piątek, 26 grudnia 2014

Epilog (Kellic)

¤Vic¤
Nadszedł ten dzień. Inni pewnie by się załamali, pozabijali, cokolwiek, jednak ja wstałem. Wypadek wiele zmienił w moim życiu, na lepsze. Gdy już myślałem, że Kellin odszedł, lekarze powiedzieli coś, co podniosło mnie na duchu. Kells przeżył. Naprawdę. Jego organizm jest cholernie silny i mimo licznych głębokich ran czy obrażeń wewnętrznych serce nadal bije. Nie znam się na tym za bardzo. W każdym razie, dzisiaj odbieram go ze szpitala.
Spakowałem kilka potrzebnych rzeczy, mianowicie bluzkę na zmianę dla niego, jakieś perfumy i tym podobne, ubrałem kurtkę oraz wyszedłem. Mike ciągle spał, nic dziwnego, przecież godzina dziewiąta to godzina wczesna. Sam normalnie bym spał, jednak moja misja jest najważniejsza.
Chwilę później znalazłem się w aucie. Szybko odpaliłem silnik, wcisnąłem pedał gazu. Przede mną spora droga.
*
- To jak, wychodzimy? - zapytałem.
- Chętnie. - mruknął, jednocześnie mnie przytulając. - Nawet nie wiesz jakie obrzydliwe jedzenie tu podają.
- Domyślam się. - odparłem ze śmiechem, trzymając go jeszcze mocniej.
Cholera, brakowało mi tego. Teraz raczej wszystko będzie w porządku. Mam u boku wspaniałego mężczyznę, którego kocham, najlepszego brata na Ziemi i troskliwych przyjaciół. Życie nabrało sensu dzięki Kellinowi. Dziękuję za to Bogu.
__________
Koniec, dziękuję za czytanie, komentowanie, bla bla. Po prostu dzięki.
To już moje drogie skończone opowiadanie, jestem w szoku, że ktokolwiek to czytał, omg.
Robię sobie tutaj przerwę, ale w między czasie będę tu: <KLIK>, więc jeśli chcecie to wchodźcie śmiało, zapowiada się ciekawie :/
Jeszcze raz dzięki, widzimy się za 16 komentarzy, czyli jak dobrze pójdzie to za kilka tygodni.
Luv.

niedziela, 21 grudnia 2014

7. (Kellic)

¤Vic¤
Strasznie się zestarzałem. Już najmniejsze czynności sprawiały mi kłopoty, na przykład pochylanie się czy bieganie. Spory czas temu doznałem poważnej kontuzji, co sprawiło, iż zaprzestałem uprawiać jakikolwiek sport. Na szczęście moja sylwetka pozostała taka sama, a zgromadzonego tłuszczu nie widać. Co się jeszcze zmieniło? Urosły mi włosy, ale to bardzo. Aktualnie mam je za ramiona, ale jakoś nigdy nie mogę trafić do fryzjera. Czy ja naprawdę kontempluję nad moimi kudłami? Starość nie radość... Co ja gadam. Gdzie się podział dawny Vic?
Uśmiech mimowolnie zawitał na moich ustach. Rozmyślanie o teraźniejszości czasami potrafi być śmieszne. Jednak o wiele bardziej śmieszyła mnie wizja ponownego zobaczenia Quinna. Na początku nie miałem pewności, spotkać go czy nie? Jednak ostatecznie postanowiłem nic nie odwoływać. Normalne, koleżeńskie spotkanie po latach. Napijemy się piwa, pogadamy, a później wrócimy do swojego życia zapominając o drugim.
Włożyłem lekko zniszczone trampki, skórzaną kurtkę oraz wyszedłem. Byłem zestresowany? Ani trochę, szczerze, zwisało mi to, naprawdę. Chce spotkania to się spotkamy, nie to nie.
Szedłem prostą drogą, nie zważając na resztę świata. Moim marzeniem w tamtym momencie było szybko dotrzeć na miejsce, usłyszeć jego głos po tak długim czasie rozłąki. Odrobinę tęskniłem.
Mijałem kolejne samochody z uśmiechem na twarzy. Coraz bliżej. Dokładnie po piętnastu minutach dotarłem na miejsce. Mały barek w centrum o nazwie "Red Rose" musiał wystarczyć. To nie jakaś tam speluna dla mało zamożnych ludzi, to całkiem niezla speluna dla wszystkich kategorii mieszkańców Memphis. Czemu nazwam ów barek speluną? To znaczy, nie tylko ja, sam właściciel, a mój dobry przyjaciel z meksykańskiej grupki, Jaime również. Właśnie! Zapomniałem opowiedzieć co się stało z chłopakami. Preciado, jak już oznajmiłem, jest właścicielem czerwonej róży, znalazł sobie ładną striptizerkę i razem tworzą parę. Mike mieszka ze mną, a Tony wyjechał do Medford studiować politykę. Da się studiować politykę? Nieważne, w każdym razie zostaliśmy we trójkę. Młody zaczął rapować (nie można go słuchać, to okropne), z Perry'm nadal utrzymuję kontakt, na sto procent niedługo do nas przyjedzie.
W oddali zobaczyłem chudą, niską sylwetkę z długimi włosami. Zauważyłbym więcej, gdyby nie ciemność, która niedawno zapadła w Stanach. Prawdopodobnie tylko w USA, przecież na świece panują różne strefy czasowe.
Postać stawała się coraz wyraźniejsza, a ja mogłem ujrzeć Kellina. Chłopak podszedł jeszcze bliżej, stanął na palcach, a następnie mnie pocałował. Lekko go odepchnąłem.
- Hola, hola, hola. Też miło cię widzieć. - powiedziałem uprzejmie.
- Ta, jasne. - mruknął, jednocześnie drapiąc się po głowie z niezręczności, która zapanowała.
Wcale się nie dziwie, jeszcze przed chwilą rzucił się na mnie, jak pies na mięso.
- Może wejdziemy? - zaproponowałem.
- Czemu nie.
Otworzyłem drzwi oraz ustąpiłem pierwszeństwa Kellinowi niczym prawdziwy dżentelmen, znalazł wolny stolik, usiedliśmy, a ja zawolałem Jaimego.
- Joł, Vic, kopę lat, stary! - zawolał, ściskając moją dłoń.
- Ty stary koniu! Ile to minęło? Dwa dni? - zaśmiałem się.
- Jeden dzień, dwadzieścia trzy godziny, czterdzieści pięć minut i... pięćdziesiąt sekund, jeśli być dokładnym. - spojrzał na zegarek.
- Dobrze, że nie podałeś milisekund. - zażartował Quinn.
- W sumie to... - Preciado zaczął. - Minął dokładnie jeden dzień, dwadzieścia trzy godziny, czerdzieści pięć...
- My poprosimy dwa piwa, dzięki. - przerwałem szybko w śmiechu.
Odszedł od stolika. Jest, udało się!
- To opowiadaj, co tam u ciebie, jak życie i tak dalej. - zagadałem.
- Serio nie masz lepszych tematów? - zapytał.
- Nie widzieliśmy się, nawet nie wiem dokładnie ile, nieoczekiwanie dzwonisz do mnie po tym czasie rozłąki, nagle chcesz spotkania, jakim kurwa cudem mam mieć lepsze tematy? - warknąłem.
Nie zapowiada się ciekawa rozmowa.
- Masz rację, przepraszam. - oznajmił. - Po prostu tęskniłem.
- Ja też, szczególnie po tym jak zostawiłeś mnie na lodzie w liceum.
- Pamiętaj, że to twoja wina. - powiedział defensywnie.
- Wiem, ale cię nawet błagałem na kolanach o przebaczenie. Kurwa, zlałeś mnie.
- A jak byś inaczej postąpił?! - krzyknął.
- Nie tak, jak ty, to na pewno! - odkrzynąłem.
Łzy napłynęły do jego pięknych oczu, zerwał się z krzesła jak opętany oraz wybiegł z lokalu. Spanikowałem. Powiedziałem za dużo. Cholera jasna, Victor! Widzisz chłopaka po paru latach i mówisz takie rzeczy! Miał prawo być zły, miał prawo ze mną zerwać, miał do wszystkiego prawo. Znowu zjebałem.
Również wstałem z krzesła i za nim pobiegłem. Może jakoś to odratuję? Nie wiem.
Sprawnie otworzyłem drzwi oraz wylądowałem na ulicy. Szyciej, Vic, jeszcze go zgubisz.
W jednym momencie życie przeleciało mi przed oczami. Dlaczego?
- Kellin! - wrzasnąłem.
Upadł na ziemię, a jedyne co można usłyszeć to pisk opon. Samochód stanął, a ja błyskawicznie podbiegłem do jakby martwego Kellsa. Zacząłem nim potrząsać, by choć na chwilę otworzył swoje wcześniej zapłakane, jasne oczy. Na około było pełno krwii. To nie może być koniec, nie teraz.
- Kellin, proszę, obudź się. - zapłakałem. - Kellin, kocham cię, tak bardzo, Kellin...
__________
End of story. Tak, koniec. Uznałam, że nie ma co tego przeciągać. Czekajcie jeszcze na epilog. Zobaczę czy dodam go w sobotę, czy może wcześniej, czy później.
W każdym razie 15 komentarzy - epilog.
Dodaję rozdział w moje urodziny, choć miał być wczoraj, przepraszam.
Zapomniałabym! Wesołych świąt, szczęśliwego nowego roku, dużo prezentów itp.
PEES, razem z poisonem stworzyłyśmy blog o nazwie Frebola, nie oceniajcie, po prostu obserwujcie XD <KLIK>

sobota, 13 grudnia 2014

6. (Kellic)

Pierwsza nad ranem. Godzina niby późna, ale i wczesna, trudno dokładnie określić jaka ona jest. Wiem jedno - nie spałem już. Prawdopodobnie ze stresu przed zobaczeniem miłości mojego życia, chociaż bezsenność może mieć inne podłoże, na przykład powodem będzie ciężka choroba. Właśnie, przypomniałem sobie dowcip. Co jest gorszego od kraba na pianinie? Rak na Twoich organach. Od małego uwielbiałem czarny humor, tak naprawdę jedynie takie żarty mnie śmieszyły.
Jeszcze raz spojrzałem na zegarek, by się upewnić czy na pewno jest tak rano. Niestety było, a czułem, że nie dam rady ponownie zapaść w sen, nawet ten najpłytszy, więc wstałem z łóżka. Leniwym krokiem ruszyłem do łazienki, gdzie wziąłem krótki prysznic, umyłem zęby i tym podobne. Następnie zjadłem szybkie śniadanie w salonie, jednocześnie oglądając poranne wiadomości. Znowu mówili o psycholach, powodziach, napadach. Co się dzieje w tych Stanach? Żartuję, mnie to rybka, najważniejsze, by w Memphis można było żyć. Jak na razie nigdzie nie planuję wyprowadzki. Skończę studia, zdobędę dobrze płatną pracę, kupię dom w centrum, może nawet adoptuję dzieci, krótko - ułożę sobie życie. Niestety, by tak się stało, potrzebuję Victora. Wiem, ostatnio tylko o nim myślę. Po prostu jestem cholernie szczęśliwy, że dostałem szansę. Chciałbym zacząć wszystko od nowa, lecz "na przeszkodzie" stoi szkoła. Czemu? Do wieczora jeszcze kawał czasu, a ja muszę iść na zajęcia. Pewnie przesiedzę tam, rozmyślając. Czyżby mały Kellin znów poczuł to co w liceum?
Po skończonym posiłku, obudziłem Tay co było, hmm... wyzwaniem, jednak musiałem, bo minuty na zegarku leciały nieubłagalnie szybko, sprawiając iż była niemal dziewiąta. Gdy wstała, czułem się jakbym dopiero co zszedł z ringu. Twarz miałem podrapaną, prawdopodobnie na rękach uformują się ciemnofioletowe sińce. Więcej jej nie budzę!
- Jedziemy autobusem? - zapytałem po chwili, jednocześnie patrząc na dziewczynę.
- Chyba po coś mam prawo jazdy. - odparła ugryźliwie.
- Taylor z rana jak śmietana. - zażartowałem.
Ona tylko przewróciła oczami, ubrała wysokie koturny, założyła bluzę, otworzyła drzwi i wyszła, zostawiając mnie w przedpokoju. Również założyłem buty, zakluczyłem owe drzwi oraz pobiegłem za Jardine. Sprawnie wsiadłem do auta.
- Naprzód przygodo! - wykrzyknęła.
- Jesteś psychiczna, zapomniałaś dzisiaj wziąć swoje psychotropy? - spytałem z uśmiechem od ucha do ucha.
- Następnym razem idziesz pieszo, Quinn.
Tak zakończyła rozmowę. Bardzo dobrze. Co prawda, lubię jej dopiekać, wręcz uwielbiam, ale co za dużo to niezdrowo, jak powiadają. Wolałem w duszy się modlić, aby ten dzień minął jak najszybciej i żeby był już mój upragniony wieczór.
*
O dziwo, lekcje zleciały naprawdę szybko, a profesorzy postanowili nas tak nie męczyć pytaniem. Mogłem spokojnie siedzieć, nawet na etyce usnąłem. Taki ze mnie okropny student! Łamię reguły, kto by pomyślał!
Wróciłem do willi. Boże, jak ja się stresowałem. Czułem, że flaki normalnie latają w moim brzuchu, oczywiście sprawiając mi ból nie do wytrzymania. Co ubrać? Jak uczesać włosy? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. Cholera.
- Taylor Kathleen Jardine, w tej chwili cię widzę w garderobie! - krzyknąłem.
- Boże, Kellin, nie tak oficjalnie! - usłyszałem.
Szybkim krokiem ruszyłem do umówionego miejsca.
- Co jest?
- Mam randkę, to jest! - ponownie podniosłem głos. - Nie randkę. Nie wiem co to jest, Tay.
Przytuliłem ją, jednocześnie ocierając pojedyncze łzy. Stres mnie wykończy.
- Wybierzemy ci jakiś ładny strój, wszystko będzie ok, a teraz przestań ryczeć, bo rozmażesz sobie makijaż, panienko. - odpowiedziała.
- Nie jestem panienką. - mruknąłem.
- Jesteś, a teraz, jak chcesz dzisiaj wyglądać?
- Nie wiem.
- Hmm.. - zamyśliła się.
- Proszę, nie karz mi zakładać garnituru. - powiedziałem błagalnie.
- Masz to i nie narzekaj, bo więcej ci nie pomogę. - odparła ugryźliwie wręczając mi ciemne spodnie oraz szary t-shirt.
- Jesteś aniołem! - pocałowałem ją w policzek.
Posłała mi nieśmiały uśmiech, który odwzajemniłem, a następnie uciekłem do łazienki zmienić ubranie. Zostało jakieś dwadzieścia minut, czyli bardzo mało. Co ja zrobię przez dwadzieścia minut? Ludzie, zgłupieję. Co jeśli się czymś ubrudzę? Nie mam drugiej takiej samej bluzki. Co jeśli podrę spodnie? Co jeśli się spóźnię? Co jeśli on się spóźni? Co jeśli, nie wiem, co jeśli on nie przyjdzie?
Nie może nie przyjść.
Miałbym złamane serce.
Mniejsza, ubrałem dane ciuchy, uczesałem swoje kruczoczarne włosy, umyłem twarz, wypsikałem na siebie cały dezodorant, przewróciłem się z cztery razy. Zestresowany Kellin = niezdarny Kellin. Zestresowany Kellin = porażka. No cóż, w tamtym momencie byłem chodzącą porażką.
- Wychodzę. - oznajmiłem.
__________
Znowu za krótki, znowu nudny, znowu okropny, idk co jeszcze. Po prostu brakuję mi czasu, cieszcie się, że w ogóle coś dodaję w terminie.
15 komentarzy - następny.

