piątek, 26 grudnia 2014
Epilog (Kellic)
Nadszedł ten dzień. Inni pewnie by się załamali, pozabijali, cokolwiek, jednak ja wstałem. Wypadek wiele zmienił w moim życiu, na lepsze. Gdy już myślałem, że Kellin odszedł, lekarze powiedzieli coś, co podniosło mnie na duchu. Kells przeżył. Naprawdę. Jego organizm jest cholernie silny i mimo licznych głębokich ran czy obrażeń wewnętrznych serce nadal bije. Nie znam się na tym za bardzo. W każdym razie, dzisiaj odbieram go ze szpitala.
Spakowałem kilka potrzebnych rzeczy, mianowicie bluzkę na zmianę dla niego, jakieś perfumy i tym podobne, ubrałem kurtkę oraz wyszedłem. Mike ciągle spał, nic dziwnego, przecież godzina dziewiąta to godzina wczesna. Sam normalnie bym spał, jednak moja misja jest najważniejsza.
Chwilę później znalazłem się w aucie. Szybko odpaliłem silnik, wcisnąłem pedał gazu. Przede mną spora droga.
*
- To jak, wychodzimy? - zapytałem.
- Chętnie. - mruknął, jednocześnie mnie przytulając. - Nawet nie wiesz jakie obrzydliwe jedzenie tu podają.
- Domyślam się. - odparłem ze śmiechem, trzymając go jeszcze mocniej.
Cholera, brakowało mi tego. Teraz raczej wszystko będzie w porządku. Mam u boku wspaniałego mężczyznę, którego kocham, najlepszego brata na Ziemi i troskliwych przyjaciół. Życie nabrało sensu dzięki Kellinowi. Dziękuję za to Bogu.
__________
Koniec, dziękuję za czytanie, komentowanie, bla bla. Po prostu dzięki.
To już moje drogie skończone opowiadanie, jestem w szoku, że ktokolwiek to czytał, omg.
Robię sobie tutaj przerwę, ale w między czasie będę tu: <KLIK>, więc jeśli chcecie to wchodźcie śmiało, zapowiada się ciekawie :/
Jeszcze raz dzięki, widzimy się za 16 komentarzy, czyli jak dobrze pójdzie to za kilka tygodni.
Luv.
niedziela, 21 grudnia 2014
7. (Kellic)
¤Vic¤
Strasznie się zestarzałem. Już najmniejsze czynności sprawiały mi kłopoty, na przykład pochylanie się czy bieganie. Spory czas temu doznałem poważnej kontuzji, co sprawiło, iż zaprzestałem uprawiać jakikolwiek sport. Na szczęście moja sylwetka pozostała taka sama, a zgromadzonego tłuszczu nie widać. Co się jeszcze zmieniło? Urosły mi włosy, ale to bardzo. Aktualnie mam je za ramiona, ale jakoś nigdy nie mogę trafić do fryzjera. Czy ja naprawdę kontempluję nad moimi kudłami? Starość nie radość... Co ja gadam. Gdzie się podział dawny Vic?
Uśmiech mimowolnie zawitał na moich ustach. Rozmyślanie o teraźniejszości czasami potrafi być śmieszne. Jednak o wiele bardziej śmieszyła mnie wizja ponownego zobaczenia Quinna. Na początku nie miałem pewności, spotkać go czy nie? Jednak ostatecznie postanowiłem nic nie odwoływać. Normalne, koleżeńskie spotkanie po latach. Napijemy się piwa, pogadamy, a później wrócimy do swojego życia zapominając o drugim.
Włożyłem lekko zniszczone trampki, skórzaną kurtkę oraz wyszedłem. Byłem zestresowany? Ani trochę, szczerze, zwisało mi to, naprawdę. Chce spotkania to się spotkamy, nie to nie.
Szedłem prostą drogą, nie zważając na resztę świata. Moim marzeniem w tamtym momencie było szybko dotrzeć na miejsce, usłyszeć jego głos po tak długim czasie rozłąki. Odrobinę tęskniłem.
