sobota, 29 listopada 2014

4. (Kellic)

- Spotkasz się z nim? Beze mnie? - zapytała.
Tay postanowiła odstawić mi scenę, bo jestem umówiony z Mike'ym. Nie sądziłem, że weźmie to wszystko na poważnie, przecież widzieli się tylko raz w życiu. Nie można być zazdrosnym o kogoś, kogo ledwo znamy. Przynajmniej tak myślałem, choć mogę się mylić.
- Tak, napisał do mnie, więc wychodzę. - odparłem.
Przewróciła oczami jednocześnie kontynuując swoją drogę do kuchni, ja natomiast ruszyłem do mojej tymczasowej siedziby, gdzie będę spał i urzędował, do czasu znalezienia czegoś własnego, ale żeby znaleźć coś własnego trzeba najpierw mieć pracę, której nie posiadałem. Już dawno myślałem nad złożeniem CV w jakiejś niewielkiej księgarni, gdyż większych kwalifikacji nie posiadałem. Teraz żałuje, że nie poszedłem do szkoły z gotowym zawodem po jej ukończeniu. Nie zdałem jeszcze egzaminu do palestry (zresztą wyznaczonego na czerwiec), jedyne co potrafię to wyrecytować kilka podpunktów z kodeksu karnego. Z czasem zacząłem naprawdę zastanawiać się, co by było, gdybym wybrał zupełnie inny kierunek nauczania. Matty dla przykładu wyjechał z Memphis (jak już wcześniej wspomniałem) do Oklahoma City w stanie Oklahoma oraz dalej szkoli się w przekazywaniu matematycznej wiedzy małym idiotom. Mullins nauczyciel, już to widzę. Katelynn również wyjechała wraz ze swoim nowym chłopakiem, jednak na Florydę. Oboje uciekli. Jasne, najlepiej tak! Najprostsze wyjście.
- Hej, Tay! - zawołałem.
- No? - odkrzyknęła.
- Nie wiem co założyć!
- Haha, Kellin strojniś. Czekaj, idę tam do ciebie!
Bez przerwy słyszałem jej donośny śmiech. Czemu zawsze musi być taka wredna?
- Co my tu mamy.... - mruknęła, jednocześnie grzebiąc wśród ubrań, prawdopodobnie szukając odpowiedniej "szmaty".
Szukała dobre pięć minut, poważnie, aż wyciągnęła jakąś bluzkę z nadrukiem i jeansy.
- Proszę. - powiedziała dumnie, po czym podała mi ubranie.
- Jezusie. - zaśmiałem się. - Dzięki, już sobie poradzę.
Wszedłem do małej łazienki umiejscowionej na tym samym piętrze co mój pokój. Jardine dostała w spadku po babci dwupiętrową willę, którą zamieszkiwała sama, więc raczej ogarnęło ją szczęście, że chciałem dzielić z nią ten dom. Przynajmniej teraz miała współlokatora.
Sprawnie założyłem dane rzeczy i muszę przyznać, iż całkowicie pasowały do luźnego typu owego spotkania z młodszym Fuentesem. Nie będzie to jakieś nie wiadomo co, po prostu zobaczymy się, pogadamy, może nawet wypijemy kawę, kto wie. W każdym razie raczej zaczerpniemy przyjemność ze swojego towarzystwa.
W korytarzu założyłem trampki, a następnie wyszedłem z domu, jednocześnie żegnając Tay. Dziewczyna jedynie pokiwała głową na znak zrozumienia. Pewnie zabiorę ją kiedyś, o ile jeszcze kiedykolwiek zobaczę Mike'a. Nie to, żebym planował więcej go nie spotkać, tylko najzwyczajniej jestem przygotowany, że jemu też coś odbije oraz postanowi zerwać kontakt. W liceum nie mieliśmy super relacji, skąd, choć mimo wszystko go polubiłem.
Szedłem spokojnie, nie śpieszyłem się, bo nie miałem takiej potrzeby. Zawsze wolę się spóźnić, aniżeli przyjść pierwszym. Czemu? Nienawidzę czekać, nieważne na co, czy na jedzenie czy na kogoś, z kim jestem umówiony. Po prostu nienawidzę. Przechodzą mnie ciarki na samą myśl o czekaniu. W każdym razie dziesięć minut później stanąłem pod ustalonym wcześniej miejscem. Mike'y już tam stał.
- Hejka! - zacząłem.
Chłopak pokazał swoje śnieżnobiałe zęby, by następnie zamknąć mnie w uścisku.
- Ktoś tu się stęsknił. - powiedziałem po wydostaniu się z jego wytatuowanych ramion.
- Może trochę. - zażartował. - To gdzie idziemy?
- Zaproponuj coś? - poprosiłem.
- Panie zawsze wybierają. - odparł.
- Bardzo śmieszne, Fuentes. - mruknąłem. - Chodźmy do kawiarni, postawisz mi gorącą czekoladę!
- No zgoda. - pokwitował.