sobota, 6 grudnia 2014

5. (Kellic)

- Jaki Vic? - mężczyzna zapytał. - Kellin, do reszty oślepłeś?
- Boże, Alan, przestraszyłeś mnie. - mruknąłem.
- Nawet we mnie widzisz tego jebanego Fuentesa? No fajnie. - warknął.
- Daj mi spokój. - oznajmiłem, może nieco zbyt agresywnie, a następnie zwinnie go wyminąłem, by uniknąć dalszej konwersacji.
Czy to przypadek, że w Ashby'm widziałem Victora? Czemu jego rude włosy zmieniły kolor na brąz, czemu zamiast jego twarzy zobaczyłem twarz Vika? Prawdopodobnie mój mózg zgłupiał do reszty. Albo wciąż za nim tęsknię, albo to po prostu moja wyobraźnia. Choć przekalkulowawszy niektóre rzeczy stwierdzam, iż nie mam się czym frasować. Nie ma sensu powtarzać niektórych rzeczy, warto zostawić przeszłość za sobą. Nie ma sensu pomagać ludziom, skoro za jakiś czas oni cię skrzywdzą. Doświadczyłem wystarczająco dużo zachowań tego typu, więc doszedłem do owego wniosku. Nie potrzebuję niczyjej pomocy, potrafię stanąć o własnych siłach bez drugiej osoby. Potrafię, przecież podniosłem się po stracie Fuentesa, nie zareagowałem na odejście Alana, prawdę mówiąc, miałem to gdzieś. Właśnie, zignorowałem zerwanie! Można? Można. Cóż, niektóre rzeczy przychodzą do nas dość nieoczekiwanie, w najmniej odpowiednich momentach. Uderzają jak grom z jasnego nieba, jak zimna woda w gorącą skórę. Doznajemy olśnienia, wyzwalamy się spod jarzma osób nam niepotrzebnych, zostawiamy tylko prawdziwych przyjaciół, bez których dalsza egzystencja byłaby bezsensowna. Fakt, trochę tęsknimy za pozostawionymi w otchłani zapomnienia, lecz po czasie wszystko stanie się idealne, właśnie bez nich. Przypadek Kellina Quinna, czyli mój, jest trochę bardziej skomplikowany. Chciałbym zapomnieć, porzucić wspomnienia za sobą, ruszyć do przodu. Mimo tego, jak silnego udaję, gdzieś w duszy cholernie cierpię, chcąc wrócić do przeszłości. Jestem po prostu słaby, pragnę znów poczuć jego zapach, pragnę znów go przytulić, pragnę znów usłyszeć głupie słowa "kocham Cię". Przeczę sam sobie, istny paradoks! Moje myśli to paradoks. Moje zachowanie to paradoks. Odrzucam kolejnych ludzi, a później narzekam, że jestem samotny, że nie mam do kogo otworzyć buzi, że mi smutno. Pogrążam się coraz głębiej w depresji, popadam w dołek, z którego ciężko wyjść. Może potrzebuję kogoś, by mnie ocalił?
Kontynuując dalszą wędrówkę nieustannie rozmyślałem, niemal toczyłem zawziętą walkę. Ostatecznie dotarłem pod willę Jardine, wszedłem do środka od razu zdejmując buty.
- O, już jesteś? - dziewczyna zapytała.
Cicho westchnąłem.
- Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, po prostu trochę za szybko szedłem. - skłamałem.
- Oh, ok, jak coś to zrobiłam kolację.
- Dzięki, nie jestem głodny. - mruknąłem.
Tay popatrzyła się na mnie badawczo, ale porzuciła konwersację, co dało mi wolną rękę, by iść do sypialni. Tak też zrobiłem. Niczym małpka sprawnie pokonałem wysokie schody, szybko otworzyłem drzwi i natychmiast wylądowałem na miękkim materacu.
Czemu sprawy się tak komplikują? Jeszcze kilka dni temu miałem cudownego chłopaka oraz własne mieszkanie, które z nim dzieliłem. Co się zmieniło przez tak krótki czas? Nie mam zielonego pojęcia.
Alan zjebał, nie ja. To on zawinił, nie ja. Gdyby nie jego bezmyślne zachowanie, wciąż bylibyśmy szczęśliwą parą, planowałem nawet po studiach zaadoptować dziecko. Szlag to strzelił.
Jednak... za Ashby'm nie tęsknię. Tęsknię za Vicem. Od początku tęskniłem, od samego początku. Kocham go, tak bardzo go kocham, że mu wybaczę, zapomnę cokolwiek jeszcze zrobił złego w stosunku do mnie. Miłość zawsze przezwycięża przeciwności, prawda? Musi, bo ja bez niego nie przeżyję chociażby sekundy dłużej.
Znalazłem komórkę, wygrzebałem stary numer Vika, który trzymałem od liceum. Teraz albo nigdy, Kells.
Przycisnąłem zieloną słuchawkę.
Jeden sygnał.
Drugi sygnał.
Trzeci sygnał i nic.
- Halo? - odezwał się głos.
O mój Boże, zaraz dostanę zapaści.
- Witam, czy rozmawiam z Victorem Fuentesem? - udałem poważny głos.
- Tak, a ja z kim rozmawiam?
- Jezu, Vic. - otetchnąłem. - Z tej strony Kellin, Kellin Quinn.
- Kellin? - zapytał niepewnie.
- Tak. - zaśmiałem się.
*
Poniosło mnie. Czemu? Skakałem po pokoju jak nienormalny. Umówiliśmy się! Nie na randkę, zwykłe spotkanie. Jeden telefon i wszystkie ciemne chmury odpłynęły. Dostałem szansę, szansę, której po prostu nie mogę zmarnować. Tym razem się uda.
- Tay! - krzyknąłem podekscytowany.
- Kellin, co ćpałeś? Jeszcze niedawno byłeś super zmęczony.
- Bardzo śmieszne. - mruknąłem. - Nie musiałem czegokolwiek ćpać.
- Co jest? - zapytała ostatecznie.
- Zadzwoniłem do Fuentesa.
- Po co znowu dzwoniłeś do Mike'a? Dobrze wiesz, że mi się podoba.
- Nie tego Fuentesa. - odparłem rozbawiony.
- Pojebało cię do reszty, Quinn!? - wrzasnęła. - Przecież on cię zranił. Jak w ogóle możesz się tak zachowywać?
- Ja go kocham, Tay. Uświadomiłem sobie coś. Tak naprawdę przez Alana. Gdy mnie zostawił, zacząłem rozmyślać. Bardzo dużo rozmyślać, aż w końcu doszedłem do wniosku, że jest mi potrzebny. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Jesteś pewien? - zapytała, tym razem spokojniej.
- Na to wygląda. - odpowiedziałem szeroko się uśmiechając.
- No dobra. - odparła w końcu. Odetchnąłem. - Ale! Jeśli jeszcze raz cię skrzywdzi to ja skrzywdzę jego.
- Spokojnie, nie skrzywdzi.
Tymi słowami zakończyłem konwersację. Jedyne co teraz potrzebowałem to sen. Mimo wszystko, czas leciał nieubłagalnie szybko, co mnie cieszyło. Spotkać się z Vikiem miałem jutro wieczorem. Pójdziemy na jakiegoś typu spacer po parku albo po mieście. Zresztą, nieważne co będziemy robić ani gdzie, naważniejsze, iż będziemy razem. W swoim towarzystwie. Nie mogę przestać myśleć o jego silnych ramionach, które niedługo mnie obejmą, o jego brązowych, przenikliwych oczach, o jego meksykańskim akcencie, o każdym jego szczególe.
To już za kilkanaście godzin.
__________
Przepraszam, że rozdział jest krótki, ale nie było czasu żebym cokolwiek napisała, to cud, że się w ogóle wyrobiłam, wiecie, próbne egzaminy, zwiedzanie przyszłej szkoły itp.
W każdym razie, zauważyłam pewną rzecz. Coraz rzadziej komentujecie. Jeśli nie wyrobicie się w tydzień to postów nie będzie - proste.
15 komentarzy - następny.

sobota, 29 listopada 2014

4. (Kellic)