Mijałem kolejne samochody z uśmiechem na twarzy. Coraz bliżej. Dokładnie po piętnastu minutach dotarłem na miejsce. Mały barek w centrum o nazwie "Red Rose" musiał wystarczyć. To nie jakaś tam speluna dla mało zamożnych ludzi, to całkiem niezla speluna dla wszystkich kategorii mieszkańców Memphis. Czemu nazwam ów barek speluną? To znaczy, nie tylko ja, sam właściciel, a mój dobry przyjaciel z meksykańskiej grupki, Jaime również. Właśnie! Zapomniałem opowiedzieć co się stało z chłopakami. Preciado, jak już oznajmiłem, jest właścicielem czerwonej róży, znalazł sobie ładną striptizerkę i razem tworzą parę. Mike mieszka ze mną, a Tony wyjechał do Medford studiować politykę. Da się studiować politykę? Nieważne, w każdym razie zostaliśmy we trójkę. Młody zaczął rapować (nie można go słuchać, to okropne), z Perry'm nadal utrzymuję kontakt, na sto procent niedługo do nas przyjedzie.
W oddali zobaczyłem chudą, niską sylwetkę z długimi włosami. Zauważyłbym więcej, gdyby nie ciemność, która niedawno zapadła w Stanach. Prawdopodobnie tylko w USA, przecież na świece panują różne strefy czasowe.
Postać stawała się coraz wyraźniejsza, a ja mogłem ujrzeć Kellina. Chłopak podszedł jeszcze bliżej, stanął na palcach, a następnie mnie pocałował. Lekko go odepchnąłem.
- Hola, hola, hola. Też miło cię widzieć. - powiedziałem uprzejmie.
- Ta, jasne. - mruknął, jednocześnie drapiąc się po głowie z niezręczności, która zapanowała.
Wcale się nie dziwie, jeszcze przed chwilą rzucił się na mnie, jak pies na mięso.
- Może wejdziemy? - zaproponowałem.
- Czemu nie.
Otworzyłem drzwi oraz ustąpiłem pierwszeństwa Kellinowi niczym prawdziwy dżentelmen, znalazł wolny stolik, usiedliśmy, a ja zawolałem Jaimego.
- Joł, Vic, kopę lat, stary! - zawolał, ściskając moją dłoń.
- Ty stary koniu! Ile to minęło? Dwa dni? - zaśmiałem się.
- Jeden dzień, dwadzieścia trzy godziny, czterdzieści pięć minut i... pięćdziesiąt sekund, jeśli być dokładnym. - spojrzał na zegarek.
- Dobrze, że nie podałeś milisekund. - zażartował Quinn.
- W sumie to... - Preciado zaczął. - Minął dokładnie jeden dzień, dwadzieścia trzy godziny, czerdzieści pięć...
- My poprosimy dwa piwa, dzięki. - przerwałem szybko w śmiechu.
Odszedł od stolika. Jest, udało się!
- To opowiadaj, co tam u ciebie, jak życie i tak dalej. - zagadałem.
- Serio nie masz lepszych tematów? - zapytał.
- Nie widzieliśmy się, nawet nie wiem dokładnie ile, nieoczekiwanie dzwonisz do mnie po tym czasie rozłąki, nagle chcesz spotkania, jakim kurwa cudem mam mieć lepsze tematy? - warknąłem.
Nie zapowiada się ciekawa rozmowa.
- Masz rację, przepraszam. - oznajmił. - Po prostu tęskniłem.
- Ja też, szczególnie po tym jak zostawiłeś mnie na lodzie w liceum.
- Pamiętaj, że to twoja wina. - powiedział defensywnie.
- Wiem, ale cię nawet błagałem na kolanach o przebaczenie. Kurwa, zlałeś mnie.
- A jak byś inaczej postąpił?! - krzyknął.
- Nie tak, jak ty, to na pewno! - odkrzynąłem.