*
Godzinę osiemnastą uznałem jako odpowiednią, aby wrócić do domu. Jak już wcześniej wspominałem - nie czułem potrzeby zostania z nim chociażby minuty dłużej, lecz bawiłem się świetnie. Porozmawialiśmy, większością żartowaliśmy, tylko czasami schodziliśmy na te niebezpieczniejsze tematy, głównie Alana i Victora. Przez przypadek wygadałem, że zerwałem z Ashby'm, co spotkało się z ogromnym zrozumieniem i tak dalej. Reasumując - było fajnie, trochę niezręcznie, ale fajnie.
Teraz natomiast szedłem spokojnym krokiem, przemierzając centrum Memphis. Cel miałem prosty - pójść spać. Dzień pełen wrażeń dobrze mi zrobił, dzięki temu mój organizm powoli się męczył. Pod koniec dnia po prostu usypiałem. Od domu dzieliło mnie, hmm, uznajmy, iż jakieś czterdzieści pięć minut spacerkiem. Zadzwonić po Tay czy nie zadzwonić? Oto jest pytanie.
Kontynuowałem swoją drogę, czasami mijałem osoby, których nie znałem, co tylko ułatwiało mojej osobie dalszą wędrówkę. Nie bardzo chciałem zostać zaczepiony przez znajomego na ulicy, nie bardzo chciałem wdawać się z nim w konwersację, nie bardzo chciałem robić cokolwiek. Niestety z zamyślenia wpadłem w jakiegoś młodego mężczyznę z długimi, brązowymi i kręconymi włosami oraz z kolczykiem w nosie. Mimo ciemności idealnie rozpoznałem ową postać.
- Kellin? - chłopak zapytał.
- Vic?
__________
Postaram się dodawać rozdziały co tydzień w sobotę, zobaczę jak to wyjdzie.
15 - następny.

sobota, 22 listopada 2014

3. (Kellic)

Każdy czasem ma taki okres, że posiada pewne trudności ze wstawaniem. W zależności od osoby i jej trybu życia owe problemy są silniejsze bądź słabsze. Gdyby patrzeć na to ogólnikowo, studenci poświęcają godziny przeznaczone na sen ucząc się. Dokładnie! Nie raz, ani dwa zarywałem nockę pochłaniając materiał. Ten przypadek był zdecydowanie inny. Usnąłem stosunkowo wcześnie, a jednak mimo wszystko Alan budził mnie godzinę, dosłownie. Zajęcia zaczynałem o dziesiątej, zazwyczaj na uczelnię docieram w pół godziny, autobusem. Raz na ruski rok uda mi się namówić rudzielca, by "przy okazji" mnie tam odwiózł. Trochę mu nie po drodze, gdyż jego praca leży zupełnie w innym kierunku od Uniwersytetu.
Przetarłem oczy dłońmi, by obraz przestał być rozmazany. Oh, słodkie poranki, jak ja ich nienawidzę. Brzmię jak rozwydrzony nastolatek, który nienawidzi świata, przyznaję. Dorosły człowiek bierze wszelakie przeciwności losu na klatę, pokonuje je, a nie narzeka. Dlatego leniwie, bo leniwie, ale wstałem. Odnalazłem okulary, przez młodzież potocznie nazywane "kujonkami", założyłem je na nos, co sprawiło, iż wcześniej całkowicie rozmyte pole widzenia stało się ostre jak nowo zakupiona żyletka. Problemy ze wzrokiem miałem już w liceum, rzadko o tym rozmawiałem, wręcz unikałem tegoż tematu. Wtedy nie potrafiłem podejść do matki, poprosić o daną kwotę na okulistę. Skutki w teraźniejszości są? Niestety są. Według Alana wyglądam uroczo mając głupi przedmiot doprowadzający me oczy do ładu. Według Tay również, tylko jej zdanie się nie liczy. Cokolwiek bym nie założył, ona i tak stwierdzi, iż wyglądam uroczo.
Ukradkiem spojrzałem na zegarek umiejscowiony na blacie małego stolika nocnego. Ósma czterdzieści nie jest aż tak złą godziną, miałem pewnego rodzaju wrażenie, że było po dziewiątej. Nawet lepiej! Prawdopodobnie zdążę pierwszy raz od... hm.. w sumie od tygodnia. Można mi gratulować, przyjmuję też pokłony.
Podszedłem do rozsuwanej szafy w poszukiwaniu normalnych ubrań. Bałagan, bałagan... o! Jedna praktycznie niewygnieciona bluzka. Cóż, zostałem na nią skazany, więc powolnym krokiem ruszyłem do łazienki w jakiś sposób się ogarnąć. Wziąłem krótki prysznic, wykonałem rutynowe czynności i za niecałe piętnaście minut stanąłem pod drzwiami wejściowymi czekając na wciąż szykującego się Alana. Zeszło dłużej aniżeli myślałem, ponieważ Ashby postanowił jeszcze zjeść śniadanie co było nowością. On nigdy, powtarzam, nigdy nie je śniadania. Dziwne, zmienił swoje zachowanie z normalnego na nienormalne. Chyba muszę z nim porozmawiać na ten temat.
- Gotowy? - zapytałem, gdy w końcu podszedł do drzwi.
Skinął głową, po czym ruszyliśmy w dół klatki, schodząc po schodach, a następnie wsiedliśmy do samochodu. Chłopak odpalił silnik, wprawiając maszynę w lekkie drgania. Oparłem głowę o tył fotela, rudzielec natomiast pozostawał na nic niewzruszony, po prostu cała jego uwaga skupiona była na drodze oraz przejeżdżających obok autach.