- Spotkasz się z nim? Beze mnie? - zapytała.
Tay postanowiła odstawić mi scenę, bo jestem umówiony z Mike'ym. Nie sądziłem, że weźmie to wszystko na poważnie, przecież widzieli się tylko raz w życiu. Nie można być zazdrosnym o kogoś, kogo ledwo znamy. Przynajmniej tak myślałem, choć mogę się mylić.
- Tak, napisał do mnie, więc wychodzę. - odparłem.
Przewróciła oczami jednocześnie kontynuując swoją drogę do kuchni, ja natomiast ruszyłem do mojej tymczasowej siedziby, gdzie będę spał i urzędował, do czasu znalezienia czegoś własnego, ale żeby znaleźć coś własnego trzeba najpierw mieć pracę, której nie posiadałem. Już dawno myślałem nad złożeniem CV w jakiejś niewielkiej księgarni, gdyż większych kwalifikacji nie posiadałem. Teraz żałuje, że nie poszedłem do szkoły z gotowym zawodem po jej ukończeniu. Nie zdałem jeszcze egzaminu do palestry (zresztą wyznaczonego na czerwiec), jedyne co potrafię to wyrecytować kilka podpunktów z kodeksu karnego. Z czasem zacząłem naprawdę zastanawiać się, co by było, gdybym wybrał zupełnie inny kierunek nauczania. Matty dla przykładu wyjechał z Memphis (jak już wcześniej wspomniałem) do Oklahoma City w stanie Oklahoma oraz dalej szkoli się w przekazywaniu matematycznej wiedzy małym idiotom. Mullins nauczyciel, już to widzę. Katelynn również wyjechała wraz ze swoim nowym chłopakiem, jednak na Florydę. Oboje uciekli. Jasne, najlepiej tak! Najprostsze wyjście.
- Hej, Tay! - zawołałem.
- No? - odkrzyknęła.
- Nie wiem co założyć!
- Haha, Kellin strojniś. Czekaj, idę tam do ciebie!
Bez przerwy słyszałem jej donośny śmiech. Czemu zawsze musi być taka wredna?
- Co my tu mamy.... - mruknęła, jednocześnie grzebiąc wśród ubrań, prawdopodobnie szukając odpowiedniej "szmaty".
Szukała dobre pięć minut, poważnie, aż wyciągnęła jakąś bluzkę z nadrukiem i jeansy.
- Proszę. - powiedziała dumnie, po czym podała mi ubranie.
- Jezusie. - zaśmiałem się. - Dzięki, już sobie poradzę.
Wszedłem do małej łazienki umiejscowionej na tym samym piętrze co mój pokój. Jardine dostała w spadku po babci dwupiętrową willę, którą zamieszkiwała sama, więc raczej ogarnęło ją szczęście, że chciałem dzielić z nią ten dom. Przynajmniej teraz miała współlokatora.
Sprawnie założyłem dane rzeczy i muszę przyznać, iż całkowicie pasowały do luźnego typu owego spotkania z młodszym Fuentesem. Nie będzie to jakieś nie wiadomo co, po prostu zobaczymy się, pogadamy, może nawet wypijemy kawę, kto wie. W każdym razie raczej zaczerpniemy przyjemność ze swojego towarzystwa.
W korytarzu założyłem trampki, a następnie wyszedłem z domu, jednocześnie żegnając Tay. Dziewczyna jedynie pokiwała głową na znak zrozumienia. Pewnie zabiorę ją kiedyś, o ile jeszcze kiedykolwiek zobaczę Mike'a. Nie to, żebym planował więcej go nie spotkać, tylko najzwyczajniej jestem przygotowany, że jemu też coś odbije oraz postanowi zerwać kontakt. W liceum nie mieliśmy super relacji, skąd, choć mimo wszystko go polubiłem.
Szedłem spokojnie, nie śpieszyłem się, bo nie miałem takiej potrzeby. Zawsze wolę się spóźnić, aniżeli przyjść pierwszym. Czemu? Nienawidzę czekać, nieważne na co, czy na jedzenie czy na kogoś, z kim jestem umówiony. Po prostu nienawidzę. Przechodzą mnie ciarki na samą myśl o czekaniu. W każdym razie dziesięć minut później stanąłem pod ustalonym wcześniej miejscem. Mike'y już tam stał.
- Hejka! - zacząłem.
Chłopak pokazał swoje śnieżnobiałe zęby, by następnie zamknąć mnie w uścisku.
- Ktoś tu się stęsknił. - powiedziałem po wydostaniu się z jego wytatuowanych ramion.
- Może trochę. - zażartował. - To gdzie idziemy?
- Zaproponuj coś? - poprosiłem.
- Panie zawsze wybierają. - odparł.
- Bardzo śmieszne, Fuentes. - mruknąłem. - Chodźmy do kawiarni, postawisz mi gorącą czekoladę!
- No zgoda. - pokwitował.
*
Godzinę osiemnastą uznałem jako odpowiednią, aby wrócić do domu. Jak już wcześniej wspominałem - nie czułem potrzeby zostania z nim chociażby minuty dłużej, lecz bawiłem się świetnie. Porozmawialiśmy, większością żartowaliśmy, tylko czasami schodziliśmy na te niebezpieczniejsze tematy, głównie Alana i Victora. Przez przypadek wygadałem, że zerwałem z Ashby'm, co spotkało się z ogromnym zrozumieniem i tak dalej. Reasumując - było fajnie, trochę niezręcznie, ale fajnie.
Teraz natomiast szedłem spokojnym krokiem, przemierzając centrum Memphis. Cel miałem prosty - pójść spać. Dzień pełen wrażeń dobrze mi zrobił, dzięki temu mój organizm powoli się męczył. Pod koniec dnia po prostu usypiałem. Od domu dzieliło mnie, hmm, uznajmy, iż jakieś czterdzieści pięć minut spacerkiem. Zadzwonić po Tay czy nie zadzwonić? Oto jest pytanie.
Kontynuowałem swoją drogę, czasami mijałem osoby, których nie znałem, co tylko ułatwiało mojej osobie dalszą wędrówkę. Nie bardzo chciałem zostać zaczepiony przez znajomego na ulicy, nie bardzo chciałem wdawać się z nim w konwersację, nie bardzo chciałem robić cokolwiek. Niestety z zamyślenia wpadłem w jakiegoś młodego mężczyznę z długimi, brązowymi i kręconymi włosami oraz z kolczykiem w nosie. Mimo ciemności idealnie rozpoznałem ową postać.
- Kellin? - chłopak zapytał.
- Vic?
__________
Postaram się dodawać rozdziały co tydzień w sobotę, zobaczę jak to wyjdzie.
15 - następny.

sobota, 22 listopada 2014

3. (Kellic)

Każdy czasem ma taki okres, że posiada pewne trudności ze wstawaniem. W zależności od osoby i jej trybu życia owe problemy są silniejsze bądź słabsze. Gdyby patrzeć na to ogólnikowo, studenci poświęcają godziny przeznaczone na sen ucząc się. Dokładnie! Nie raz, ani dwa zarywałem nockę pochłaniając materiał. Ten przypadek był zdecydowanie inny. Usnąłem stosunkowo wcześnie, a jednak mimo wszystko Alan budził mnie godzinę, dosłownie. Zajęcia zaczynałem o dziesiątej, zazwyczaj na uczelnię docieram w pół godziny, autobusem. Raz na ruski rok uda mi się namówić rudzielca, by "przy okazji" mnie tam odwiózł. Trochę mu nie po drodze, gdyż jego praca leży zupełnie w innym kierunku od Uniwersytetu.
Przetarłem oczy dłońmi, by obraz przestał być rozmazany. Oh, słodkie poranki, jak ja ich nienawidzę. Brzmię jak rozwydrzony nastolatek, który nienawidzi świata, przyznaję. Dorosły człowiek bierze wszelakie przeciwności losu na klatę, pokonuje je, a nie narzeka. Dlatego leniwie, bo leniwie, ale wstałem. Odnalazłem okulary, przez młodzież potocznie nazywane "kujonkami", założyłem je na nos, co sprawiło, iż wcześniej całkowicie rozmyte pole widzenia stało się ostre jak nowo zakupiona żyletka. Problemy ze wzrokiem miałem już w liceum, rzadko o tym rozmawiałem, wręcz unikałem tegoż tematu. Wtedy nie potrafiłem podejść do matki, poprosić o daną kwotę na okulistę. Skutki w teraźniejszości są? Niestety są. Według Alana wyglądam uroczo mając głupi przedmiot doprowadzający me oczy do ładu. Według Tay również, tylko jej zdanie się nie liczy. Cokolwiek bym nie założył, ona i tak stwierdzi, iż wyglądam uroczo.
Ukradkiem spojrzałem na zegarek umiejscowiony na blacie małego stolika nocnego. Ósma czterdzieści nie jest aż tak złą godziną, miałem pewnego rodzaju wrażenie, że było po dziewiątej. Nawet lepiej! Prawdopodobnie zdążę pierwszy raz od... hm.. w sumie od tygodnia. Można mi gratulować, przyjmuję też pokłony.
Podszedłem do rozsuwanej szafy w poszukiwaniu normalnych ubrań. Bałagan, bałagan... o! Jedna praktycznie niewygnieciona bluzka. Cóż, zostałem na nią skazany, więc powolnym krokiem ruszyłem do łazienki w jakiś sposób się ogarnąć. Wziąłem krótki prysznic, wykonałem rutynowe czynności i za niecałe piętnaście minut stanąłem pod drzwiami wejściowymi czekając na wciąż szykującego się Alana. Zeszło dłużej aniżeli myślałem, ponieważ Ashby postanowił jeszcze zjeść śniadanie co było nowością. On nigdy, powtarzam, nigdy nie je śniadania. Dziwne, zmienił swoje zachowanie z normalnego na nienormalne. Chyba muszę z nim porozmawiać na ten temat.
- Gotowy? - zapytałem, gdy w końcu podszedł do drzwi.
Skinął głową, po czym ruszyliśmy w dół klatki, schodząc po schodach, a następnie wsiedliśmy do samochodu. Chłopak odpalił silnik, wprawiając maszynę w lekkie drgania. Oparłem głowę o tył fotela, rudzielec natomiast pozostawał na nic niewzruszony, po prostu cała jego uwaga skupiona była na drodze oraz przejeżdżających obok autach.
- Um.. - zacząłem. - Możemy pogadać?
- Jestem zajęty, nie widzisz? - odparł ugryźliwie.
- Nie bądź wredny. Chcę tylko coś wyjaśnić.
- Dobra, nawet okulary ci nie pomagają. Czego chcesz? - zapytał niewzruszony.
Czegoś nie rozumiem. Wczoraj był najmilszym facetem jakiego kiedykolwiek spotkałem, no... może przesadzam, ale był naprawdę miły, milszy niż przez większość naszego związku.
- Co się z tobą dzieje? Masz zły humor czy jak, bo od dość dawna jesteś nie do zniesienia. Co się zmieniło?
Wypuścił głośno powietrze.
- Psuje się między nami, Kellin. - przyznał. - Po prostu przestałem cokolwiek do ciebie czuć. Jesteś nudny, nie można nic z tobą zrobić. Wieczne kolacje w domu mi nie odpowiadają. Twoje towarzystwo mi nie odpowiada. To koniec, mam cię dość.
- Zrywasz ze mną? - prychnąłem.
- Mniej więcej, wysiadasz pod uczelnią, a dzisiaj się wyprowadzam, albo ty, co wolisz. - odparł.
Byłem zły, rozczarowany, trochę smutny i przerażony. Alan na nas utrzymywał, a w tamtym momencie straciłem dopływ jakiejkolwiek gotówki. Nie zarabiał kokosów, ale starczało, spokojnie opłacaliśmy rachunki, jeszcze zostawało na przyjemności. Żyliśmy niczym prawdziwe dwudziesto dwu letnie osoby, jedliśmy zupy z puszek, kanapki, gdyż żaden nie potrafi gotować. Czemu myślałem tylko o pieniądzach? Kochałem go, a on zerwał. W związku z tym powinno być mi okropnie na sercu. Natomiast nie czułem nic - rozpaczy, żalu, nic.
- Świetnie, i tak byłeś słaby w łóżku. - skłamałem, po czym wyszedłem na chodnik.
Ruszyłem przed siebie. No co, zostawił mnie. Znowu. Niepotrzebnie dawałem mu drugą szansę, którą tak czy inaczej spierdolił. Szkoda, że w liceum nie pomyślałem.
Otworzyłem pokaźne drzwi Uniwersytetu oraz niemal natychmiast wszedłem do środka. Godzina dziesiąta, a był tu niemały ruch. Co chwilę ktoś kogoś przepychał, na korytarzu rozbrzmiewały głosy, głównie kobiet plotkujących na rozmaite tematy. Nie wsłuchiwałem się, po prostu szukałem Tay. Mijałem kolejne klasy, aż ostatecznie zobaczyłem brunetkę ubraną w jasną sukienkę.
- Hej, Jardine! - krzyknąłem.
Dziewczyna się odwróciła, więc ją znalazłem
- O, hej, Quinn. - odpowiedziała, odchodząc od swoich znajomych.
- Dobrze wiesz, że to nie jest moje nazwisko. - cicho się zaśmiałem.
- Co tam? - zmieniła temat.
- Zerwałem z Alanem. - oznajmiłem z uśmiechem.
- To jest powód do radości?
- Nawet sam nie wiem. Stwierdził, iż jestem nudny, ma mnie dość, więc nie ma co tego ciągnąć.
- Masz rację, od dzisiaj szukamy Kellsowi chłopaka!
- Jak chcesz. - mruknąłem. - Um, Tay, mam do ciebie sprawę.
- Jaką? - zapytała.
- Mogę trochę z tobą pomieszkać? Wiesz, Ashby kazał mi się wyprowadzić.
*
Pakowałem swoje rzeczy już jakieś piętnaście minut. Dom stał pusty, dlatego bez problemu dostałem się do środka. Wiedziałem, gdzie leżą klucze, po wszystkim odłożę je na miejsce, lecz teraz miałem ciekawsze zajęcie - opróżnienie wszelakich szafek/półek/czegokolwiek. Przy okazji podarłem kilka naszych wspólnych zdjęć, ale wyłącznie przez przypadek. Nie chciałem być wredny, ani nic, samo z siebie tak wyszło.
Przez ten czas miałem naprawdę wystarczająco czasu na refleksję oraz doszedłem do wniosku, iż powinienem wspomnienia związane z Alanem zostawić za sobą. Nie ma potrzeby bez przerwy o nim myśleć, skoro dobrowolnie mnie rzucił, rozbił moje serce na kawałeczki, znowu. Ogarnąłem również, że nie warto dawać ludziom drugiej szansy. Jedni cię zdradzają, drudzy zostawiają bez powodu, trzeci biją, poniewierają (na szczęście tego nie doświadczyłem), ale mimo obiecywania poprawy, oni nadal kontynuują poprzednią czynność. To tak jak zabronić alkoholikowi pić, przecież, halo, on do tego wróci, chociaż nie wiadomo jak bardzo chciałby przestać. Nie wierzę w "poprawę" u takich osób, po prostu nie.
Ostatnia bluzka i od razu ruszyłem w stronę drzwi. Szybko je otworzyłem, zamknąłem na klucz, po czym ów przyrząd schowałem pod wycieraczkę. Wiem, super miejsce, ale lepsze to niż nic. Przed klatką poczułem wibrację w spodniach oznaczającą przyjście smsa. Ekran wyświetlił 'Mike Fuentes". Odrobinę się przestraszyłem.
M: Hej, stary! Jestem w pobliżu i tak sobie myślę, może chciałbyś się spotkać?
K: Hej, Mike, czemu nie. Odpowiada Ci za jakąś godzinę? Aktualnie mam zajęcie.
M: Ekstra, do zobaczenia potem :)
__________
Rozdział! Tak sobie myślę, czy postów nie dodawać co tydzień, dla wszystkich byłoby o wiele łatwiej. Co o tym sądzicie?
+ O BOŻE, ALAN SOBIE POSZEDŁ. Wiem, że czekaliście na to jakieś, umm, 2 chaptery? XD Niecierpliwi ludzie, ale I promise, niedługo będzie akcja, oki nie oki.
15 - następny, buźka.

