wydałem pieniądze żeby teraz marudzić. Stało się, trzeba przeżyć i cieszyć się każdą chwilą, bo po powrocie nie będzie tak różowo.
- Co z tego, że Hawaje to kolonia należąca do USA, i tak nie potrafiłem się z nimi dogadać. - oznajmił zmarnowany Andy, na co odpowiedziałem śmiechem.
- Pokój numer..?
- Sto osiem. Nie wierzę, że wybrałeś położony tak wysoko, przecież masz lęk wysokości. Zaskakujesz mnie z każdą kolejną sekundą!
"Haha, ja siebie też.", pomyślałem. Najwyraźniej moje wymarzone wakacje będą albo jedną wielką klapą albo pokonywaniem własnych słabości. Obstawiam to pierwsze.
- No to chodźmy. - westchnąłem bezsilnie.
Po prostu chciałem pójść spać. Byłem wykończony prawie całodzienną wycieczką przez chmury, teraz jeszcze widokiem nadmiernie pewnych siebie, bogatych (tak zakładam, a ja się nie mylę) ludzi. Chciałem odpocząć od tego wszystkiego.
Gdy już tak staliśmy w windzie, pomyślałem, że może nie będzie tak źle. Przecież nie muszę się odzywać do tych wszystkich bufonów, a może nawet poznam kogoś godnego mojej uwagi. I choć nie pora o tym myśleć to chciałbym wyjechać gdzieś indziej. Nie Hawaje, ani żadna z kolonii, zastanawiałem się bardziej nad Europą, jakimś antycznym miastem z ciekawą przeszłością. Ach, byłoby tak pięknie!
Pięć minut jazdy windą później, byliśmy już na samym szczycie, tuż przed naszym pokojem. Od samego początku kręciło mi się w głowie, ale siedziałem cicho, bo to również ma być miły czas dla niego. Nie będę narzekać jak jakaś nastoletnia dziewczyna! Jestem przecież prawie dorosłym mężczyzną. Muszę się zachowywać.
Po otworzeniu drzwi od razu pobiegłem do sypialni.
- Nie przeszkadzaj mi! - krzyknąłem tylko i zatrzasnąłem się w środku, że aż szyba prawie wyleciała.
**
- Nudy. - ziewnąłem, jednocześnie patrząc na półnagie kobiety uczestniczące w jakiegoś typu tańcu egzotycznym. Gdybym chciał striptiz, w dodatku damski, co prawdopodobnie w tym życiu się nie stanie, to zamówiłbym tancerki do domu, które zrobiłyby to milion razy lepiej, a tutaj mam w cenie marne wyginanie biodrami. Żenada.
Coraz bardziej ten kutort odrzucał mnie od siebie, aniżeli zachęcał. Nawet napić się drinka nie mogłem, musiałem błagać Andy'ego, by mu kupił. Traktowali mnie tam jak bachora, cholera, mam siedemnaście lat!
**
A najgorsze, że przed ten tydzień nikt nie uznał mej dojrzałości. Został jeszcze jeden i nie wiedziałem jak dam radę. Ten hotel wprowadzał mnie w furię.
Mam to gdzieś, wyjeżdżam jak najprędzej! Nie zniosę tego dłużej.
Zacząłem pakować ubrania do walizek, moje i Biersacka.
- Gdzie jest mój laptop.. - wymruczałem.
Leżał zakopany pod toną bluzek oraz bielizny. Szybko go chwyciłem. Jego tępo przypominało tępo ciężarnej słonicy, więc uruchamiał się z dobre pięć minut.
W wyszukiwarkę wpisałem byle jaki kościół gotycki. Osobiście wielbię ów klimaty gotyckie, więc chętnie zwiedziłbym taki kościółek.
Podróże, podróże i jeszcze raz podróże! To mnie kręci, to chcę robić w życiu, to moja pasja i szczerze, lepiej wybrać nie mogłem.
Zakupiłem bilety do Haarlem. Cóż, muszę oznajmić Andy'emu, że wyjeżdżamy spełniać me dziwne marzenia!