- Um.. - zacząłem. - Możemy pogadać?
- Jestem zajęty, nie widzisz? - odparł ugryźliwie.
- Nie bądź wredny. Chcę tylko coś wyjaśnić.
- Dobra, nawet okulary ci nie pomagają. Czego chcesz? - zapytał niewzruszony.
Czegoś nie rozumiem. Wczoraj był najmilszym facetem jakiego kiedykolwiek spotkałem, no... może przesadzam, ale był naprawdę miły, milszy niż przez większość naszego związku.
- Co się z tobą dzieje? Masz zły humor czy jak, bo od dość dawna jesteś nie do zniesienia. Co się zmieniło?
Wypuścił głośno powietrze.
- Psuje się między nami, Kellin. - przyznał. - Po prostu przestałem cokolwiek do ciebie czuć. Jesteś nudny, nie można nic z tobą zrobić. Wieczne kolacje w domu mi nie odpowiadają. Twoje towarzystwo mi nie odpowiada. To koniec, mam cię dość.
- Zrywasz ze mną? - prychnąłem.
- Mniej więcej, wysiadasz pod uczelnią, a dzisiaj się wyprowadzam, albo ty, co wolisz. - odparł.
Byłem zły, rozczarowany, trochę smutny i przerażony. Alan na nas utrzymywał, a w tamtym momencie straciłem dopływ jakiejkolwiek gotówki. Nie zarabiał kokosów, ale starczało, spokojnie opłacaliśmy rachunki, jeszcze zostawało na przyjemności. Żyliśmy niczym prawdziwe dwudziesto dwu letnie osoby, jedliśmy zupy z puszek, kanapki, gdyż żaden nie potrafi gotować. Czemu myślałem tylko o pieniądzach? Kochałem go, a on zerwał. W związku z tym powinno być mi okropnie na sercu. Natomiast nie czułem nic - rozpaczy, żalu, nic.
- Świetnie, i tak byłeś słaby w łóżku. - skłamałem, po czym wyszedłem na chodnik.
Ruszyłem przed siebie. No co, zostawił mnie. Znowu. Niepotrzebnie dawałem mu drugą szansę, którą tak czy inaczej spierdolił. Szkoda, że w liceum nie pomyślałem.
Otworzyłem pokaźne drzwi Uniwersytetu oraz niemal natychmiast wszedłem do środka. Godzina dziesiąta, a był tu niemały ruch. Co chwilę ktoś kogoś przepychał, na korytarzu rozbrzmiewały głosy, głównie kobiet plotkujących na rozmaite tematy. Nie wsłuchiwałem się, po prostu szukałem Tay. Mijałem kolejne klasy, aż ostatecznie zobaczyłem brunetkę ubraną w jasną sukienkę.
- Hej, Jardine! - krzyknąłem.
Dziewczyna się odwróciła, więc ją znalazłem
- O, hej, Quinn. - odpowiedziała, odchodząc od swoich znajomych.
- Dobrze wiesz, że to nie jest moje nazwisko. - cicho się zaśmiałem.
- Co tam? - zmieniła temat.
- Zerwałem z Alanem. - oznajmiłem z uśmiechem.
- To jest powód do radości?
- Nawet sam nie wiem. Stwierdził, iż jestem nudny, ma mnie dość, więc nie ma co tego ciągnąć.
- Masz rację, od dzisiaj szukamy Kellsowi chłopaka!
- Jak chcesz. - mruknąłem. - Um, Tay, mam do ciebie sprawę.
- Jaką? - zapytała.
- Mogę trochę z tobą pomieszkać? Wiesz, Ashby kazał mi się wyprowadzić.
*
Pakowałem swoje rzeczy już jakieś piętnaście minut. Dom stał pusty, dlatego bez problemu dostałem się do środka. Wiedziałem, gdzie leżą klucze, po wszystkim odłożę je na miejsce, lecz teraz miałem ciekawsze zajęcie - opróżnienie wszelakich szafek/półek/czegokolwiek. Przy okazji podarłem kilka naszych wspólnych zdjęć, ale wyłącznie przez przypadek. Nie chciałem być wredny, ani nic, samo z siebie tak wyszło.
Przez ten czas miałem naprawdę wystarczająco czasu na refleksję oraz doszedłem do wniosku, iż powinienem wspomnienia związane z Alanem zostawić za sobą. Nie ma potrzeby bez przerwy o nim myśleć, skoro dobrowolnie mnie rzucił, rozbił moje serce na kawałeczki, znowu. Ogarnąłem również, że nie warto dawać ludziom drugiej szansy. Jedni cię zdradzają, drudzy zostawiają bez powodu, trzeci biją, poniewierają (na szczęście tego nie doświadczyłem), ale mimo obiecywania poprawy, oni nadal kontynuują poprzednią czynność. To tak jak zabronić alkoholikowi pić, przecież, halo, on do tego wróci, chociaż nie wiadomo jak bardzo chciałby przestać. Nie wierzę w "poprawę" u takich osób, po prostu nie.