niedziela, 16 listopada 2014

2. (Kellic)

Otworzyłem szeroko buzię. Przecież jak inaczej miałem zareagować? Z rodziną Fuentesów straciłem kontakt po liceum, co bardzo mnie cieszyło, gdyż nie byłem zmuszony oglądać więcej Victora. Tak, wiem, to takie niedojrzałe, ale naprawdę cierpiałem. Więc czemu teraz? Czemu Mike zjawia się akurat teraz, kiedy wreszcie ułożyłem sobie życie? Może chce po prostu pogadać, a ja, jak zwykle, panikuję. Czasami naprawdę potrzebuję opanować niektóre odczucia, bo natychmiast zaczynam panikować.
- Hej, stary, kopę lat! - zagadał.
Wyglądał dokładnie podobnie jak w szkole, teraz posiadał kilkudniowy zarost oraz prawdopodobnie przybyło mu tatuaży, nie żebym o to dbał.
- Um, cześć. - odpowiedziałem zestresowany.
Przecież nie będę rozmawiał z bratem mojego byłego o pogodzie. Nie będę, prawda?
- Kim jest ta urocza pani?
- Ah tak, to jest Tay, moja przyjaciółka, ale i koleżanka ze studiów.
Pocałował wierzch jej dłoni, a następnie wrócił na mnie wzrokiem.
- Studia, powiadasz? - zapytał. Mogło by się wydawać, iż był pod niemałym wrażeniem. - Co tak zawzięcie studiujecie?
- Prawo. - odpowiedziała.
Z jednej strony bardzo dobrze, że Jardine stała tu ze mną, gdyż najchętniej zakopałbym się pod ziemię. Dziwne uczucie gadać z nim po tylu latach, naprawdę. Z drugiej strony znając moją aktualną towarzyszkę, pewnie będzie chciała w jakiś sposób nawiązać dalszą rozmowę z młodszym Fuentesem. Nie żeby coś, Mike to fajny gość, miło go widzieć, po prostu nie bardzo widziała mi się z nim konwersacja, szczególnie, iż za pół godziny przybędzie Alan, który zapewne też do nas dołączy. Jezu, czy jako jedyny chciałem wrócić do Memphis?
- No więc, co tu robicie?
- Właśnie skończyliśmy praktyki i szliśmy do pobliskiej kawiarni. - wyjaśniłem.
- Wybrałbyś się z nami? - usłyszałem.
- Chętnie. - odparł, szczerząc przy tym swoje śnieżnobiałe zęby.
Całą trójką zaczęliśmy kontynuować naszą drogę. Siedziałem cicho oraz nasłuchiwałem zawziętej wymiany zdań między moją przyjaciółką, a bratem Victora. Mówili o filmie, według nich przedstawiał się on jako "najlepszy film wszechczasów" lecz nie wychwyciłem tytułu. Szkoda, ostatnio dość brakuje mi wypadów na seanse w kinie, być może raz załapałbym jakiś maraton, z czego byłbym cholernie zadowolony. Jakby nie patrzeć, człowiek stworzony jest do funkcjonowania w grupie, przynajmniej tak mnie uczyli. Natomiast Kellin nie widuje nikogo innego jak Taylor i Ashby'ego, no i tam resztę klasy, profesorów, ale z nimi nie rozmawiam. Ba, nawet unikam bliższych kontaktów. To niezdrowe, przyznaję, dlatego stwierdzam, iż ów wypad do kina to genialny pomysł. Gdy ja rozmyślałem, oni nadal rozmawiali, tylko tym razem porzucili poprzedni temat.
- Hej, ludzie, dotarliśmy! - krzyknąłem, by tamci choć na chwilę zwrócili na mnie uwagę.
Stanąłem przed wejściem do małego lokalu na brzegu ruchliwej ulicy. Kolory aż prosiły, aby zajrzeć do środka. Prawie wszystkie małe, drewniane zostały okupywane przez klienterię. Po przekroczeniu progu od razu uderzyły w nas niesamowite zapachy dopiero zmielonej kawy i szarlotki, prawdopodobnie podawanej z gałką lodów waniliowych. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:
- Znajdźcie stolik, ja nam coś zamówię.
Przytaknęli, po czym ruszyli na poszukiwania miejsca siedzącego, gdzie cała trójka mogłaby w spokoju pochłonąć zamówienie, natomiast ja podszedłem do kasy.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - ekspedientka zapytała.
- Dobry, poproszę trzy małe kawy oraz trzy porcje szarlotki.
- Oczywiście, zamówienie za chwilę zostanie zrealizowane. - oznajmiła.
Skinąłem głową i szybko zapłaciłem cenę wyświetloną na urządzeniu stojącym przy obsługującej mnie kasjerce. Miała szatynowe włosy, duże, jakby pragnące oglądać świat, zielone oczy, rumieńce na policzkach i kolczyki w uszach. Uśmiechnąłem się, ale mimo wszystko niemal natychmiast odszedłem, by stanąć przy Tay i Fuentesie.
- Co tak długo?
- Wiesz, Jardine, ja w przeciwieństwie do ciebie robiłem coś więcej niż podrywanie Mike'a. - oznajmiłem ugryźliwie.
Twarz dziewczyny od razu pokrył szkarłatny kolor, co było potwierdzeniem, iż trafiłem w dziesiątkę.
- Nienawidzę cię. - mruknęła, po czym pobiegła na tyły lokalu, chyba do łazienki.
Byłem zadowolony ze swojego działania. Czemu? Proste, ona zawsze mi dopieka, więc raz na jakiś czas ja również mogę. Fuentes patrzył na mnie ze zmieszaniem.
- Wyluzuj, Taylor podrywa wszystko co się rusza. - wyjaśniłem.
- Oh, ok.
- No więc... - zacząłem. - Co tu robisz?
- Wiedziałem, że o to zapytasz! - zaśmiał się. - Przyjechałem tu odwiedzić znajomego, a jak wracałem to nawineliście się wy. - powiedział.
Do stolika podeszła kelnerka z zamówieniami, ładnie podziękowaliśmy, a ja wziąłem łyk gorącej kawy, która swoją drogą była cudowna.
- To fajnie. - przyznałem.
W między czasie wróciła Tay. Jej twarz zbledła, pewnie wiele razy ją przypudrowała, by otrzymać aktualny kolor policzków. Usiadła obok Mike'yego przy okazji wystawiając swój język na światło dzienne. Odwzajemniłem gest i kontynuowałem konwersację.
- Czym się zajmujesz?
- Pracuję w salonie tatuażu. - oznajmił.
- Wow, to super. - wtrąciła Jardine.
- Hej, patrz, przyszło twoje ciasto, zapchaj się nim i pozwól dorosłym rozmawiać. - warknąłem lekko zirytowany.
Czasami powinna przystopować, bo po dziurki w nosie miałem słuchania tego. Wyobraźcie sobie bite trzy lata patrzenia na osobę, z którą spędzacie większość chwil podczas zajęć, wykładów, praktyk, flirtującą z przypadkowymi, nieznanymi facetami. Może jest zdesperowana? Ale bardzo zdesperowana.
- A ty? Czym się zajmujesz? - zapytał, jedząc szarlotkę.
- Głownie nauką. - odparłem.
- Słabo. - mruknął. - Mogę o coś spytać?
- Cały czas to robisz. - odpowiedziałem pół żartem.
- Nadal jesteś z Alanem?
Zacząłem dusić się tym cudnym napojem. Moment temu czerpałem przyjemność z siedzenia w ich gronie, teraz niekoniecznie.
- Czemu pytasz?
- Ciekawość. - mruknął, na co głośno przełknąłem ślinę.
Szczęśliwie, poczułem wibracje w kieszeni oznajamiające o nowej wiadomości.
A: Zaraz będę na miejscu, stój tam gdzie zawsze.
K: Jasne, dzisiaj podwieziemy Tay.
A: Cokolwiek zechcesz ;)
- Słuchaj Mike, my się musimy zbierać, bo zaraz przyjedzie nasz transport. - oznajmiłem.
- Jasne, rozumiem. - znów się wyszczerzył. - Może jeszcze kiedyś gdzieś razem wyjdziemy?
- Um, jasne, czemu nie. - wzruszyłem ramionami.
Wymieniliśmy numery telefonów, po czym wraz z brązowowłosą dziewczyną opuściłem budynek. Zaraz po wyjściu, głęboko odetchnąłem. Zero niezręczności. Wreszcie cisza. Chociaż, nie, to drugie nie bardzo było prawdą. Taylor postanowiła całą drogę przegadać o tym, jaki Mike jest wspaniały, jaki ma hipnotyzujący uśmiech, przenikliwe oczy, jakie idealne włosy, jakie idealne tatuaże, bla bla bla. Jezu, zabiłbym ją, gdyby nie trąbiące auto. Jej, Alan przybył. Szybko wsiadłem do samochodu, zajmując miejsce obok kierowcy. Dziewczyna usiadła na tylnych siedzeniach. Grzecznie przywitałem Ashby'ego krótkim pocałunkiem, by następnie rozkoszować się cichymi odgłosami dobiegającymi z radia. Godzina piętnasta, a ja umierałem na ból głowy. Dziwne, gdyż wcześniej ta dolegliwość przychodziła pod koniec dnia zmuszając mnie do snu. Cóż, najwyraźniej dzisiaj trochę wcześniej zawitam do łóżka.
Jechaliśmy czterdzieści minut, ponieważ los zmusił nas do stania na światłach. Naprawdę, za każdym razem widniał czerwony kolor, co doprowadzało mnie do szaleństwa. Zmęczony Kellin - rozdrażniony Kellin, proste i logiczne. Ostatecznie odstawiliśmy Jardine pod jej blok. Ładnie podziękowała za podwózkę, ale zrobiła to dostatecznie szybki, gdyż prawdopodobnie zobaczyła w jakim byłem stanie. Gdy zostaliśmy we dwójkę, Alan postanowił przełamać ciszę:
- Dobrze się bawiłeś?
- Jak zawsze. - mruknąłem. - Choć nie zgadniesz kogo spotkałem.
- Dobrze wiesz, że nie lubię zagadek. Gadaj! - zachęcił.
- Mike'a Fuentesa.
- Żartujesz teraz. - powiedział.
- Nope.- odpowiedziałem prosto.
Obydwoje ponownie zamilczeliśmy, nawet radio przestało grać. To nie była komfortowa cisza, skąd. Niepotrzebnie poruszyłem jego temat. Przed mieszkanie dotarliśmy o równo szesnastej zero zero. Podróż przez miasto trochę trwała. Rozumiecie? Pełna godzina natłoku myśli. Zgłupieć można. Mimo wszystko, wysiadłem z maszyny jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem do środka bloku, sprawnie wdrapałem się na drugie piętro, a następnie otworzyłem drzwi kluczem wyjętym z mojej kieszeni spodni. Zdjąłem buty oraz kurtkę i odruchowo pobiegłem do kuchni. Odnalazłem odpowiednią szufladę. Normalni ludzie nie biorą leków przeciwbólowych na noc, ale ja inaczej nie usnę, więc połknąłem dwie pigułki, popijając je przegotowaną wodą.
- Idę spać, bo umieram. Obudzisz mnie rano, czy nastawiać budzik? - zapytałem Alana, który siedział na krześle.
- Obudzę. Kocham cię. - powiedział oraz podszedł dać mi buzi w czoło.
- Ja ciebie też. - szepnąłem.
__________
Przepraszam, że rozdziały są 'nudne', ale jak wszyscy wiedzą - to dopiero początek. Nie oczekujcie jakiejś super rozwiniętej akcji na początku fica, bo to niemożliwe. Więc, radzę uzbroić się w cierpliwość i przestać narzekać, serio.
Doprosiłam Juju o nowy szablon, piękny, no nie? Zakochałam się w nim. Także - Summer, dziękuję, ratujesz mi dupę, już chyba któryś raz z rzędu!
Rozdział niesprawdzany.
Standardowo,
15 komentarzy to następny post. Do napisania.