___
Wreszcie długi żeby każdemu odpowiadał, i nawet fajny. Wyszedł mi, jestem z siebie dumna, takie bezwenie i bum, stworzyłam coś, co można przeczytać.
Rozdział dedykuję promyczkowi Martynce - nie przejmuj się, w końcu znajdziesz ten gotycki kościółek X""D
wtorek, 9 czerwca 2015
"I can't live without you" Jalex
- Nie mogę spędzać z tobą czasu, bo bez przerwy piszesz z tą szmatą!
- Wyluzuj, inaczej się umawialiśmy. I nie nazywaj jej szmatą.
- Umowa umową, a ja cię kocham!
Tutaj Alex już nie odpowiedział. Usiadł na sofie, podrapał głowę pełną niebieskich włosów, a ja wyszedłem na zewnątrz. No kto by pomyślał? Szybko wyciągnąłem telefon i napisałem do Zacka.
- Wychodzę. - oznajmiłem oschle, po czym zatrzasnąłem drzwi domu Gaskartha.
Co za dupek! Nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Powinien liczyć się z moimi uczuciami. Powinien uważać na to, co mówi. Powinien odwzajemniać moje uczucia.
Ale to nie takie proste. Nic już nie jest proste. Mieliśmy się spotykać, gadać, kochać. Dla niego to nic, a ja wsysałem każdą naszą chwilę do serduszka, jakbym był gąbką. Gąbka uczuć, haha.
Cały czas szedłem prosto, nie patrzyłem na boki, udawałem, że wcale nie widzę tych natrętnych fanek za mną. Naprawdę kocham moich fanów, ale dzisiaj nie miałem ochoty oraz humoru podpisywać zdjęć czy odpowiadać na ich wścibskie pytania. Po prostu nie dzisiaj.
Przyśpieszyłem kroku, gdy tylko zobaczyłem pokaźniej postury chłopaka. Najchętniej bym go przytulił, ale wiem, że mu się podobał, a nie chcę dawać mu nadzieji, bo kocham tylko Alexa. Tylko do niego należy moje gąbczaste serce, tylko z nim chcę tworzyć związek. Dlaczego on tego nie rozumie? Wiem, to trudne, on ma teraz narzeczoną, której, swoją drogą, nie toleruję. Posiadamy tyle wspólnych fotografii, często dzielimy pokój hotelowy, aktualnie nawet faceta.
Chciałbym go na własność.
Więc dlaczego on tego nie rozumie?
Dlaczego nie może mnie kochać, tak mocno jak ja kocham jego?
_____
Szybki, przyjemny (albo nieprzyjemny, jak dla mnie bolesny). Jalex po tak długim czasie :)))
W sumie miałam tu nie powracać, ale miałam ogromną potrzebę dodać jakiegoś Jalexa tak mocno! Chyba wybaczycie mi moje niezdecydowanie, prawda?
No i być może zacznę tu kolejne opowiadanie (niczego nie obiecuję), zobaczę na co pozwoli mi czas i Geralt.
Dzięki, że ze mną jesteście.
środa, 28 stycznia 2015
"Where did you hide?" One Shot
Ok, co ja tu robię przed 16 komentarzami - nie wiem. Ale za to przynoszę ze sobą shota, którego nie umiało mi się napisać. W każdym razie, dodaję go, byście nie czekali miesiąc na główne opowiadanie. Chociaż pewnie i tak będziecie.
__________
Gerard ruszył pewnie przed siebie, założył czarny kaptur, by ludzie nie rozpoznali jego twarzy. Czuł się trochę jak uciekinier, przecież ze swojego pokoju wyszedł przez okno, trafił na mały balkonik, skąd wydostał się drewnianą drabiną. Lubił to dziwne uczucie płynące w jego krwi, tętniące w jego żyłach. Lubił adrenalinę, jaką dostarczał mu Frank. Miał wtedy wrażenie, że może wszystko. Miał wrażenie, że jest coś wart, że Iero go potrzebuje, że go kocha.