Ostatnia bluzka i od razu ruszyłem w stronę drzwi. Szybko je otworzyłem, zamknąłem na klucz, po czym ów przyrząd schowałem pod wycieraczkę. Wiem, super miejsce, ale lepsze to niż nic. Przed klatką poczułem wibrację w spodniach oznaczającą przyjście smsa. Ekran wyświetlił 'Mike Fuentes". Odrobinę się przestraszyłem.
M: Hej, stary! Jestem w pobliżu i tak sobie myślę, może chciałbyś się spotkać?
K: Hej, Mike, czemu nie. Odpowiada Ci za jakąś godzinę? Aktualnie mam zajęcie.
M: Ekstra, do zobaczenia potem :)
__________
Rozdział! Tak sobie myślę, czy postów nie dodawać co tydzień, dla wszystkich byłoby o wiele łatwiej. Co o tym sądzicie?
+ O BOŻE, ALAN SOBIE POSZEDŁ. Wiem, że czekaliście na to jakieś, umm, 2 chaptery? XD Niecierpliwi ludzie, ale I promise, niedługo będzie akcja, oki nie oki.
15 - następny, buźka.

niedziela, 16 listopada 2014

2. (Kellic)

Otworzyłem szeroko buzię. Przecież jak inaczej miałem zareagować? Z rodziną Fuentesów straciłem kontakt po liceum, co bardzo mnie cieszyło, gdyż nie byłem zmuszony oglądać więcej Victora. Tak, wiem, to takie niedojrzałe, ale naprawdę cierpiałem. Więc czemu teraz? Czemu Mike zjawia się akurat teraz, kiedy wreszcie ułożyłem sobie życie? Może chce po prostu pogadać, a ja, jak zwykle, panikuję. Czasami naprawdę potrzebuję opanować niektóre odczucia, bo natychmiast zaczynam panikować.
- Hej, stary, kopę lat! - zagadał.
Wyglądał dokładnie podobnie jak w szkole, teraz posiadał kilkudniowy zarost oraz prawdopodobnie przybyło mu tatuaży, nie żebym o to dbał.
- Um, cześć. - odpowiedziałem zestresowany.
Przecież nie będę rozmawiał z bratem mojego byłego o pogodzie. Nie będę, prawda?
- Kim jest ta urocza pani?
- Ah tak, to jest Tay, moja przyjaciółka, ale i koleżanka ze studiów.
Pocałował wierzch jej dłoni, a następnie wrócił na mnie wzrokiem.
- Studia, powiadasz? - zapytał. Mogło by się wydawać, iż był pod niemałym wrażeniem. - Co tak zawzięcie studiujecie?
- Prawo. - odpowiedziała.
Z jednej strony bardzo dobrze, że Jardine stała tu ze mną, gdyż najchętniej zakopałbym się pod ziemię. Dziwne uczucie gadać z nim po tylu latach, naprawdę. Z drugiej strony znając moją aktualną towarzyszkę, pewnie będzie chciała w jakiś sposób nawiązać dalszą rozmowę z młodszym Fuentesem. Nie żeby coś, Mike to fajny gość, miło go widzieć, po prostu nie bardzo widziała mi się z nim konwersacja, szczególnie, iż za pół godziny przybędzie Alan, który zapewne też do nas dołączy. Jezu, czy jako jedyny chciałem wrócić do Memphis?
- No więc, co tu robicie?
- Właśnie skończyliśmy praktyki i szliśmy do pobliskiej kawiarni. - wyjaśniłem.
- Wybrałbyś się z nami? - usłyszałem.
- Chętnie. - odparł, szczerząc przy tym swoje śnieżnobiałe zęby.
Całą trójką zaczęliśmy kontynuować naszą drogę. Siedziałem cicho oraz nasłuchiwałem zawziętej wymiany zdań między moją przyjaciółką, a bratem Victora. Mówili o filmie, według nich przedstawiał się on jako "najlepszy film wszechczasów" lecz nie wychwyciłem tytułu. Szkoda, ostatnio dość brakuje mi wypadów na seanse w kinie, być może raz załapałbym jakiś maraton, z czego byłbym cholernie zadowolony. Jakby nie patrzeć, człowiek stworzony jest do funkcjonowania w grupie, przynajmniej tak mnie uczyli. Natomiast Kellin nie widuje nikogo innego jak Taylor i Ashby'ego, no i tam resztę klasy, profesorów, ale z nimi nie rozmawiam. Ba, nawet unikam bliższych kontaktów. To niezdrowe, przyznaję, dlatego stwierdzam, iż ów wypad do kina to genialny pomysł. Gdy ja rozmyślałem, oni nadal rozmawiali, tylko tym razem porzucili poprzedni temat.
- Hej, ludzie, dotarliśmy! - krzyknąłem, by tamci choć na chwilę zwrócili na mnie uwagę.
Stanąłem przed wejściem do małego lokalu na brzegu ruchliwej ulicy. Kolory aż prosiły, aby zajrzeć do środka. Prawie wszystkie małe, drewniane zostały okupywane przez klienterię. Po przekroczeniu progu od razu uderzyły w nas niesamowite zapachy dopiero zmielonej kawy i szarlotki, prawdopodobnie podawanej z gałką lodów waniliowych. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:
- Znajdźcie stolik, ja nam coś zamówię.