środa, 12 listopada 2014

1. (Kellic)

Bardzo proszę o przeczytanie notki pod rozdziałem.
__________
No nie zgadniecie, dostałem się na studia! Tak, zrobiłem to i takim sposobem jestem studentem trzeciego roku na Uniwersytecie w Memphis. Walczyłem naprawdę długo, gdyż na moje miejsce było pełno równie dobrych, uzdolnionych osób ze świetnymi świadectwami otrzymanymi pod koniec nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Jednak ostatecznie okazałem się jeszcze lepszy od nich. Ukończę je w maju, za kilka miesięcy, a na czerwiec mam już wyznaczony egzamin kwalifikacyjny do palestry. Zapewne nie uzyskam dyplomu z wyróżnieniem, lecz należę do lepszych studentów mojego rocznika. W ciągu trzech lat nauki podjąłem chyba jedną rozsądną decyzję, a mianowicie wcześniej zaliczyłem wszystkie trudniejsze przedmioty, żeby teraz, w ostatniej klasie mieć trochę swobody. Na koniec pozostało mi już tylko to, co nie nastręcza żadnych kłopotów: prawo sportowe, prawo w kulturze i sztuce, wybrane zagadnienia Kodeksu Napoleona oraz przedmiot, którego nie lubię najbardziej - "Problemy Prawne Ludzi Starszych". Do jego zaliczenia wymagane są krótkie zajęcia praktyczne i to właśnie z ich powodu siedziałem na metalowym krzesełku przy rozchwianym, składnym stole w gorącym, dusznym wnętrzu blaszanego baraku, w którym zgromadziła się cała plejada seniorów - oni lubią, kiedy ich się tak nazywa. Ręcznie malowany emblemat nad drzwiami wejściowymi szumnie określał ów barak jako Miejski Klub Seniora w Steiden Gardens. Jakby na przekór nazwie miasta nie było tu ani jednego kwiatka w doniczce. Odrapane ściany świeciły pustkami, jeśli nie liczyć samotnego, wyblakłego zdjęcia, na którym Ronald jakiśtam stoi między dwoma sztandarami: gwiaździstym Stanów Zjednoczonych oraz stanu Tennessee. Budynek był mały, posępny i przygnębiający, ewidentnie został postawiony na chybcika, za jakieś niespodziewane dotacje z kasy federalnej.
Szczerze, liceum wydaje się o wiele prostsze od tego co przerabiam aktualnie na lekcjach. Tęsknię za starymi nauczycielami, nawet za panem od biologii mimo tego, że dawał mi naprawdę spory wycisk podczas jego nauczania. Chociaż patrząc z perspektywy czasu nawet ma to pewne skutki w teraźniejszości, bo stałem się bardziej pilny i dokładniejszy w stosunku do przygotowań na różnorakie prace pisemne czy odpowiedzi ustne. Przyznaję bez bicia, studia są wiele razy trudniejsze od banalnego liceum, gdzie uczęszczałem trzy lata temu. Owszem, brakuje mi znajomych, bo straciłem z poszczególnymi osobami kontakt. Może inaczej, o debilach klasowych nawet nie myślę, ale na przykład taki Matty. Nie rozmawiałem z nim, huh, rok. Postanowił wyjechać, zostawiając mnie w Memphis. Co prawda, nie samego, gdyż miałem Alana. Właśnie, Alan! Wciąż nosił status mojego chłopaka, nawet razem zamieszkiwaliśmy małą kawalerkę w centrum miasta, więc mogę go również nazwać moim współlokatorem. Bardzo dobrze się dogadujemy, nie ma już tych problemów, które istniały wraz za naszym pierwszym podejściem do poważnego związku. Szczęśliwie, tym razem nieporozumienia są niemal natychmiast rozwiązywane byśmy cały czas żyli w zgodzie. Poważnie, oboje się staramy jak tylko możemy, by to podejście było ostatnim, by w tym przypadku wszystko chodziło jak w zegarku, co zresztą wydawało się wiele prostsze aniżeli kiedyś. Co mogę więcej powiedzieć, osiągnąłem pełnię tego co chciałem osiągnąć. Więcej nie potrzebuję. Chociaż, jest jedna, w sumie to jedyna sprawa, którą potrzebuję wymazać ze swojego umysłu. Mianowicie jest nią Victor Vincent Fuentes. Myślę o nim co najmniej raz dziennie, znów stwarzam możliwe scenariusze, tego co mogło być, a się nie zdarzyło. Naturalnie, to trochę... dobra, nie trochę, a bardzo nie fair w stosunku do Ashby'ego, ale jak na razie nic mu na ten temat nie mówiłem. Zresztą, nawet jeśli, co bym mu oznajmił? "Hej Alan, od tych trzech jebanych lat codziennie rozmyślam o swoim ex, wiem, że źle robię, bo jesteśmy ze sobą, ale to silniejsze ode mnie."? Zjebałbym wszystko, zraniłbym go i prawdopodobnie znów został sam. Ok, tu nawet nie chodzi o moje dobro, tylko o dobro mojego chłopaka, którego kocham nad życie. Vica też kocham, fakt, ale on w ciągu tych paru lat stał się celem nieosiągalnym. Poza tym, z której strony by patrzeć nasz cudowny, nieskazitelny Vik skrzywdził biednego Kellina przez pierdolony zakład! Czy mu wybaczyłem? Nie.
Nawet nie zauważyłem, a wspaniałe zajęcia integracyjne ze staruszkami dobiegały ku końcowi. Czasem dobrze porozmyślać, szczególnie na nudnych, irytujących lekcjach. Jak już wcześniej wspominałem, siedziałem na cholernie niewygodnym krześle obok Tay, średniej (chodzi o wzrost) brunetki z blond końcówkami włosów, porozrzucanymi na całej głowie według ich widzimisia, a ich długość mierzyła za jej ramiona. Ogólnie była szczupłą, całkiem atrakcyjną kobietą i gdyby nie to, że oznaczam się jako homoseksualista pewnie bym do niej startował, co dokładnie robiła reszta mężczyzn z naszej klasy, gdyż moja płeć liczyła jedną czwartą dwudziestoosobowej grupy ludzi. Czasem po prostu zachowanie tych zwierząt załamuje, poważnie. Ja pierdole, wykształceni dorośli powinni zachowywać choć odrobinę powagi, ale nie, lepiej robić głupie dowcipy, na które nie wpadłby nawet żółtodzioby. Smarowanie krzeseł klejem, pisanie graffiti na murach Uniwersytetu czy klepanie pań po, przepraszam za wulgarność, dupie to zachowania niedojrzałych emocjonalnie dzieci, a ja, Kellin Quinn, muszę egzystować w tym posranym towarzystwie.
Ruch w sali się zwiększył, niestety, już myślałem, iż nasze praktyki dobiegają końca. Było ich mniej więcej pięćdziesięcioro, połowa białych, drugie tyle czarnych. Średnia wieku: co najmniej siedemdziesiąt pięć lat. Parę osób było ociemniałych, kilkanaście siedziało na wózkach inwalidzkich, sporo nosiło aparaty słuchowe. Powiedziano nam, że spotykają się tu codziennie w południe, zjadają gorący posiłek i odśpiewują kilka pieśni, czasami jakiś zdesperowany polityk zorganizuje zebranie przedwyborcze. Po takim parogodzinnym spotkaniu towarzyskim wracają do swych domów (sam aktualnie chciałem się znajdować u siebie w mieszkaniu), gdzie zapewne odliczają godziny do następnej wizyty. Według naszego profesora te spotkania mają dla nich olbrzymie znaczenie.
Profesor Klane obserwował to wszystko z miną człowieka, który właśnie skończył wyśmienity posiłek i teraz napawa się widokiem, jaki ma przed oczyma. Ten sympatyczny pięćdziesięciolatek, przejawiający czasami pewne nieodpowiedzialne zachowania, od dwudziestu lat wykłada niechciane przez innych przedmioty, a i nieliczni studenci decydują się specjalizować pod jego kierownictwem. Te dziedziny to prawa nieletnich, prawa niepełnosprawnych, seminarium zatytułowane "Przemoc w Rodzinie", problemy umysłowo chorych i oczywiście "Prawa Starych Pryków", jak wszyscy za jego plecami nazywają ten przedmiot. Kiedyś zorganizował nawet kurs na temat prawa nienarodzonego płodu, lecz wywołał on tak wielką falę kontrowersji, że Klane błyskawicznie się wycofał.
Już pierwszego dnia zajęć seminaryjnych zakomunikował, że celem teh specjalizacji jest przybliżenie nam autentycznych problemów prawnych autentycznych ludzi. Zacytował też opinię, że wszystkich studentów rozpoczynających naukę na wydziale prawa cechuje idealizm i chęć służenia społeczeństwu, ale po trzech latach bezwzględnej rywalizacji dbamy już wyłącznie o zdobycie jak najlepszej posady w jak najlepszej firmie, gdzie po siedmiu latach zyskamy sposobność wejścia do spółki i zarobimy grubą forsę. Pod tym względem ma rację.
- Obudź mnie jak skończą. - mruknąłem do równie znudzonej obok Tay, malującej rozmaite szlaczki w zeszycie.
Dziewczyna skinęła głową, a ja schowałem twarz w ramionach oraz z uśmiechem na ustach zamknąłem oczy. Usnę, a później droga wolna. Wreszcie do domu. Zresztą, i tak nie będą mówić czegoś, czego nie wiem, więc raczej dużo nie przegapię.
*
Grupą dwudziestu jeden osób, łącznie z profesorem opuściliśmy Staiden Gardens. Skłamałbym mówiąc, iż cokolwiek mnie tam interesowało, gdyż śpiewający staruszkowie, ledwo wymawiający pojedyncze słowo nie jest tym, co chciałbym słyszeć.
- Hej, Jardine! - zawołałem.
- Hej, nie po nazwisku. - powiedziała będąc już bliżej.
- Tak, tak. Zaraz zadzwonię do Alana i tak się zastanawiałem, potrzebujesz podwózki?
- Awww, Kellin Quinn pierwszy raz w ciągu tylu lat proponuje mi podwózkę. - powiedziała sarkastycznie.
- Czy ty zawsze musisz być wredna? - zapytałem odrobinę zirytowany.
- Sam sobie odpowiedz, kochasiu.
- Boże, Tay. - zaśmiałem się na słowo "kochaś". Ona wręcz uwielbiała dawać mi pedalskie przezwiska. - To jak?
- Dobra, skorzystam. Przecież zawsze musi być ten pierwszy raz. - odpowiedziała, a ja przewróciłem oczami na podtekst seksualny, który na pewno tam umieściła, na 100%!
Wyciągnąłem telefon, po czym skontaktowałem się z moim chłopakiem. Powiedział, iż będzie na miejscu za jakieś pół godziny. Staiden Gardens to małe miasteczko oddalone od Memphis o jakieś 10 kilometrów? Nawet dokładnie nie wiem, w każdym bądź razie jesteśmy zmuszeni czekać.
- Mamy trzydzieści minut. - oznajmiłem.
- Idealnie, wypatrzyłam kawiarenkę tuż za rogiem, napijmy się kawy.
- Ugh, zgoda. - mruknąłem.
Wspólnie ruszyliśmy niby znaną przez Taylor drogę. Dziewczyna ma cholernie dobrą orientację w terenie, gdy ja natomiast potrafię zgubić się w centrum. Żartuję, wszędzie się zgubię.
- Halo, Ziemia do Kellsa, ktoś cię woła. - usłyszałem.
Czasami przestaję kontaktować, tak jak wtedy. Nie mam zielonego pojęcia od czego to zależy, naprawdę. Dajmy na to, siedzę na wykładach, słucham bełkotania nauczyciela i nagle się wyłączam. Powinienem z tym iść do lekarza? Nah, pewnie coś sobie ubzdurałem.
- Kto śmie zakłócać moją chwilę kontemplacji? - zapytałem pół żartem.
Chciałem być śmieszny, ale natychmiast przestałem, gdy ujrzałem Mike'a Fuentesa stojącego przed nami.
__________
Kto się wreszcie zmotywował, no kto? No ja :') Czekaliście równe 2 tygodnie, wakacje się udały, tak jakby. Rozdział dłuższy, ale nie wszystkie takie będą, co jest zamierzone, halooo, nie pytać się o to. Ta kontynuacja będzie długa mniej więcej na 20 części (rozdziałów).
Wracamy do myślników, koniec narzekania, jej.
W sumie to tyle mam do zakomunikowania, informowanie o nowych postach wciąż możliwe, więc jeśli chcesz być informowany/a, pisz tu: <KLIK>
O, no tak,
15 komentarzy - następny.
Masz jeszcze jakieś pytania dotyczące fica? Pisz na dole, odpowiem na 100%.