Łzy napłynęły do jego pięknych oczu, zerwał się z krzesła jak opętany oraz wybiegł z lokalu. Spanikowałem. Powiedziałem za dużo. Cholera jasna, Victor! Widzisz chłopaka po paru latach i mówisz takie rzeczy! Miał prawo być zły, miał prawo ze mną zerwać, miał do wszystkiego prawo. Znowu zjebałem.
Również wstałem z krzesła i za nim pobiegłem. Może jakoś to odratuję? Nie wiem.
Sprawnie otworzyłem drzwi oraz wylądowałem na ulicy. Szyciej, Vic, jeszcze go zgubisz.
W jednym momencie życie przeleciało mi przed oczami. Dlaczego?
- Kellin! - wrzasnąłem.
Upadł na ziemię, a jedyne co można usłyszeć to pisk opon. Samochód stanął, a ja błyskawicznie podbiegłem do jakby martwego Kellsa. Zacząłem nim potrząsać, by choć na chwilę otworzył swoje wcześniej zapłakane, jasne oczy. Na około było pełno krwii. To nie może być koniec, nie teraz.
- Kellin, proszę, obudź się. - zapłakałem. - Kellin, kocham cię, tak bardzo, Kellin...
__________
End of story. Tak, koniec. Uznałam, że nie ma co tego przeciągać. Czekajcie jeszcze na epilog. Zobaczę czy dodam go w sobotę, czy może wcześniej, czy później.
W każdym razie 15 komentarzy - epilog.
Dodaję rozdział w moje urodziny, choć miał być wczoraj, przepraszam.
Zapomniałabym! Wesołych świąt, szczęśliwego nowego roku, dużo prezentów itp.
PEES, razem z poisonem stworzyłyśmy blog o nazwie Frebola, nie oceniajcie, po prostu obserwujcie XD <KLIK>
sobota, 13 grudnia 2014
6. (Kellic)
Jeszcze raz spojrzałem na zegarek, by się upewnić czy na pewno jest tak rano. Niestety było, a czułem, że nie dam rady ponownie zapaść w sen, nawet ten najpłytszy, więc wstałem z łóżka. Leniwym krokiem ruszyłem do łazienki, gdzie wziąłem krótki prysznic, umyłem zęby i tym podobne. Następnie zjadłem szybkie śniadanie w salonie, jednocześnie oglądając poranne wiadomości. Znowu mówili o psycholach, powodziach, napadach. Co się dzieje w tych Stanach? Żartuję, mnie to rybka, najważniejsze, by w Memphis można było żyć. Jak na razie nigdzie nie planuję wyprowadzki. Skończę studia, zdobędę dobrze płatną pracę, kupię dom w centrum, może nawet adoptuję dzieci, krótko - ułożę sobie życie. Niestety, by tak się stało, potrzebuję Victora. Wiem, ostatnio tylko o nim myślę. Po prostu jestem cholernie szczęśliwy, że dostałem szansę. Chciałbym zacząć wszystko od nowa, lecz "na przeszkodzie" stoi szkoła. Czemu? Do wieczora jeszcze kawał czasu, a ja muszę iść na zajęcia. Pewnie przesiedzę tam, rozmyślając. Czyżby mały Kellin znów poczuł to co w liceum?
Po skończonym posiłku, obudziłem Tay co było, hmm... wyzwaniem, jednak musiałem, bo minuty na zegarku leciały nieubłagalnie szybko, sprawiając iż była niemal dziewiąta. Gdy wstała, czułem się jakbym dopiero co zszedł z ringu. Twarz miałem podrapaną, prawdopodobnie na rękach uformują się ciemnofioletowe sińce. Więcej jej nie budzę!
- Jedziemy autobusem? - zapytałem po chwili, jednocześnie patrząc na dziewczynę.
- Chyba po coś mam prawo jazdy. - odparła ugryźliwie.
- Taylor z rana jak śmietana. - zażartowałem.