Przytaknęli, po czym ruszyli na poszukiwania miejsca siedzącego, gdzie cała trójka mogłaby w spokoju pochłonąć zamówienie, natomiast ja podszedłem do kasy.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - ekspedientka zapytała.
- Dobry, poproszę trzy małe kawy oraz trzy porcje szarlotki.
- Oczywiście, zamówienie za chwilę zostanie zrealizowane. - oznajmiła.
Skinąłem głową i szybko zapłaciłem cenę wyświetloną na urządzeniu stojącym przy obsługującej mnie kasjerce. Miała szatynowe włosy, duże, jakby pragnące oglądać świat, zielone oczy, rumieńce na policzkach i kolczyki w uszach. Uśmiechnąłem się, ale mimo wszystko niemal natychmiast odszedłem, by stanąć przy Tay i Fuentesie.
- Co tak długo?
- Wiesz, Jardine, ja w przeciwieństwie do ciebie robiłem coś więcej niż podrywanie Mike'a. - oznajmiłem ugryźliwie.
Twarz dziewczyny od razu pokrył szkarłatny kolor, co było potwierdzeniem, iż trafiłem w dziesiątkę.
- Nienawidzę cię. - mruknęła, po czym pobiegła na tyły lokalu, chyba do łazienki.
Byłem zadowolony ze swojego działania. Czemu? Proste, ona zawsze mi dopieka, więc raz na jakiś czas ja również mogę. Fuentes patrzył na mnie ze zmieszaniem.
- Wyluzuj, Taylor podrywa wszystko co się rusza. - wyjaśniłem.
- Oh, ok.
- No więc... - zacząłem. - Co tu robisz?
- Wiedziałem, że o to zapytasz! - zaśmiał się. - Przyjechałem tu odwiedzić znajomego, a jak wracałem to nawineliście się wy. - powiedział.
Do stolika podeszła kelnerka z zamówieniami, ładnie podziękowaliśmy, a ja wziąłem łyk gorącej kawy, która swoją drogą była cudowna.
- To fajnie. - przyznałem.
W między czasie wróciła Tay. Jej twarz zbledła, pewnie wiele razy ją przypudrowała, by otrzymać aktualny kolor policzków. Usiadła obok Mike'yego przy okazji wystawiając swój język na światło dzienne. Odwzajemniłem gest i kontynuowałem konwersację.
- Czym się zajmujesz?
- Pracuję w salonie tatuażu. - oznajmił.
- Wow, to super. - wtrąciła Jardine.
- Hej, patrz, przyszło twoje ciasto, zapchaj się nim i pozwól dorosłym rozmawiać. - warknąłem lekko zirytowany.
Czasami powinna przystopować, bo po dziurki w nosie miałem słuchania tego. Wyobraźcie sobie bite trzy lata patrzenia na osobę, z którą spędzacie większość chwil podczas zajęć, wykładów, praktyk, flirtującą z przypadkowymi, nieznanymi facetami. Może jest zdesperowana? Ale bardzo zdesperowana.
- A ty? Czym się zajmujesz? - zapytał, jedząc szarlotkę.
- Głownie nauką. - odparłem.
- Słabo. - mruknął. - Mogę o coś spytać?
- Cały czas to robisz. - odpowiedziałem pół żartem.
- Nadal jesteś z Alanem?
Zacząłem dusić się tym cudnym napojem. Moment temu czerpałem przyjemność z siedzenia w ich gronie, teraz niekoniecznie.
- Czemu pytasz?
- Ciekawość. - mruknął, na co głośno przełknąłem ślinę.
Szczęśliwie, poczułem wibracje w kieszeni oznajamiające o nowej wiadomości.
A: Zaraz będę na miejscu, stój tam gdzie zawsze.
K: Jasne, dzisiaj podwieziemy Tay.
A: Cokolwiek zechcesz ;)
- Słuchaj Mike, my się musimy zbierać, bo zaraz przyjedzie nasz transport. - oznajmiłem.
- Jasne, rozumiem. - znów się wyszczerzył. - Może jeszcze kiedyś gdzieś razem wyjdziemy?
- Um, jasne, czemu nie. - wzruszyłem ramionami.
Wymieniliśmy numery telefonów, po czym wraz z brązowowłosą dziewczyną opuściłem budynek. Zaraz po wyjściu, głęboko odetchnąłem. Zero niezręczności. Wreszcie cisza. Chociaż, nie, to drugie nie bardzo było prawdą. Taylor postanowiła całą drogę przegadać o tym, jaki Mike jest wspaniały, jaki ma hipnotyzujący uśmiech, przenikliwe oczy, jakie idealne włosy, jakie idealne tatuaże, bla bla bla. Jezu, zabiłbym ją, gdyby nie trąbiące auto. Jej, Alan przybył. Szybko wsiadłem do samochodu, zajmując miejsce obok kierowcy. Dziewczyna usiadła na tylnych siedzeniach. Grzecznie przywitałem Ashby'ego krótkim pocałunkiem, by następnie rozkoszować się cichymi odgłosami dobiegającymi z radia. Godzina piętnasta, a ja umierałem na ból głowy. Dziwne, gdyż wcześniej ta dolegliwość przychodziła pod koniec dnia zmuszając mnie do snu. Cóż, najwyraźniej dzisiaj trochę wcześniej zawitam do łóżka.