środa, 29 października 2014

Chapter Nine (Jalex)

Czas mijał nieubłagalnie szybko, co rusz przynosząc kolejne niespodzianki. Aktualnie był dwunasty grudnia, a jeszcze dwa miesiące temu mieliśmy październik. Co się w tym czasie zadziało? Naprawdę wiele ciekawych rzeczy. Alex tak jakby 'zaakceptował' Zacka, znów stał się cholernie miły, a jego osoba przejawiała ostatnimi czasy naprawdę dobry humor. Nie wiem, może to dlatego, że za dwa dni ma urodziny. Co do Zacharego, zaprzestał tworzyć sprzeczki z Gaskarthem, co zresztą bardzo mnie cieszyło, bo szczerze po dziurki w nosie miałem słuchanie ich, co prawda głupiej, wymiany zdań podczas codziennych śniadań, obiadów, kolacji i najbliższych spotkań. Dogadywali się nawet! Mnie natomiast przestała pochłaniać rutyna. Coraz częściej wychodziłem z domu, nie tylko do pracy, ale też na różnorakie spacery, najczęściej do parku, by pomyśleć. Jednak nie tylko, czasami wraz z chłopakami ze sklepu organizowaliśmy wypady do kina co było naprawdę genialnym pomysłem. Taka interakcja każdemu się przydała. W to wliczał się również Alex, który od początku miał nie za ciekawe nastawienie do naszej akcji, ale jakoś go ubłagałem i chyba nawet to polubił. W sensie wypady do kina, a nie błagania. Chyba. W każdym razie wiele się zmieniło na lepsze oraz ku mojemu zdziwieniu takie pozostawało.
Co robiłem aktualnie? Grałem w karty ze współlokatorami. Niby posiadałem ważniejsze rzeczy do roboty, ale uległem mimo, że nie znałem zasad i nie umiałem grać, więc z łatwością przegrywałem sprawiając im prawdziwą radochę. Pierwszy raz widziałem ich w takim stanie. Byli naprawdę szczęśliwi, kooperowali ze sobą. Cudowny widok.
"Dobra, dość tego, to chyba już dziesiąta rozgrywka." Mruknąłem.
"Oj no weź, ostatni raz." Powiedzieli chórkiem.
"Ugh, zgoda, ale później muszę wyjść, bo jestem omówiony."
Przytaknęli, a następnie Lex potasował karty i je rozdał. Jak zwykle, u nich zawitał uśmiech, tylko ja bez przerwy dostawałem wybrakowane karty. Być może to dlatego przegrywałem. Pewnie wspólnie wymyślili spisek, dzięki któremu bez przerwy wygrywali. Najważniejsze, że robili to wspólnie.
*
Po skończonych katuszach ubrałem kurtkę, lekko zniszczone kozaki i wyszedłem z mieszkania. Mój cel był prosty, chciałem urządzić palantowi Gaskarthowi małe przyjęcie urodzinowe, gdyż - jak już wspominałem - skończy on dwadzieścia jeden lat. Jest młodszy ode mnie o parę miesięcy z czego niezmiernie się cieszę, bo zawsze można mu podokuczać, a ten temat nie bardzo lubi drążyć co sprawia, iż irytacja maluje się na jego twarzy podczas rozmowy. Zresztą, nie dziwota, bo prawie cały czas to ja byłem "młody" czy "gówniarz", ale pomińmy szczegóły.
Początkowy cel jaki obrałem do odwiedzenia to dom Kellina. On zazwyczaj wie co i jak, a ja jestem dość słaby w organizowaniu spotkań towarzyskich, więc kilka dni temu poprosiłem go o pomoc oraz wyraził zgodę. Także, jeden haczyk więcej na mojej liście zadań do zrobienia.
Skierowałem się w prawo, gdyż mieszkanie Quinna leży w południowej części Baltimore. Nie miałem daleko, tylko jakieś piętnaście minut drogi, ale cholernie wiało mroźnym powietrzem, niemal zamroziło mi twarz. Na szczęście, rzadko pada tu śnieg, choć całkiem niedawno samochód 'porósł' lodem. Poważnie, calutkie auto oprócz dachu było zamarznięte. Gdy tylko to zobaczyłem zacząłem swój niekontrolowany pokaz śmiechu, który wcale nie ustępował. To okropne z mojej strony.
Tak jak wcześniej obliczyłem - marsz zajął mi dokładnie piętnaście minut.
J: Stary, złaź już, bo zaraz tutaj zejdę. Zimnoooooooooooo.
K: Nie gorączkuj się tak, ha ha ha, jaki ja dowcipny jestem.
J: Zobaczymy jaki będziesz dowcipny jak zejdziesz :)
Nie odpisał, natomiast dosłownie za chwilę przede mną stanął.
"Dziękuję." Mruknąłem wypuszczając parę wodną z ust.
"Faktycznie zimno." Oznajmił.
"No co ty nie powiesz, Sherlocku."
"Oj, nie bądź wredny. Gdzie najpierw idziemy?"
"Hmm, nie wiem, może do sklepu?" Zapytałem sarkastycznie.
Jak jest zimno, robię się strasznie uszczypliwy.
"Dobra, przepraszam, najpierw do spożywczego, musimy kupić czekoladę, bo ja kocham czekoladę."
*
Czas był w tamtym momencie moim arcywrogiem. Do urodzin został jeden dzień, a wraz z resztą mieliśmy tylko połowę zaplanowanych akcji. Zostało jeszcze wygonienie gdzieś Zacka z Alexem, udekorowanie salonu, upieczenie w miarę zjadliwego tortu, zorganizowanie prezentu. Ugh, tyle roboty przed nami. Co do prezentu.... ostatnio myślałem, żeby wynająć striptizerkę. Wiem, to głupie, ale wiele razy przez głowę przeszedł mi taki pomysł, a to tylko dlatego, że Gaskarth to kobieciarz. Jak się z tym czułem? Mimo wszystko nadal próbowałem go uwieść, chociaż kłucie w sercu towarzyszyło kolejnym porażkom. Próbowałem, próbuję i próbować będę.
"Dobra chłopaki, bierzmy się za to, bo w końcu nie zdążymy." Ogłosiłem do zebranych w kuchni osób. Znajdowali się tam kolejno: Matty siedzący na stole, Kellin stojący obok, jedzący ciastko, Victor za nim, Trevor urzędujący na krześle grzebiący w telefonie oraz Rian. Tak, jego też zaprosiłem, ale tylko ze względu na to, iż dobrze zna Alexa, zawsze może nam doradzić co takiego lubi, na przykład w kwestii ciasta. Czekoladowe czy waniliowe? Jaki smak nadzienia? Ma na coś uczulenie? Właśnie do tego potrzebuję Dawsona.
"Co najpierw?" Zapytał Mullins.
"Ok, słuchajcie uważnie. Najpierw przygotujemy tort. Mamy wszystkie składniki?"
"Tak myślę." Wtrącił Quinn, a reszta przytaknęła.
"Lepiej sprawdźmy." Mruknąłem. "Mleko?"
"Jest!" Krzyknął Trevor rzucając w moją stronę karton białej cieczy.
"Super, jajka?"
"Są!"
"Vic, błagam, odłóż je." Zachichotałem.
"Nie, one są takie super, Jack, nie bądź taki." Powiedział robiąc smutną minkę w moim kierunku.
"Odłóż je, idioto."
Do akcji wkroczył Kellin i wyrwał biedny produkt z jego rąk. Czy tylko mi się wydaje, że to będzie ciężkie przedpołudnie?
*
"Gotowe." Odetchnąłem, po czym wyjąłem gotowy wypiek z piekarnika.
O dziwo nie miał czarnego koloru, nie leciał z niego dym i wyglądał naprawdę smakowicie. Cóż, okazuje się, że w grupie wcale nie jesteśmy takimi złymi piekarzami. Chłopaki jednocześnie wydali z siebie okrzyk radości, a następnie masowo zaczęli opuszczać kuchnię. W rezultacie zostałem sam, co bardzo mnie cieszyło, gdyż mogłem w spokoju posprzątać narobiony tutaj bałagan, w sumie niemały bałagan. Porozrzucane opakowania, porozbijane jajka, mikser w częściach, pełno mąki na podłodze, woda na ścianach, istne pobojowisko. Ale halo, jakimś niewyjaśnionym cudem tort wyszedł cudownie! Choć nigdy nie wiadomo czy któryś z tamtych nie dosypał do niego trucizny, by zlikwidować Lexa, z czego bym się śmiał jak głupi. Zresztą nieważne, trzeba ogarnąć ten burdel.
*
"Wszystkiego najlepszego!" Całą grupką wyskoczyliśmy zza kanapy.
Było tam odrobinę ciasno, jednak musieliśmy wytrzymać, żeby nie popsuć niespodzianki, która, jak sądzę, nam się udała. Skąd taki wniosek? Uśmiech Alexa wszyściutko mi powiedział. Wargi odkryły śnieżnobiałe zęby, sprawiając, iż moje kąciki ust również powędrowały ku górze. Zrobiliśmy to! I nawet nikt się nie wygadał, co jest cudem, naprawdę. Gaskarth był całkowicie zaskoczony.
"O Jezu." Zachichotał.
Kolejno zaczęliśmy do niego podchodzić składając szczere życzenia. Z tego co usłyszałem większość życzyła mu fajnej dziewczyny, na co odpowiadał śmiechem, ale dziękował. Na końcu zostałem ja. Wziąłem torbę z prezentem oraz ruszyłem w stronę chłopaka.
"No więc, staruszku, nie będę oryginalny. Wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, super partnerki i tak dalej." Oznajmiłem, a następnie wręczyłem czerwoną, tekturową torebeczkę.
W przeciwieństwie do innych, mały Jack wybrał zawartość od serca. Poważnie, obserwowałem Lexa dłuższy czas, radziłem się Riana, aż ostatecznie wypatrzyłem odpowiednią rzecz na tą uroczystość, mianowicie jego ulubione perfumy. Na szczęście Dawson łaskawie dał mi podwyżkę, bo kosztowały mnie one połowę mojej poprzedniej pensji. Cóż, zapłacę każdą cenę, żeby go uszczęśliwić.
"Jacky, nie musiałeś."
"No weź, taki dzień jest raz na rok i chyba powinieneś dostać coś godnego uwagi." Odparłem.
"Dziękuję." Powiedział, po czym mnie przytulił.
"No już, puść mnie i chodźmy zabalować." Zaśmiałem się.
Tak, chciałem odrobinę dłużej trwać w jego uścisku, lecz mógł znowu mieć coś w stylu niekontrolowanego napadu agresji, albo coś innego, a przecież to byłoby niepotrzebne. Może jeszcze będę miał okazję go wytulić.
Chłopak przytaknął, wziął moją rękę (?) oraz poprowadził na środek salonu. Głośniki wypełniały pierwsze dźwięki piosenki "First Date" ulubionego zespołu Alexa, Blink 182. Ogólnie to również mój ulubiony zespół, czyli kolejna wspólna cecha jaką dzielimy. To musi być miłość.
Tańczyliśmy dobrą godzinę, a w efekcie obydwoje nie mieliśmy na nic siły.
"Dzięki za super taniec, Barakat. I w ogóle za wspaniałe urodziny, nigdy nikt czegoś takiego dla mnie nie zrobił."
"Przyjemność po mojej stronie." Odpowiedziałem.
"Hej, słuchaj..." Zaczął. "Może pójdziemy w jakieś ustronne miejsce? Chciałbym coś wyjaśnić."
"Umm, jasne."
Gdzie poszliśmy? Do łazienki. Dokładnie, zabrał mnie do łazienki wyjaśnić tajemniczą sprawę. Nie wiem co to ma na celu, nie myślałem racjonalnie, bo byłem cholernie przestraszony całym zajściem. Zaraz po wejściu brunet zamknął drzwi, by nikt nam nie przeszkadzał, chyba.
"Miałem okazję pomyśleć przez dwa miesiące na nasz temat, wiesz, o tym co zrobiliśmy, o tym jak się zachowałem i w ogóle i jest mi przykro, bo prawdopodobnie bardzo cię zraniłem, Jack. Ja... uh, tak jakby pragnę naprawić nasze relacje."
"Co?" Zapytałem niepewnie.
Czy ja dobrze usłyszałem?
"Staram się być miły, Barakat, więc tylko to popsuj, a cię zabiję, ok? Ok. Kontynuując, zmieniłem swoje nastawienie co do związków homoseksualnych. Doszedłem do wniosku, że to nic złego kochać osobę tej samej płci, a stało się to po tym, jak zacząłem mieć do ciebie uczucia. Grałem totalnego dupka, bo najzwyczajniej w świecie byłem przestraszony."
Wiedziałem, iż trudno mu mówić o swoim wnętrzu. Alex nigdy nie był typem człowieka, któremu łatwo przychodziło opisywanie tego, co czuje. Ciągle do mnie nie docierało co właśnie powiedział.
"Wiem, że pewnie uznasz mnie za debila, palanta czy cokolwiek, ale, Jack, lubię cię. Tak lubię lubię." Zakończył.
Jako odpowiedz złączyłem nasze usta. Wreszcie, po tak długim czasie. Czekałem, czekałem, aż w końcu się doczekałem. Nawet teraz nie potrafię opisać jak uradowany byłem.
"Będziesz moim chłopakiem?" Zapytał zaraz po oderwaniu ode mnie swoich ust.
"Tak, będę." Odparłem.
Wygrałem życie, Alexander William Gaskarth to mój chłopak.
_________________________________________________________________________________
Koniec!
Dziękuję za przeczytanie tego krótkiego fica, za ogrom komentarzy, którymi mnie zasypaliście, za niesamowitą aktywność tutaj. Pisanie dla Was to prawdziwa przyjemność.
Od razu mówię, DO TEGO NIE BĘDZIE KONTYNUACJI, żeby było wszystko jasne.
Teraz robię sobie małą przerwę, tak jak poprzednio, nie wiem na ile zniknę, ale zgodnie z umową wrócę z Kellicem, w sumie to kontynuacją tamtego Kellica, więc oczekujcie.
No i ten, liczę na Waszą aktywność pod tym postem, bo to bardzo motywuje do dalszego tworzenia!
Do napisania!