Przemierzał kolejne ulice z narastającym podnieceniem, za sobą ciągnął małą, czarną walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, jakie w pośpiechu spakował. Nie miał dużo czasu, musiał jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Dłużej nie wytrzymałby tego napięcia.
Stawiał coraz mniej pewne kroki, co sprawiło, iż wyglądał niczym mała, bezbronna dziewczynka, cała przestraszona. Uspokajająco odgarnął czarne pasma włosów umiejscowione na jego twarzy. Wziął kilka głębokich wdechów, otarł gorące łzy, które powoli spływały po jego bladej skórze. Nie był pewien czy robi dobrze. Nie był pewien uczuć do Franka. Niczego nie był pewien.
Znowu się zaczynało. Jedno głupie ziarenko niepewności zasiane w umyśle Way'a doprowadzało chłopaka do istnego szaleństwa. Plątał się we własnych myślach jak mucha w pajęczynie, nie mógł zapanować nad uczuciami. Każda najmniejsza czynność sprawiała mu więcej niż kłopoty. Ciągle przegrywał tą jakże nierówną walkę.
Ale to się teraz nie liczyło. Musiał uciekać... musiał ponownie znaleźć bezpieczne ramiona swego ukochanego.
Ścigali go. Czuł ich obecność. Czuł, że są tuż za nim.
Ucieczka jednak nie była moim najlepszym wyborem, pomyślał, gratuluję, jak zwykle spierdoliłeś. Mogłeś zostać, w końcu by cię wypuścili. Mogłeś przeczekać.
Oczywiście - mógł. Lecz przeznaczenie chciało inaczej. Chciało, by czarnowłosy uciekł od swoich oprawców.
Gerard nie wierzył w przeznaczenie. Wierzył tylko i wyłącznie w miłość. Miłość łączącą dwie ważne dla siebie osoby. Wierzył we Franka. Ślepo wierzył w ocalenie z jego rąk. Zakrwawionych rąk.
Biegł prosto, walizkę przerzucił przez ramię, oddychał ciężko. Usłyszał szmer, a później paskudne przekleństwo.
- Szybciej. - wysapał. - Nie poddawaj się teraz. Jesteś tak blisko.
Faktycznie był. Zza mgły dostrzegł domek otoczony zielonym płotem. Pamiętał czasy, gdy przechodził przez niego ze szczerym uśmiechem na twarzy, ze splecionymi palcami, jego i Franka. Z nadzieją. Wtedy jeszcze nie wiedział o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Dla niego moment trwał wieczność, chciał by ów moment nie kończył się nigdy. Chciał szczęścia, którego nigdy nie zaznał. Uważał, iż szczęście nie jest dla niego. Zmienił zdanie po poznaniu pana Iero. Spotkał go w księgarni, niby banalne miejsce do poznania miłości swojego życia.
***
Przeglądał spokojnie ulubione komiksy, poświęcał im całą uwagę. Czytanie było jego pasją oraz jedyną rzeczą jaką uwielbiał. Niektórzy próbowali odciągnąć Way'a od - według nich - bardzo niezdrowego hobby. Czytał dzień i noc, bez przerwy, a rodzina najzwyczajniej w świecie się martwiła. Mikey, brat Gerarda, był bezsilny, starał się przemówić starszemu do rozsądku, ale ten nie chciał słuchać. A gdy przestudiował już wszystkie dostępne książki, pierwszy raz od dłuższego czasu, wyszedł na miasto w poszukiwaniu czegoś nowego, intrygującego. Tak właśnie trafił tutaj, do sprawdzonej księgarni, gdzie wcześniej kupował. Miał tu znajomego sprzedawce, ufał mu jako jedynemu w sprawach komiksów.
Ponownie sprawdzał czy upatrzony przedmiot nie jest podrapany, pognieciony, porysowany. Mężczyzna stojący obok zaczął się niecierpliwić.
-Długo jeszcze? - zapytał.
Gerard spojrzał na niego, ale milczał.
- Też chciałbym to obejrzeć, co skutecznie mi utrudniasz. - kontynuował.