Jechaliśmy czterdzieści minut, ponieważ los zmusił nas do stania na światłach. Naprawdę, za każdym razem widniał czerwony kolor, co doprowadzało mnie do szaleństwa. Zmęczony Kellin - rozdrażniony Kellin, proste i logiczne. Ostatecznie odstawiliśmy Jardine pod jej blok. Ładnie podziękowała za podwózkę, ale zrobiła to dostatecznie szybki, gdyż prawdopodobnie zobaczyła w jakim byłem stanie. Gdy zostaliśmy we dwójkę, Alan postanowił przełamać ciszę:
- Dobrze się bawiłeś?
- Jak zawsze. - mruknąłem. - Choć nie zgadniesz kogo spotkałem.
- Dobrze wiesz, że nie lubię zagadek. Gadaj! - zachęcił.
- Mike'a Fuentesa.
- Żartujesz teraz. - powiedział.
- Nope.- odpowiedziałem prosto.
Obydwoje ponownie zamilczeliśmy, nawet radio przestało grać. To nie była komfortowa cisza, skąd. Niepotrzebnie poruszyłem jego temat. Przed mieszkanie dotarliśmy o równo szesnastej zero zero. Podróż przez miasto trochę trwała. Rozumiecie? Pełna godzina natłoku myśli. Zgłupieć można. Mimo wszystko, wysiadłem z maszyny jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem do środka bloku, sprawnie wdrapałem się na drugie piętro, a następnie otworzyłem drzwi kluczem wyjętym z mojej kieszeni spodni. Zdjąłem buty oraz kurtkę i odruchowo pobiegłem do kuchni. Odnalazłem odpowiednią szufladę. Normalni ludzie nie biorą leków przeciwbólowych na noc, ale ja inaczej nie usnę, więc połknąłem dwie pigułki, popijając je przegotowaną wodą.
- Idę spać, bo umieram. Obudzisz mnie rano, czy nastawiać budzik? - zapytałem Alana, który siedział na krześle.
- Obudzę. Kocham cię. - powiedział oraz podszedł dać mi buzi w czoło.
- Ja ciebie też. - szepnąłem.
__________
Przepraszam, że rozdziały są 'nudne', ale jak wszyscy wiedzą - to dopiero początek. Nie oczekujcie jakiejś super rozwiniętej akcji na początku fica, bo to niemożliwe. Więc, radzę uzbroić się w cierpliwość i przestać narzekać, serio.
Doprosiłam Juju o nowy szablon, piękny, no nie? Zakochałam się w nim. Także - Summer, dziękuję, ratujesz mi dupę, już chyba któryś raz z rzędu!
Rozdział niesprawdzany.
Standardowo,
15 komentarzy to następny post. Do napisania.

środa, 12 listopada 2014

1. (Kellic)

Bardzo proszę o przeczytanie notki pod rozdziałem.
__________
No nie zgadniecie, dostałem się na studia! Tak, zrobiłem to i takim sposobem jestem studentem trzeciego roku na Uniwersytecie w Memphis. Walczyłem naprawdę długo, gdyż na moje miejsce było pełno równie dobrych, uzdolnionych osób ze świetnymi świadectwami otrzymanymi pod koniec nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Jednak ostatecznie okazałem się jeszcze lepszy od nich. Ukończę je w maju, za kilka miesięcy, a na czerwiec mam już wyznaczony egzamin kwalifikacyjny do palestry. Zapewne nie uzyskam dyplomu z wyróżnieniem, lecz należę do lepszych studentów mojego rocznika. W ciągu trzech lat nauki podjąłem chyba jedną rozsądną decyzję, a mianowicie wcześniej zaliczyłem wszystkie trudniejsze przedmioty, żeby teraz, w ostatniej klasie mieć trochę swobody. Na koniec pozostało mi już tylko to, co nie nastręcza żadnych kłopotów: prawo sportowe, prawo w kulturze i sztuce, wybrane zagadnienia Kodeksu Napoleona oraz przedmiot, którego nie lubię najbardziej - "Problemy Prawne Ludzi Starszych". Do jego zaliczenia wymagane są krótkie zajęcia praktyczne i to właśnie z ich powodu siedziałem na metalowym krzesełku przy rozchwianym, składnym stole w gorącym, dusznym wnętrzu blaszanego baraku, w którym zgromadziła się cała plejada seniorów - oni lubią, kiedy ich się tak nazywa. Ręcznie malowany emblemat nad drzwiami wejściowymi szumnie określał ów barak jako Miejski Klub Seniora w Steiden Gardens. Jakby na przekór nazwie miasta nie było tu ani jednego kwiatka w doniczce. Odrapane ściany świeciły pustkami, jeśli nie liczyć samotnego, wyblakłego zdjęcia, na którym Ronald jakiśtam stoi między dwoma sztandarami: gwiaździstym Stanów Zjednoczonych oraz stanu Tennessee. Budynek był mały, posępny i przygnębiający, ewidentnie został postawiony na chybcika, za jakieś niespodziewane dotacje z kasy federalnej.