wtorek, 21 października 2014

Chapter Eight (Jalex)

Nie wiedziałem co powiedzieć, ba, nawet nie potrafiłem wydać z siebie najmniejszego dźwięku. Z jednej strony chciałem się najzwyczajniej w świecie rozpłakać, a z drugiej wykrzyczeć całą rozpacz i złość. Cholera, to co wtedy czułem było nie do opisania. Dałem się wykorzystać. I to przez Gaskartha! Przecież mogłem choć odrobinę pomyśleć, mogłem przeanalizować sprawę, mogłem odizolować wszelakie uczucia do niego, ale tego nie zrobiłem. Oczywiście, że nie. Najlepiej oddać swoje ciało jakiemuś dupkowi. Dobra, nawet nie chodzi o seks. To po prostu bolało jak skurwysyn, ta świadomość iż znów zaufałem pierwszemu lepszemu i teraz znów będę cierpiał, bo przecież innego wyjścia nie ma. On wróci do swoich dziewczyn, będzie je pieprzył czy cokolwiek innego, ułoży sobie życie na nowo, natomiast ja - jak zwykle - zasiądę przed telewizorem z piwem, dużą ilością piwa oraz dopiero wtedy zacznę kalkulować jakie błędy popełniłem, co zrobiłem źle, czego w ogóle nie zrobiłem, co powinienem był zrobić i tak dalej. Czeka mnie nieciekawy okres w życiu. Jednak mimo wszystko wolałem się upewnić. Cóż, taki jestem, zawsze muszę znać przyczynę, bo bez tego nie dam sobie spokoju, będę myślał, wyobrażał scenariusze.
"A teraz o co ci chodzi?" Zapytałem.
Chłopak zmarszczył brwi w jeszcze większym zirytowaniu.
"Jesteś głupszy niż myślałem." Odparł.
"Hej, nie dam się w ten sposób obrażać." Warknąłem. "Wiesz co? To ty jesteś głupi. Jesteś dupkiem, jesteś idiotą, jesteś jebanym niewdzięcznikiem!"
Kipiała ze mnie złość. W tamtym momencie nawet nie obchodziły mnie konsekwencje. Chyba każdy człowiek ma prawo wybuchnąć pod ciśnieniem, a u mnie owe ciśnienie było takie duże, że nie wytrzymałem trzymając wszystkiego w sobie.
"Ja jestem dupkiem? Powiem ci coś, Barakat i słuchaj uważnie. Tamtej nocy po prostu chciałem spróbować czegoś nowego. Podobało mi się, ale do ciebie nic nie czuję. Byłeś jedynie obiektem, który sprawił, iż przez określony czas czułem się zajebiście. Teraz wrócimy do stanu kiedy byliśmy kolegami. Wiesz o co chodzi, powtarzać się nie muszę. Wszystko jasne?"
Kolejne słowa uderzały we mnie ze zdwojoną siłą. No kto by się spodziewał takiego obrotu akcji? Szczerze, zacząłem żałować każdej spędzonej chwili z tym palantem. Te chmury będą za mną podążać w smutnej egzystencji jaką aktualnie zacząłem. Wszelka nadzieja wygasła, cóż, nikt mnie nie chce.
"Dzięki, że przynajmniej byłeś szczery." Mruknąłem.
"Nie ma za co." Uśmiechnął się. "Więc co, pijemy wieczorem piwo?"
Rozumiem, teraz sprawy wracają do normy, a my znowu stajemy się dobrymi kumplami, pijemy razem browara, oglądamy mecze, gadamy czy wychodzimy na miasto. Chociaż... to wcale nie był taki zły pomysł. Ogólnie rzecz biorąc, nawet bardzo dobry. To moja szansa na odbudowę naszych relacji. Kurde, w tamtym momencie również nie myślałem racjonalnie. Czy ja w ogóle kiedykolwiek myślę racjonalnie? Wątpię. Teraz liczyło się tylko i wyłącznie ponowne zbliżenie do Alexa, tym razem emocjonalne. Nie wiem jak to zrobię, nie wiem czy mi się uda, praktycznie nic nie wiedziałem, Gaskarth ponownie postanowił grać nieprzewidywalnego i chyba to najbardziej mnie do niego ciągnęło. Te jego wciąż nowe reakcje na poszczególne sytuacje czy chociażby jego zachowanie skrywające nieodkryte tajemnice. Może w przyszłości będę pierwszym, który wyciągnie je na światło dzienne. Nadzieja matką głupich.
'Jasne." Odparłem. "A teraz przepraszam, muszę gdzieś wyjść."
Już nie odpowiedział, a ja natomiast ruszyłem do przedpokoju, założyłem buty, kurtkę i wyszedłem. Gdzie? Cel nie był mi znany. Jedyne czego pragnąłem to pooddychać świeżym powietrzem, ponownie przemyśleć niektóre sprawy, więc to uczyniłem. Wziąłem głęboki wdech, pozwoliłem zanieczyszczonemu tlenowi dostać się do płuc oraz ruszyłem przed siebie. W sumie to miałem nawet dużo możliwości. Mogłem pójść do Kellina, Matty'ego, Trevora. Chociaż nie. Nie bardzo widziało mi się siedzenie w barze i picie ochłapów z tamtejszej kuchni. Faktycznie, ciekawe co dodają do ich piwa. Wciąż idąc prosto zastanawiałem się co dalej zrobić. Nagle nad głową zaświeciła mi lampka. No przecież! Wypadałoby znaleźć Zacka. Nie dawał znaku życia już jakiś czas, a ja faktyczne byłem odrobinę przerażony jego wyprowadzką.
Szybko odnalazłem w kieszeni spodni komórkę, po czym otworzyłem wiadomości. Postanowiłem, że lepiej napisać aniżeli zadzwonić. Znając mnie pewnie nawet nie bym nie wiedział co powiedzieć.
J: Hej. Słuchaj, trochę głupio, że wyprowadziłeś się tak bez żadnego pożegnania. Co ty na to żeby się teraz spotkać na jakiejś kawie?
Czekałem i czekałem, a odpowiedzi nadal nie było. Zacząłem myśleć, iż całkowicie straciliśmy kontakt, ale pół godziny bezcelowego chodzenia po parku zdecydowanie zabiło trochę czasu i w końcu usłyszałem dzwonek smsa.
Z: Nie wiem czy to najlepszy pomysł.
J: No weź, zamierzasz się do mnie nie odzywać?
Z: Dokładnie tak zamierzałem, ale zgoda. Za 15 minut przy naszej ulubionej kawiarni.
Czyli jednak chciał naprawić naszą relację! To dobrze, gdyż nie potrafiłbym dalej funkcjonować po stracie Merricka. Przecież jest moim najlepszym kumplem! Życie bez niego nie byłoby takie same. 
Na zegarku widniała dziesiąta czterdzieści pięć, tak więc wyruszyłem w drogę. Nasze miejsce spotkania to nieduża kawiarenka w centrum Baltimore. Jej wystrój nie jest specjalnie kolorystyczny, raczej wszystko jest stonowane w kolorze jasnego drewna. Tyle wystarczy.
*
"Hej!" Krzyknąłem do umięśnionego chłopaka, by mnie zauważył.
"No cześć." Powiedział lekko zmieszany.
Teraz jak go przekonać, by wrócił do domu? Poradzę sobie.
"Gdzie się podziewałeś?"
Zack usiadł na miejscu przeciw mojej osoby, a następnie podparł brodę o swoje dłonie.
"No wiesz, tu i ówdzie, jak dotąd śpię u kolegi." Odparł bez uczuć.
"Może..." Zacząłem. "Może prowadziłbyś się z powrotem do nas? Przyjmiemy cię, przecież to też twoje mieszkanie."
Po dłuższym namyśle odpowiedział:
"Zgoda."
Konwersacja nie trwała długo, a my w spokoju zjedliśmy obiad. Ciekawy jestem jak na ta sytuację zareaguje Alex. Może być śmiesznie.
_________________________________________________________________________________
Jeny, tak dawno nie było rozdziału, nie wiem co się ze mną działo, po prostu ogarnęło mnie bezwenie, ale i miałam dość duże problemy z bloggerem czy internetem, więc dodaję dopiero teraz. Obiecuję, że teraz się ogarnę i jeśli bardziej sprężycie się z komentarzami to posty będą pojawiać się nawet co 3 dni!
Tak więc, stawka standardowa, 15 - następny.
+ Niedługo kończę to ff, szykujcie się na to.
++ Kto podekscytowany wyjściem nowej piosenki BMTH? Ja ją kocham.
+++ Was też kocham.
Do napisania!

wtorek, 14 października 2014

Chapter Seven (Jalex)