Tym razem Way popatrzył prosto w oczy nieznajomego. Miał zielone tęczówki, a z jego wzroku wynikało naprawdę wiele rzeczy. Gee zwyczajnie zaintrygował się obcym.
-Jestem Gerard. - oznajmił, wyciągnął rękę na znak powitania.
-Frank. - odwzajemnił uścisk.
***
Tracił siły, a banda morderców wciąż go ścigała. Pot lał mu się z czoła, a słony płyn nadal ciekł z jego oczodołów. Płakał z bezsilności jaka go ogarnęła. Nie mógł zrobić nic, co uratowałoby i jego i bruneta. Jedyne co pozostało to poddać się, pogodzić z takim, a nie innym losem.
Przestał biec.
-Macie mnie! - krzyknął przez łzy. - Już nie uciekne!
- Pies cię chędożył, gówniażu, ileśmy się nabiegali. - powiedział najwyższy z nich wszystkich, jednocześnie łapiąc czarnowłosego za ramię. Zacisnął na nim palce, powodując cichy syk u Gerarda. - Idziemy.
Założyli mu worek na głowę, nie widział gdzie idą. Czuł jedynie skręcający trzewia strach. A później mocne uderzenie w głowę.
*
Stracił przytomność, ale doskonale poznał miejsce, gdzie był. Sypialnia. Dwuosobowe łoże, aksamitna pościel, obrazy dekorujące ściany, duże okno. Znał to miejsce doskonale. Bywał tu wiele razy.
Nagle wspomnienia powróciły, każdy pocałunek, jaki mu skradł, każda łza, jaką uronił, każdy uśmiech, którym go obdarowywał. Każde słowo, jakie skierował ku niemu. Tęsknił, cholernie bardzo, oddałby wszystko, by ostatni raz go ujrzeć, pożegnać się, pocałować. Chciał niemożliwego, przecież skoro Gerard znajdował się tu, a nie gdzieś indziej to Frank albo nie żyje, albo cierpi katusze przez tych bandytów.
Way nienawidził ich z całego serca. Zniszczyli to, na co długo pracował. Zniszczyli jego marzenia.
Tak naprawdę, prawie ich nie znał. Pojawili się niespodziewanie. Nikt ich nie wyczekiwał.
Zaczęli wysyłać groźby, paczki z dziwnymi zawartościami. Iero wiele razy zastanawiał się nad zgłoszeniemtego na policję. Gerard nalegał, by zaczekać. Był pewien, że przestaną.
Po roku prześladowań, następne wydarzenie rozwiało wszelakie wątpliwości. Czarnowłosy niechętnie o tym myślał.
Drzwi naprzeciwko skrępowanego chłopaka lekko się uchyliły, a stanął w nich Mikey Way. - Gerard... - szepnął.
- Mikey...
-Nic nie mów, nie wiedzą, że tu jestem.
-Co tu w ogóle robisz? Miałeś się nie mieszać.
-Jak mogłem siedzieć bezczynnie i patrzeć jak mój brat ucieka przed śmiercią? - delikatnie się uśmiechnął, poprawił włosy Gerarda. - Nieważne. Przyniosłem ci trochę wody, napij się, a ja w między czasie oczyszczę twoją ranę na skroni.
Gee nawet nie wiedział, że taką posiada. Mikey zmoczył gazę w jakiejś cieczy, następnie przyłożył materiał do głowy Waya, który stęknął nieznacznie. Musiał być cicho, skoro dla niego już za późno, wciąż mógł uratować brata. A przynajmniej umrze próbując.
Gdy głowa Gerarda była całkowicie czysta, a picie wypite, smukła postać mężczyzny zaczęła się oddalać.
- Mikey, czekaj. Frank żyje? - starszy zapytał najciszej jak potrafił.
Chłopak chwilę się zawachał.
-Żyje. - odparł zmieszany, na co Way wypuścił powietrze trzymane w płucach. - Akurat gdzieś wychodził, a tamci poczekali aż się ulotni.
-Tamci? - ktoś zapytał. - Słyszeliście? Nasz uroczy chłoptaś nas zdradza! - ta sama tonacja.