Szczerze, liceum wydaje się o wiele prostsze od tego co przerabiam aktualnie na lekcjach. Tęsknię za starymi nauczycielami, nawet za panem od biologii mimo tego, że dawał mi naprawdę spory wycisk podczas jego nauczania. Chociaż patrząc z perspektywy czasu nawet ma to pewne skutki w teraźniejszości, bo stałem się bardziej pilny i dokładniejszy w stosunku do przygotowań na różnorakie prace pisemne czy odpowiedzi ustne. Przyznaję bez bicia, studia są wiele razy trudniejsze od banalnego liceum, gdzie uczęszczałem trzy lata temu. Owszem, brakuje mi znajomych, bo straciłem z poszczególnymi osobami kontakt. Może inaczej, o debilach klasowych nawet nie myślę, ale na przykład taki Matty. Nie rozmawiałem z nim, huh, rok. Postanowił wyjechać, zostawiając mnie w Memphis. Co prawda, nie samego, gdyż miałem Alana. Właśnie, Alan! Wciąż nosił status mojego chłopaka, nawet razem zamieszkiwaliśmy małą kawalerkę w centrum miasta, więc mogę go również nazwać moim współlokatorem. Bardzo dobrze się dogadujemy, nie ma już tych problemów, które istniały wraz za naszym pierwszym podejściem do poważnego związku. Szczęśliwie, tym razem nieporozumienia są niemal natychmiast rozwiązywane byśmy cały czas żyli w zgodzie. Poważnie, oboje się staramy jak tylko możemy, by to podejście było ostatnim, by w tym przypadku wszystko chodziło jak w zegarku, co zresztą wydawało się wiele prostsze aniżeli kiedyś. Co mogę więcej powiedzieć, osiągnąłem pełnię tego co chciałem osiągnąć. Więcej nie potrzebuję. Chociaż, jest jedna, w sumie to jedyna sprawa, którą potrzebuję wymazać ze swojego umysłu. Mianowicie jest nią Victor Vincent Fuentes. Myślę o nim co najmniej raz dziennie, znów stwarzam możliwe scenariusze, tego co mogło być, a się nie zdarzyło. Naturalnie, to trochę... dobra, nie trochę, a bardzo nie fair w stosunku do Ashby'ego, ale jak na razie nic mu na ten temat nie mówiłem. Zresztą, nawet jeśli, co bym mu oznajmił? "Hej Alan, od tych trzech jebanych lat codziennie rozmyślam o swoim ex, wiem, że źle robię, bo jesteśmy ze sobą, ale to silniejsze ode mnie."? Zjebałbym wszystko, zraniłbym go i prawdopodobnie znów został sam. Ok, tu nawet nie chodzi o moje dobro, tylko o dobro mojego chłopaka, którego kocham nad życie. Vica też kocham, fakt, ale on w ciągu tych paru lat stał się celem nieosiągalnym. Poza tym, z której strony by patrzeć nasz cudowny, nieskazitelny Vik skrzywdził biednego Kellina przez pierdolony zakład! Czy mu wybaczyłem? Nie.
Nawet nie zauważyłem, a wspaniałe zajęcia integracyjne ze staruszkami dobiegały ku końcowi. Czasem dobrze porozmyślać, szczególnie na nudnych, irytujących lekcjach. Jak już wcześniej wspominałem, siedziałem na cholernie niewygodnym krześle obok Tay, średniej (chodzi o wzrost) brunetki z blond końcówkami włosów, porozrzucanymi na całej głowie według ich widzimisia, a ich długość mierzyła za jej ramiona. Ogólnie była szczupłą, całkiem atrakcyjną kobietą i gdyby nie to, że oznaczam się jako homoseksualista pewnie bym do niej startował, co dokładnie robiła reszta mężczyzn z naszej klasy, gdyż moja płeć liczyła jedną czwartą dwudziestoosobowej grupy ludzi. Czasem po prostu zachowanie tych zwierząt załamuje, poważnie. Ja pierdole, wykształceni dorośli powinni zachowywać choć odrobinę powagi, ale nie, lepiej robić głupie dowcipy, na które nie wpadłby nawet żółtodzioby. Smarowanie krzeseł klejem, pisanie graffiti na murach Uniwersytetu czy klepanie pań po, przepraszam za wulgarność, dupie to zachowania niedojrzałych emocjonalnie dzieci, a ja, Kellin Quinn, muszę egzystować w tym posranym towarzystwie.
Ruch w sali się zwiększył, niestety, już myślałem, iż nasze praktyki dobiegają końca. Było ich mniej więcej pięćdziesięcioro, połowa białych, drugie tyle czarnych. Średnia wieku: co najmniej siedemdziesiąt pięć lat. Parę osób było ociemniałych, kilkanaście siedziało na wózkach inwalidzkich, sporo nosiło aparaty słuchowe. Powiedziano nam, że spotykają się tu codziennie w południe, zjadają gorący posiłek i odśpiewują kilka pieśni, czasami jakiś zdesperowany polityk zorganizuje zebranie przedwyborcze. Po takim parogodzinnym spotkaniu towarzyskim wracają do swych domów (sam aktualnie chciałem się znajdować u siebie w mieszkaniu), gdzie zapewne odliczają godziny do następnej wizyty. Według naszego profesora te spotkania mają dla nich olbrzymie znaczenie.