Ona tylko przewróciła oczami, ubrała wysokie koturny, założyła bluzę, otworzyła drzwi i wyszła, zostawiając mnie w przedpokoju. Również założyłem buty, zakluczyłem owe drzwi oraz pobiegłem za Jardine. Sprawnie wsiadłem do auta.
- Naprzód przygodo! - wykrzyknęła.
- Jesteś psychiczna, zapomniałaś dzisiaj wziąć swoje psychotropy? - spytałem z uśmiechem od ucha do ucha.
- Następnym razem idziesz pieszo, Quinn.
Tak zakończyła rozmowę. Bardzo dobrze. Co prawda, lubię jej dopiekać, wręcz uwielbiam, ale co za dużo to niezdrowo, jak powiadają. Wolałem w duszy się modlić, aby ten dzień minął jak najszybciej i żeby był już mój upragniony wieczór.
*
O dziwo, lekcje zleciały naprawdę szybko, a profesorzy postanowili nas tak nie męczyć pytaniem. Mogłem spokojnie siedzieć, nawet na etyce usnąłem. Taki ze mnie okropny student! Łamię reguły, kto by pomyślał!
Wróciłem do willi. Boże, jak ja się stresowałem. Czułem, że flaki normalnie latają w moim brzuchu, oczywiście sprawiając mi ból nie do wytrzymania. Co ubrać? Jak uczesać włosy? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. Cholera.
- Taylor Kathleen Jardine, w tej chwili cię widzę w garderobie! - krzyknąłem.
- Boże, Kellin, nie tak oficjalnie! - usłyszałem.
Szybkim krokiem ruszyłem do umówionego miejsca.
- Co jest?
- Mam randkę, to jest! - ponownie podniosłem głos. - Nie randkę. Nie wiem co to jest, Tay.
Przytuliłem ją, jednocześnie ocierając pojedyncze łzy. Stres mnie wykończy.
- Wybierzemy ci jakiś ładny strój, wszystko będzie ok, a teraz przestań ryczeć, bo rozmażesz sobie makijaż, panienko. - odpowiedziała.
- Nie jestem panienką. - mruknąłem.
- Jesteś, a teraz, jak chcesz dzisiaj wyglądać?
- Nie wiem.
- Hmm.. - zamyśliła się.
- Proszę, nie karz mi zakładać garnituru. - powiedziałem błagalnie.
- Masz to i nie narzekaj, bo więcej ci nie pomogę. - odparła ugryźliwie wręczając mi ciemne spodnie oraz szary t-shirt.
- Jesteś aniołem! - pocałowałem ją w policzek.
Posłała mi nieśmiały uśmiech, który odwzajemniłem, a następnie uciekłem do łazienki zmienić ubranie. Zostało jakieś dwadzieścia minut, czyli bardzo mało. Co ja zrobię przez dwadzieścia minut? Ludzie, zgłupieję. Co jeśli się czymś ubrudzę? Nie mam drugiej takiej samej bluzki. Co jeśli podrę spodnie? Co jeśli się spóźnię? Co jeśli on się spóźni? Co jeśli, nie wiem, co jeśli on nie przyjdzie?
Nie może nie przyjść.
Miałbym złamane serce.
Mniejsza, ubrałem dane ciuchy, uczesałem swoje kruczoczarne włosy, umyłem twarz, wypsikałem na siebie cały dezodorant, przewróciłem się z cztery razy. Zestresowany Kellin = niezdarny Kellin. Zestresowany Kellin = porażka. No cóż, w tamtym momencie byłem chodzącą porażką.
- Wychodzę. - oznajmiłem.
__________
Znowu za krótki, znowu nudny, znowu okropny, idk co jeszcze. Po prostu brakuję mi czasu, cieszcie się, że w ogóle coś dodaję w terminie.
15 komentarzy - następny.
sobota, 6 grudnia 2014
5. (Kellic)
- Boże, Alan, przestraszyłeś mnie. - mruknąłem.