Kilka innych głosów zawtórowało obrzydliwym, końskim rżeniem. Czarnowłosy żałował, że miał związane ręce i musiał słuchać dzikich odgłosów. Czuł się jak w stajni wśród nieokrzesanych ogierów.
Zbir potężnej postury chwycił Mikey'a za kark, agresywnie podciągnął szyją do góry, by skurczone ciało chłopaka stało się proste. Trochę niższy pomocnik wyjął zgrabny sztylet z cholewy, Gee widział w nim swoje odbicie, jednocześnie próbując uratować braciszka. Niepotrzebnie. Kilka sekund później młodszy Way zwijał się w kałuży swojej własnej krwi, lecącej z jego przeciętej tętnicy szyjnej.
Gerard wrzasnął.
Miotał się, wściekle szarpał kończynami, chciał wszystkich zabić. Chciał zabić tych, którzy odebrali mu brata. Chciał zabić bez mrugnięcia powieką.
Chciał zemsty.
-Czas na ciebie. - mruknął jeden z oprawców.
Kruczoczarne włosy latały po całym pokoju, uderzały w twarze pochylonych mężczyzn. Way nie dawał łatwo za wygraną, głównie gryzł, bo miał ograniczone ruchy.
Nie zostało mu już nic. Frank zaginął, brat umarł, rodzice zginęli, został całkowicie sam. Po co żyć?, pomyślał.
Po co cierpieć z powodu utraty najbliższych?
Po co starać się cokolwiek robić?
Nie walczył już.
Siedział z zamkniętymi oczami, po bladym, podrapanym policzku spłynęła pojedyncza łza. Był gotowy. Czekał na cios.
Który nie nadszedł.
Zaczął powoli podnosić powieki, rozglądać się po pomieszczeniu. Na podłodze leżało ciało Mikey'a oraz wszystkich porywaczy. Na około rozlana była krew. Mimowolnie zaczął płakać. Jednak żyję, pomyślał. Jednak się udało, jednak ocalałem. Tylko... jak?
Do pokoju wszedł nikt inny jak Frank Iero.
- Frank... - zaszlochał.
- Gee, tęskniłem.
Brunet rozwiązał Gerarda, a następnie mocno do siebie przytulił.
- Już nigdy cię nie zostawię, już nigdy.
niedziela, 25 stycznia 2015
Two (Austlan)
Stałem spokojnie przy drzwiach odpisując znajomym na wiadomości. Żyłem w przekonaniu, że to ja potrafię najdłużej się szykować, jednak od czasu związku z Andy'm zostaję ciągle utwierdzany w przekonaniu, iż moje zdanie było co najmniej mylne. Czekałem już półtorej godziny, przecież na zegarku widniały następujące liczby: 17:30. Po tak długim czasie moje nogi miały dość. W dodatku nie wiedziałem gdzie ów konfident mnie zabiera. Znowu jakaś impreza? Spotkanie ze znajomymi? Kto wie, chociaż osobiście posiedziałbym w domu, obejrzał jakiś film i tym podobne. A jednak najchętniej pojechałbym na te głupie wakacje. Chwila... Rodzice siedzą zapracowani w biurze, Andrew mieszka sam. Na mnie nie zwracają uwagi. Gdyby tak, spakować rzeczy, kupić bilet i wyjechać w cholerę daleko?
- Kochanie - zacząłem. - Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
- Alan, proszę cię, szukam telefonu, nie przeszkadzaj.
- Masz w kieszeni, idioto. - mruknąłem. - A teraz mnie wysłuchaj, bardzo uważnie, tak, wiem, że masz z tym problemy.
Nie odpowiedział.
- Wyjedźmy gdzieś.
-Dobrze wiesz, nie mamy funduszy.
- Ja wszystko załatwię, niech się twoja piękna główka o to nie martwi.
-Ok, nawet jeśli się uda, to gdzie?
- Nie wiem. - powiedziałem. - Myślałem nad Anglią, Europą. Masz ukończone osiemnaście lat, na spokojnie możesz zarezerwować jakiś hotel. Ja będę tak jakby pod twoją opieką. Patrz co za paradoks, będziesz moim opiekunem.