Profesor Klane obserwował to wszystko z miną człowieka, który właśnie skończył wyśmienity posiłek i teraz napawa się widokiem, jaki ma przed oczyma. Ten sympatyczny pięćdziesięciolatek, przejawiający czasami pewne nieodpowiedzialne zachowania, od dwudziestu lat wykłada niechciane przez innych przedmioty, a i nieliczni studenci decydują się specjalizować pod jego kierownictwem. Te dziedziny to prawa nieletnich, prawa niepełnosprawnych, seminarium zatytułowane "Przemoc w Rodzinie", problemy umysłowo chorych i oczywiście "Prawa Starych Pryków", jak wszyscy za jego plecami nazywają ten przedmiot. Kiedyś zorganizował nawet kurs na temat prawa nienarodzonego płodu, lecz wywołał on tak wielką falę kontrowersji, że Klane błyskawicznie się wycofał.
Już pierwszego dnia zajęć seminaryjnych zakomunikował, że celem teh specjalizacji jest przybliżenie nam autentycznych problemów prawnych autentycznych ludzi. Zacytował też opinię, że wszystkich studentów rozpoczynających naukę na wydziale prawa cechuje idealizm i chęć służenia społeczeństwu, ale po trzech latach bezwzględnej rywalizacji dbamy już wyłącznie o zdobycie jak najlepszej posady w jak najlepszej firmie, gdzie po siedmiu latach zyskamy sposobność wejścia do spółki i zarobimy grubą forsę. Pod tym względem ma rację.
- Obudź mnie jak skończą. - mruknąłem do równie znudzonej obok Tay, malującej rozmaite szlaczki w zeszycie.
Dziewczyna skinęła głową, a ja schowałem twarz w ramionach oraz z uśmiechem na ustach zamknąłem oczy. Usnę, a później droga wolna. Wreszcie do domu. Zresztą, i tak nie będą mówić czegoś, czego nie wiem, więc raczej dużo nie przegapię.
*
Grupą dwudziestu jeden osób, łącznie z profesorem opuściliśmy Staiden Gardens. Skłamałbym mówiąc, iż cokolwiek mnie tam interesowało, gdyż śpiewający staruszkowie, ledwo wymawiający pojedyncze słowo nie jest tym, co chciałbym słyszeć.
- Hej, Jardine! - zawołałem.
- Hej, nie po nazwisku. - powiedziała będąc już bliżej.
- Tak, tak. Zaraz zadzwonię do Alana i tak się zastanawiałem, potrzebujesz podwózki?
- Awww, Kellin Quinn pierwszy raz w ciągu tylu lat proponuje mi podwózkę. - powiedziała sarkastycznie.
- Czy ty zawsze musisz być wredna? - zapytałem odrobinę zirytowany.
- Sam sobie odpowiedz, kochasiu.
- Boże, Tay. - zaśmiałem się na słowo "kochaś". Ona wręcz uwielbiała dawać mi pedalskie przezwiska. - To jak?
- Dobra, skorzystam. Przecież zawsze musi być ten pierwszy raz. - odpowiedziała, a ja przewróciłem oczami na podtekst seksualny, który na pewno tam umieściła, na 100%!
Wyciągnąłem telefon, po czym skontaktowałem się z moim chłopakiem. Powiedział, iż będzie na miejscu za jakieś pół godziny. Staiden Gardens to małe miasteczko oddalone od Memphis o jakieś 10 kilometrów? Nawet dokładnie nie wiem, w każdym bądź razie jesteśmy zmuszeni czekać.
- Mamy trzydzieści minut. - oznajmiłem.
- Idealnie, wypatrzyłam kawiarenkę tuż za rogiem, napijmy się kawy.
- Ugh, zgoda. - mruknąłem.
Wspólnie ruszyliśmy niby znaną przez Taylor drogę. Dziewczyna ma cholernie dobrą orientację w terenie, gdy ja natomiast potrafię zgubić się w centrum. Żartuję, wszędzie się zgubię.
- Halo, Ziemia do Kellsa, ktoś cię woła. - usłyszałem.
Czasami przestaję kontaktować, tak jak wtedy. Nie mam zielonego pojęcia od czego to zależy, naprawdę. Dajmy na to, siedzę na wykładach, słucham bełkotania nauczyciela i nagle się wyłączam. Powinienem z tym iść do lekarza? Nah, pewnie coś sobie ubzdurałem.
- Kto śmie zakłócać moją chwilę kontemplacji? - zapytałem pół żartem.
Chciałem być śmieszny, ale natychmiast przestałem, gdy ujrzałem Mike'a Fuentesa stojącego przed nami.
__________
Kto się wreszcie zmotywował, no kto? No ja :') Czekaliście równe 2 tygodnie, wakacje się udały, tak jakby. Rozdział dłuższy, ale nie wszystkie takie będą, co jest zamierzone, halooo, nie pytać się o to. Ta kontynuacja będzie długa mniej więcej na 20 części (rozdziałów).
Wracamy do myślników, koniec narzekania, jej.
W sumie to tyle mam do zakomunikowania, informowanie o nowych postach wciąż możliwe, więc jeśli chcesz być informowany/a, pisz tu: <KLIK>
O, no tak,
15 komentarzy - następny.
Masz jeszcze jakieś pytania dotyczące fica? Pisz na dole, odpowiem na 100%.