- Nawet we mnie widzisz tego jebanego Fuentesa? No fajnie. - warknął.
- Daj mi spokój. - oznajmiłem, może nieco zbyt agresywnie, a następnie zwinnie go wyminąłem, by uniknąć dalszej konwersacji.
Czy to przypadek, że w Ashby'm widziałem Victora? Czemu jego rude włosy zmieniły kolor na brąz, czemu zamiast jego twarzy zobaczyłem twarz Vika? Prawdopodobnie mój mózg zgłupiał do reszty. Albo wciąż za nim tęsknię, albo to po prostu moja wyobraźnia. Choć przekalkulowawszy niektóre rzeczy stwierdzam, iż nie mam się czym frasować. Nie ma sensu powtarzać niektórych rzeczy, warto zostawić przeszłość za sobą. Nie ma sensu pomagać ludziom, skoro za jakiś czas oni cię skrzywdzą. Doświadczyłem wystarczająco dużo zachowań tego typu, więc doszedłem do owego wniosku. Nie potrzebuję niczyjej pomocy, potrafię stanąć o własnych siłach bez drugiej osoby. Potrafię, przecież podniosłem się po stracie Fuentesa, nie zareagowałem na odejście Alana, prawdę mówiąc, miałem to gdzieś. Właśnie, zignorowałem zerwanie! Można? Można. Cóż, niektóre rzeczy przychodzą do nas dość nieoczekiwanie, w najmniej odpowiednich momentach. Uderzają jak grom z jasnego nieba, jak zimna woda w gorącą skórę. Doznajemy olśnienia, wyzwalamy się spod jarzma osób nam niepotrzebnych, zostawiamy tylko prawdziwych przyjaciół, bez których dalsza egzystencja byłaby bezsensowna. Fakt, trochę tęsknimy za pozostawionymi w otchłani zapomnienia, lecz po czasie wszystko stanie się idealne, właśnie bez nich. Przypadek Kellina Quinna, czyli mój, jest trochę bardziej skomplikowany. Chciałbym zapomnieć, porzucić wspomnienia za sobą, ruszyć do przodu. Mimo tego, jak silnego udaję, gdzieś w duszy cholernie cierpię, chcąc wrócić do przeszłości. Jestem po prostu słaby, pragnę znów poczuć jego zapach, pragnę znów go przytulić, pragnę znów usłyszeć głupie słowa "kocham Cię". Przeczę sam sobie, istny paradoks! Moje myśli to paradoks. Moje zachowanie to paradoks. Odrzucam kolejnych ludzi, a później narzekam, że jestem samotny, że nie mam do kogo otworzyć buzi, że mi smutno. Pogrążam się coraz głębiej w depresji, popadam w dołek, z którego ciężko wyjść. Może potrzebuję kogoś, by mnie ocalił?
Kontynuując dalszą wędrówkę nieustannie rozmyślałem, niemal toczyłem zawziętą walkę. Ostatecznie dotarłem pod willę Jardine, wszedłem do środka od razu zdejmując buty.
- O, już jesteś? - dziewczyna zapytała.
Cicho westchnąłem.
- Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, po prostu trochę za szybko szedłem. - skłamałem.
- Oh, ok, jak coś to zrobiłam kolację.
- Dzięki, nie jestem głodny. - mruknąłem.
Tay popatrzyła się na mnie badawczo, ale porzuciła konwersację, co dało mi wolną rękę, by iść do sypialni. Tak też zrobiłem. Niczym małpka sprawnie pokonałem wysokie schody, szybko otworzyłem drzwi i natychmiast wylądowałem na miękkim materacu.
Czemu sprawy się tak komplikują? Jeszcze kilka dni temu miałem cudownego chłopaka oraz własne mieszkanie, które z nim dzieliłem. Co się zmieniło przez tak krótki czas? Nie mam zielonego pojęcia.
Alan zjebał, nie ja. To on zawinił, nie ja. Gdyby nie jego bezmyślne zachowanie, wciąż bylibyśmy szczęśliwą parą, planowałem nawet po studiach zaadoptować dziecko. Szlag to strzelił.