- Bardzo śmieszne. - mruknął.
- Wiem. - odparłem ze śmiechem. - To jak?
- Zgoda.
-Cudownie. - wygiąłem kąciki ust w zwycięskim uśmiechu.
Podszedłem do chłopaka, stanąłem na palcach.
Przerzuciłem swoje ręce przez jego ramiona, wargami odkryłem śnieżnobiałe zęby. Andy oddychał szybko, jakby był odrobinę zestresowany, jego tęczówki pociemniały, źrenice powiększyły się. Czas stanął w miejscu, każda chwila zbliżenia powodowała coraz większe pożądanie, a nawet nie złączyłem naszych ust. Trwaliśmy w bezruchu patrząc sobie w oczy. Ostatecznie postanowił brutalnie naprzeć swoje, spierzchnięte usta na moje, delikatne i malinowe. Poruszaliśmy nimi w zgodnym tempie, bez pośpiechu. Dłońmi odnalazłem jego czarne włosy, owinąłem je wokół palca oraz pogłębiłem pocałunek.
Wszystko szło świetnie, gdyby nie irytujące pukanie w ramię.
"Alan, wstawaj!"
Leniwie rozchyliłem powieki. Czyżby to było tylko... snem?
- Wstawaj, śpiąca królewno.
Milczałem, wciąż pocierałem brązowe oczy.
- Która godzina?
- Późna, przespałeś nasze plany, a myślałem...
Nikt nigdy nie dowiedział się co myślał Biersack, nawet nie było takiej potrzeby. Skutecznie przerwałem mu dokończenie zdania pocałunkiem, takim jak wcześniej w mojej wyobraźni, a Andy był wyraźnie zadowolony z takiego obrotu sprawy. Podświadomość dawała mi pewnego typu znaki, z tym wyjazdem to wcale nie taki głupi pomysł. Przynajmniej mogło się udać.
*
Do domu wracałem spokojnym krokiem, po drodze mijając kolejnych przechodniów, którzy witali moją osobę. Oczywiście na wszystko odpowiadałem, bo jak syn prezydenta ma czelność nie odpowiadać na przywitania. Ojciec straciłby władzę, ja pieniądze, a jak powszechnie wiadomo bez nich ani rusz.
Przemierzałem kolejne ulice spokojnym, zdecydowanym krokiem. Wiatr rozwiewał mi rude pasma włosów, które trafiały na twarz. Głównie zostawały zdmuchiwane bądź odgarniane. Niestety okazało się, iż to syzyfowa praca, ja - lekko już poirytowany - miałem dość niekończącego się poprawiania kasztanowych włosów. Chciałem najszybciej dotrzeć do domu, spakować walizki, zarezerwować bilet i ponownie wrócić do Andy'ego. Chłopak pewnie również się pakuje, był bardzo podekscytowany wizją wyjazdu gdziekolwiek ze mną. Nie dziwota.
Wreszcie zobaczyłem duży, biały dom oraz dwa auta na podjeździe. Przekroczyłem bramę, kluczem otworzyłem drzwi. Pewny siebie wszedłem do budynku. W salonie zauważyłem postacie siedzące na sofie, wgapione w telefony. Od razu je poznałem - Jody i Dean udzielali się na portalach społecznościowych, zapewne reklamując kampanię ojca. Nie zwracając większej uwagi, sprawnie przemknąłem na górę, do swojego pokoju. Niemal od razu dorwałem pierwszą walizkę, bluzki, koszule, spodnie, bieliznę i tym podobne. Wszystko pięknie upchałem, a następnie odpaliłem laptopa. Wstukałem url strony lotniczej, zarezerwowałem bilety, szczerze, pierwsze lepsze. Zamknąłem oczy oraz na chybił trafił wcisnąłem przycisk "Kup". Wypadło na Hawaje.