Jednak... za Ashby'm nie tęsknię. Tęsknię za Vicem. Od początku tęskniłem, od samego początku. Kocham go, tak bardzo go kocham, że mu wybaczę, zapomnę cokolwiek jeszcze zrobił złego w stosunku do mnie. Miłość zawsze przezwycięża przeciwności, prawda? Musi, bo ja bez niego nie przeżyję chociażby sekundy dłużej.
Znalazłem komórkę, wygrzebałem stary numer Vika, który trzymałem od liceum. Teraz albo nigdy, Kells.
Przycisnąłem zieloną słuchawkę.
Jeden sygnał.
Drugi sygnał.
Trzeci sygnał i nic.
- Halo? - odezwał się głos.
O mój Boże, zaraz dostanę zapaści.
- Witam, czy rozmawiam z Victorem Fuentesem? - udałem poważny głos.
- Tak, a ja z kim rozmawiam?
- Jezu, Vic. - otetchnąłem. - Z tej strony Kellin, Kellin Quinn.
- Kellin? - zapytał niepewnie.
- Tak. - zaśmiałem się.
*
Poniosło mnie. Czemu? Skakałem po pokoju jak nienormalny. Umówiliśmy się! Nie na randkę, zwykłe spotkanie. Jeden telefon i wszystkie ciemne chmury odpłynęły. Dostałem szansę, szansę, której po prostu nie mogę zmarnować. Tym razem się uda.
- Tay! - krzyknąłem podekscytowany.
- Kellin, co ćpałeś? Jeszcze niedawno byłeś super zmęczony.
- Bardzo śmieszne. - mruknąłem. - Nie musiałem czegokolwiek ćpać.
- Co jest? - zapytała ostatecznie.
- Zadzwoniłem do Fuentesa.
- Po co znowu dzwoniłeś do Mike'a? Dobrze wiesz, że mi się podoba.
- Nie tego Fuentesa. - odparłem rozbawiony.
- Pojebało cię do reszty, Quinn!? - wrzasnęła. - Przecież on cię zranił. Jak w ogóle możesz się tak zachowywać?
- Ja go kocham, Tay. Uświadomiłem sobie coś. Tak naprawdę przez Alana. Gdy mnie zostawił, zacząłem rozmyślać. Bardzo dużo rozmyślać, aż w końcu doszedłem do wniosku, że jest mi potrzebny. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Jesteś pewien? - zapytała, tym razem spokojniej.
- Na to wygląda. - odpowiedziałem szeroko się uśmiechając.
- No dobra. - odparła w końcu. Odetchnąłem. - Ale! Jeśli jeszcze raz cię skrzywdzi to ja skrzywdzę jego.
- Spokojnie, nie skrzywdzi.
Tymi słowami zakończyłem konwersację. Jedyne co teraz potrzebowałem to sen. Mimo wszystko, czas leciał nieubłagalnie szybko, co mnie cieszyło. Spotkać się z Vikiem miałem jutro wieczorem. Pójdziemy na jakiegoś typu spacer po parku albo po mieście. Zresztą, nieważne co będziemy robić ani gdzie, naważniejsze, iż będziemy razem. W swoim towarzystwie. Nie mogę przestać myśleć o jego silnych ramionach, które niedługo mnie obejmą, o jego brązowych, przenikliwych oczach, o jego meksykańskim akcencie, o każdym jego szczególe.
To już za kilkanaście godzin.
__________
Przepraszam, że rozdział jest krótki, ale nie było czasu żebym cokolwiek napisała, to cud, że się w ogóle wyrobiłam, wiecie, próbne egzaminy, zwiedzanie przyszłej szkoły itp.
W każdym razie, zauważyłam pewną rzecz. Coraz rzadziej komentujecie. Jeśli nie wyrobicie się w tydzień to postów nie będzie - proste.
15 komentarzy - następny.