__________
16 - następny.
sobota, 10 stycznia 2015
One (Austlan)
Aktualnie popijałem jakże niezdrowego - według mojej mamy - energetyka, raz po raz wysyłając głupkowate smsy do kolegów. Nie miałem nic innego do roboty. Poważnie kontemplowałem nad opuszczeniem willi Ashbych, jednak to niemożliwe, aż do ukończenia osiemnastego roku życia. Zresztą bogaty styl egzystencji wcale mi nie przeszkadzał. Dostawałem to, o czym marzyłem, tylko to się liczyło. Posiadałem ładnego chłopaka (tak, posiadałem jest odpowiednim słowem), masę znajomych, no i ogrom pieniędzy, które wydawałem na co tylko pragnąłem. Prawdopodobnie brzmię jak rozkapryszone dziecko, jednak takie są realia. Alan Ashby to najprzystojniejszy jak i najbogatszy mężczyzna w Kaliforni.
- Kochanie, szykuj się, za chwilę mamy sesję zdjęciową. - usłyszałem.
- Nigdzie nie idę, jestem zmęczony wiecznymi wywiadami, sesjami, kto wie jeszcze czym.
- Dobrze wiesz, że to dla ojca bardzo ważne, więc szybko leć do siebie, przebierz się w normalne ubranie i za pięć minut widzimy cię przed domem. - warknęła, stojąc już przede mną, matka.
- Dobra. - mruknąłem, wstałem z wygodniej sofy oraz poszedłem do swojego pokoju na piętrze.
Mieszkałem całkiem nieźle. Wielkie okna umożliwiały mi spoglądanie na szarych ludzi o każdej porze dnia i nocy. Za nimi wybudowany był niewielki balkon do przesiadywania i rozmyślania. W większości spędzamy tam czas z Andy'm późnymi wieczorami.
Czyżbym zapomniał przedstawić mojego chłopaka? Nazywa się Andrew Biersack. Czarne włosy, czarne ciuchy, czasami ciemny makijaż. Chyba to najbardziej mnie w nim pociąga, ten mrok. Rodzice nie wiedzą o tym związku oraz o tym, że jestem gejem. Swoją orientację odkryłem dawno, bo jak miałem piętnaście lat, jednak nic im nie mówiłem. Ojciec chyba by mnie wydziedziczył, a ma ważniejsze sprawy, na przykład rządzenie miastem, podpisywanie papierów, urządzanie bankiecików dla nadętych biznesmenów, ah, żebym ja się na tym znał.
Wyciągnąłem białą koszulę, ciemną marynarkę i jeansy. Cóż, innego stroju nie założę.
- Alan, łaskawie rusz swoje dupsko do auta! - krzyknął ojciec.
Jak on mnie denerwuje.
- No już! - odkrzyknąłem zirytowany.
Najpierw całe dnie przesiaduje w biurze, a gdy wraca, oczekuje ode mnie posłuszeństwa. Tak naprawdę wcale go nie znam. Aż żałuję, że dostałem po nim drugie imię. Jako dziecko wiecznie przesiadywałem na strychu tej pięknej willi, płakałem i tym podobne. Dlaczego? Właśnie przez niego. Inne dzieci miały wspaniałych rodziców, wraz z opiekunami grali w piłkę nożną, koszykówkę, natomiast moi opiekunowie pracowali. Matka pomagała ojcu w ratuszu, zostawiając mnie samego. Nieciekawa sprawa.
Ubrałem na siebie drogie szmaty, po drodze zwinąłem telefon oraz ruszyłem do czarnego vana. Wsiadłem, zapiąłem pasy bezpieczeństwa.
- Pamiętacie jakie panują zasady podczas sesji? - mężczyzna zapytał.
Przypomina je za każdym razem, ale nie, trzeba znowu. To się robi nudne.
- Tak, skarbie, możesz być spokojny. - matka oznajmiła.
- Alan? - ponownie zapytał.
- Tak, trudno zapomnieć, kiedy co tydzień to powtarzasz. - odparłem ugryźliwie.
- Zachowuj się, gówniarzu, jesteś na moim wyżywieniu, pod moją opieką, należy mi się szacunek. - podniósł głos.
Nie odpowiedziałem, co zdecydowanie go ucieszyło. Prowadził auto z tym obrzydliwym, zwycięskim uśmieszkiem. Czekałem tylko, kiedy ów uśmiech zniknie, bo musiałem z nim spędzić kolejne pół godziny.
*
Dotarliśmy na miejsce o czternastej. Weszliśmy do niewielkiego, nowoczesnego budynku. Podeszliśmy do lady, Dean podpisał kilka papierów (tak, mówię do ojca po imieniu), dostaliśmy się do windy oraz wyszliśmy z niej na odpowiednim piętrze. Byłem już cholernie znudzony staniem z boku i patrzeniem na rodziców rozmawiających z jakimś eleganckim mężczyzną. Ustalanie niektórych rzeczy jest monotonne. Najlepsze w tym wszystkim, że nie mogę się wtrącać. Zresztą, i tak wiecznie siedzę cicho, więc to też mi wisi. Ich sprawa, niech robią co chcą.
- Okej, zapraszam. - powiedział w końcu fotograf.
Głośno odetchnąłem. Wreszcie. Jeszcze zostało tylko głupie pozowanie do zdjęć i koniec, czyli tak z dziesięć minut.
Stanąłem obok Jody, przyjąłem maskę zadowolonego syna oraz znosiłem migającą lampę błyskową.
Nim się obejrzałem, starszy mężczyzna nam podziękował. Napisałem smsa do Andy'ego o następującej treści: "Ok, już skończyłem, gdzie się spotykamy?" i niemal wybiegłem z bloku.
Andy: Przyjdź do mnie, planuję coś jeszcze zrobić.
__________
O nie, pierwszy rozdział.
16 komentarzy - następny. Powodzenia, może się wyrobicie do 2016 :\
piątek, 26 grudnia 2014
Epilog (Kellic)
Nadszedł ten dzień. Inni pewnie by się załamali, pozabijali, cokolwiek, jednak ja wstałem. Wypadek wiele zmienił w moim życiu, na lepsze. Gdy już myślałem, że Kellin odszedł, lekarze powiedzieli coś, co podniosło mnie na duchu. Kells przeżył. Naprawdę. Jego organizm jest cholernie silny i mimo licznych głębokich ran czy obrażeń wewnętrznych serce nadal bije. Nie znam się na tym za bardzo. W każdym razie, dzisiaj odbieram go ze szpitala.
Spakowałem kilka potrzebnych rzeczy, mianowicie bluzkę na zmianę dla niego, jakieś perfumy i tym podobne, ubrałem kurtkę oraz wyszedłem. Mike ciągle spał, nic dziwnego, przecież godzina dziewiąta to godzina wczesna. Sam normalnie bym spał, jednak moja misja jest najważniejsza.
Chwilę później znalazłem się w aucie. Szybko odpaliłem silnik, wcisnąłem pedał gazu. Przede mną spora droga.
*
- To jak, wychodzimy? - zapytałem.
- Chętnie. - mruknął, jednocześnie mnie przytulając. - Nawet nie wiesz jakie obrzydliwe jedzenie tu podają.
- Domyślam się. - odparłem ze śmiechem, trzymając go jeszcze mocniej.
Cholera, brakowało mi tego. Teraz raczej wszystko będzie w porządku. Mam u boku wspaniałego mężczyznę, którego kocham, najlepszego brata na Ziemi i troskliwych przyjaciół. Życie nabrało sensu dzięki Kellinowi. Dziękuję za to Bogu.
__________
Koniec, dziękuję za czytanie, komentowanie, bla bla. Po prostu dzięki.
To już moje drogie skończone opowiadanie, jestem w szoku, że ktokolwiek to czytał, omg.
Robię sobie tutaj przerwę, ale w między czasie będę tu: <KLIK>, więc jeśli chcecie to wchodźcie śmiało, zapowiada się ciekawie :/
Jeszcze raz dzięki, widzimy się za 16 komentarzy, czyli jak dobrze pójdzie to za kilka tygodni.
Luv.