Sceny +18, więc jeśli jesteś niepełnoletni/niepełnoletnia radzę nie czytać.
15 komentarzy - następny.
Być może to ff się przeciągnie, nie wiem.
+ dedykacja dla Martyny, bo chyba mnie zje jak jej nie dodam. To kochane.
Buźka.
_________________________________________________________________________________
Kanapa zdawała się być zdecydowanie za mała i za mało wytrzymała na nasze wybryki. Aktualnie siedziałem okrakiem na chłopaku, który jeszcze niedawno krzywdziłby mnie zarówno psychicznie jak i fizycznie. Teraz natomiast łapczywie całował moje usta. Odrywaliśmy się od siebie tylko żeby odetchnąć, ale zaraz potem wracaliśmy do poprzedniej pozycji. Ile tak trwaliśmy? Nie mam zielonego pojęcia.
Atmosfera z czasem stawała się coraz gorętsza, nasze oddechy łączyły się w jeden. Chłopak wyraźnie nie dawał rady, zresztą nawet przez spodnie czułem jaki jest twardy. I to ja doprowadziłem do takiego stanu!
"Jack, już nie wytrzymam." Odetchnął, odrywając przy tym swoje wargi od moich.
"Weź mnie na ręce i do sypialni."
Owinąłem ramiona wokół szyi Alexa, a nogi zacisnąłem na jego bokach. Z łatwością opuściliśmy nieszczęsną sofę oraz ruszyliśmy w stronę owej sypialni, chyba. Nie bardzo byłem skupiony na drodze, a to wszystko przez to, że Gaskarth kąsał moją kość policzkową, powodując doprowadzając tym samym mnie do wariactwa.
Chwilę później wylądowałem na miękkim łóżku, a chłopak niemal natychmiast zerwał swoje ubrania, łącznie z bielizną. Sekundę po tym, ja również stałem się całkowicie nagi. Wyglądał idealnie, to chyba najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek miałem zaszczyt ujrzeć. Opalony tors, potargane włosy i ten zaraźliwy uśmiech na twarzy. O mój Boże, tak bardzo chciałem go już w sobie.
Podszedł do mebla, po czym znów łapczywie mnie pocałował przez przypadek pocierając nasze krocza na co cicho jęknąłem.
"Powtórz to." Mruknął, wciąż trwając w pocałunku.
Oderwałem od niego głowę.
"Co?"
"Powtórz. To było cholernie seksowne."
Zaczerwieniłem się, oczywiście, że tak. Kto by się nie zarumienił, gdy osoba, którą kocha powiedziała mu taką rzecz?
Z każdym kolejnym dotykiem Alex oddychał jeszcze ciężej. Postanowiłem dłużej go nie męczyć, w końcu to dzięki niemu robiliśmy co robiliśmy, a nie oglądaliśmy durny film. Aktualna wersja zdecydowanie bardziej mi odpowiadała. To chyba logiczne.
Powoli całując dosłownie wszystkie zakątki jego ciała doszedłem do podbrzusza. Z precyzją polizałem jego końcówkę, po czym powoli wziąłem całego członka do ust.
"T-tylko spróbuj mnie torturować to przysięgam, że się odpłacę tym samym." Powiedział z wyraźną trudnością, ponieważ poruszałem głową w górę i w dół, raz po raz dołączając do ruchów język.
Mruknąłem 'ok' nieświadomie dostarczając mu wibracji, które wyraźnie sprawiły mu przyjemność. Wywnioskowałem to z przeciągłego jęku czystej desperacji i pożądania.
"Dobra, s-stop. Jack, chcesz, żebym doszedł ci w buzię?"
Wyjąłem go z ust oraz czekałem na dalsze działania.
"Masz tu jakiś lubrykant?" Zapytał.
"Jasne, druga szuflada, po lewej stronie."
Nie mogłem się doczekać tego uczucia. Co prawda, nie byłem już 'dziewicą', ale od ostatniego stosunku minęło coś około roku, więc pewnie będzie boleć. A Alex... jak na homofoba, radził sobie wyjątkowo dobrze.
Chłopak wrócił z małą buteleczką, wylał żel na rękę a następnie rozprowadził na całej swojej długości.
"Jesteś pewny?" Ostatni raz spytał.
Czy byłem? Zdecydowanie, bo miałem malutką nadzieję iż po zbliżeniu on również zacznie coś do mnie czuć.
"Tak."
Niemal od razu przyssał się do mnie zostawiając pokaźną malinkę na szyi i chwileczkę później poczułem go przy wejściu. Jednym szybkim pchnięciem wszedł do środka, sprawiając iż w jednym momencie stałem się pełny. Wypuściłem powietrze z płuc wraz z krótkim krzykiem. Tak jak myślałem - bolało.
"Wszystko w porządku?"
"Mhm." Mruknąłem. "Zacznij się ruszać, tylko powoli."
Tak jak powiedziałem tak zrobił. Jego biodra bardzo mozolnie wykonywały płytkie ruchy. Ból powoli ustępował oraz z każdym następnym pchnięciem czułem jedynie przyjemność wypełniającą najmniejszą część mojego ciała. Całkowicie oddałem się wszechogarniającemu uczuciu.
"U-uh, Lex, o kurwa." Jęknąłem.
Przyśpieszył oraz wbijał się we mnie z większą brutalnością co było cholernie przyjemne, bo nigdy wcześniej nie zaznałem czegoś takiego.
"Jack, j-jesteś wspaniały, uhh,"
Wykonał jeszcze parę głębszych ruchów i to wystarczyło żebym był bliski nieba. Jednak bez jego pomocy to niemożliwe, więc spojrzałem mu błagalnie w oczy, a ten zrozumiał aluzję oraz chwycił moją niesamowicie twardego, niemal skamieniałego penisa i poruszał po nim dłonią w szybkim tempie. Przeżywałem prawdziwą agonię, a westchnienia chłopaka doprowadzały mnie do szału.
Nie musiałem długo czekać na spełnienie, skąd, byłem tak podniecony, że już najmniejszy dotyk wprawiał mnie w największą ekstazę w życiu.
Chwilę później Alex również doszedł, wydając przy tym przeciągły jęk, który w jego wykonaniu brzmiał cudownie.
Opadł na łóżko, po czym zamknął swoje piwne oczy.
"Najlepszy seks jaki kiedykolwiek miałem." Powiedział.
Przytaknąłem.
*
Nawet nie wiem kiedy usnąłem, odpłynąłem, dokładnie jak Gaskarth. Pierwszy raz spaliśmy w jednym pokoju, a nawet na jednym meblu! Kurde, minął miesiąc, a my już tkwiliśmy w tej niezbyt zrozumiałej dla mnie sytuacji. Po prostu się ze sobą przespaliśmy. Nie żeby coś, seks był naprawdę wspaniały, lepszego nigdy przedtem nie uprawiałem, ale wciąż miałem poważne wątpliwości. Co jeśli Alex teraz mnie zostawi? Albo coś jeszcze gorszego? Czułem coś do niego, przywiązałem się, więc jeśli teraz odejdzie to nie wiem co zrobię. Kochałem go. Tylko on jest na tyle nieprzewidywalny, że nie da rady jego następnego zachowania. Może wybuchnąć złością, może zmienić tok myślenia, tak naprawdę może wszystko i chyba najbardziej tego się obawiałem.
Wstałem z łóżka, oczywiście nie dotykając chłopaka, bo wciąż był pogrążony w głębokim śnie, a wyglądał cholernie słodko.
Huh, powiem szczerze, ledwo chodziłem, ale jakimś cudem doszedłem do łazienki, ogarnąłem się, a następnie kuchni. Postanowiłem uszykować śniadanie, miło go przywitać.
*
Pół godziny trwała ta katorga - wyczekiwanie. Wreszcie usłyszałem pomruki i odgłosy schodzenia po schodach. W wejściu do pomieszczenia ujrzałem zaspanego Lexa, pocierającego swoją twarz dłońmi. Ledwo otwartymi oczami spojrzał na mnie i co zrobił? No jak co, przeklął pod nosem.
"Hej, uszykowałem śniadanie i tak myślałem... może zjemy je razem?" Zapytałem.
"Uważaj, bo zjem z tobą śniadanie." Zadrwił.
"O co ci chodzi?"
'O co? To bardzo proste. Wczorajsze wydarzenie powinno nie mieć miejsca!" Krzyknął. "Przecież nie jestem gejem, po prostu nie jestem."



sobota, 11 października 2014

Chapter Six (Jalex)

Utopiłem się w jego ustach. Poruszał nimi z namiętnością jakiej jeszcze nigdy przedtem nie zaznałem. To wszystko było za szybko, po prostu. Jeszcze kilka godzin temu uważałem go za jednego z największych wrogów, a teraz najzwyczajniej w świecie łapałem każdy moment naszego zbliżenia. Chwytałem sekundy, chciałem by trwało w nieskończoność.
"Dobra, wiecie co? Wyprowadzam się. Więcej mnie nie zobaczysz, Jack."
Nie zwracałem uwagi na te słowa, tylko na motyle, które zaczęły tańce w moim brzuchu. Nie czułem ich od dłuższego czasu.
Gdy trzasnęły drzwi Alex oderwał swoje wargi od moich i z wielkim uśmiechem zaczął poprawiać koszulkę podwiniętą podczas pocałunku. Panowała niezręczna cisza, ale chłopak ją przerwał donośnym śmiechem.
"Człowieku, widziałeś to? Cudowna akcja! Będzie nam się dobrze razem mieszkać."
Otworzyłem szeroko oczy.
"Co masz na myśli?" Zapytałem niepewnie.
"Chyba nie myślałeś, że to na serio." Zachichotał. "Choć całkiem dobrze całujesz."
Przysięgam, w tamtym momencie moje policzki zabarwiły się różnymi odcieniami czerwieni. Dziwne uciski w żołądku dalej nie chciały ustąpić. Huh, po tym wydarzeniu zdecydowanie miałem uczucia do Alexa. Cóż, nienawidziłem go, ale teraz byłem niemal pewny, że darzyłem jego osobę czymś więcej niż zwyczajną nienawiścią, czymś pozytywniejszym.
Chłopak wstał z sofy, na której przed chwilą 'urzędowaliśmy' i ruszył do kuchni. Ja natomiast postanowiłem wziąć orzeźwiającą kąpiel. Również wstałem z mebla, po czym dość szybkim krokiem wszedłem do sypialni, by zwinąć jakieś czyste bokserki oraz dłuższą bluzkę. Wolę być bardziej ubrany w pobliżu Gaskartha. Może znów coś knuje, a ja nie mam najmniejszej ochoty brać w tym udziału.
Zaraz po zabraniu rzeczy znalazłem się pod prysznicem. Odkręciłem wodę i pozwoliłem gorącym kropelkom spływać po moim ciele.
Myśli rozsadzały mi głowę. Chciałbym wiedzieć o co chodzi Alexowi, naprawdę. Najpierw jest dupkiem jakich mało, a jeszcze kilka minut temu się całowaliśmy z największą pasją jaką kiedykolwiek czułem.
Mijały minuty, a ja z każdą chwilą więcej myślałem o tym idiocie aż w pewnym momencie zauważyłem iż stałem się twardy, tam na dole.
"Cholera." Mruknąłem.
To nie miało tak być. Nie miałem się podniecać na samą myśl o nim. W ogóle miałem o nim nie myśleć. Niestety, przyszedł czas by wziąć sprawy w swoje ręce i zlikwidować problem, czyli w tym wypadku moją wciąż rosnącą erekcję.
Odkręciłem głośniej strumień, aby nikt nie usłyszał co tutaj wyprawiałem. Tylko tego jeszcze brakowało. Następnie objąłem dłonią swoje przyrodzenie co skutkowało cichym jękiem, który wydałem. Sapnąłem ciężko, po czym powoli zacząłem poruszać nadgarstkiem. Dawno tego nie robiłem, więc tak jakby wyszedłem z wprawy, ale to nie powstrzymywało mnie przed dosięgnięciem nieba, skąd.
Z czasem mój oddech stał się płytszy i wiedziałem, że jestem już blisko. Szybciej poruszyłem ręką oraz dosłownie kilka sekund później wystrzeliłem na ściankę prysznica wydając przy tym przeciągły jęk z paroma przekleństwami. Woda zmyła wszystkie brudy, a ja na jakiś czas miałem spokój.
*Miesiąc później...*
Nie bardzo ogarniałem co się działo. Alex był miły, uczynny, mieliśmy dobre kontakty, choć po naszym 'zbliżeniu' przez jakiś czas panowała niezręczna sytuacja. Może przeżył magiczną przemianę? Naprawdę nie wiem, ale jak najbardziej mi odpowiadało jego obecne zachowanie. Przez ten miesiąc wiele rozmawialiśmy, a ja odkryłem o nim parę istotnych faktów. Przede wszystkim - nienawidzi gejów. Tego również nie rozumiałem, przecież jakiś czas temu się całowaliśmy, a z tego co wiem to jestem facetem. Chyba, że coś mi umknęło, w co wątpię.
W każdym razie, te kilka długich tygodni sprawiły iż byłem pewien swoich uczuć. Cóż, zakochałem się, ale nic na to nie mogłem poradzić. Lex to homofob. Chociaż gdzieś tam wciąż posiadałem plan 'przestawienia' go na dobrą stronę mocy. Na razie nie próbowałem.
Aktualnie wraz z obiektem moich westchnień siedzieliśmy na zapleczu oglądając głupie zdjęcia. W poniedziałki rano mało klientów przychodzi kupować płyty czy akcesoria muzyczne, więc Rian pozwolił nam siedzieć i odpoczywać, a my postanowiliśmy skorzystać z okazji.
Ogólnie, dzisiaj wraz z Gaskarthem byliśmy umówieni na lunch tak około piętnastej trzydzieści. Wtedy oboje zgłodniejemy oraz pochłoniemy danie z apetytem. Poza tym to kolejna szansa bliższej rozmowy z nim, bo nudziło mnie i denerwowało słuchanie o jego ex dziewczynach, jednorazowych przygodach czy przeszłych związkach. To bolało.
*
Wreszcie nadszedł koniec naszej zmiany. Ostatnio bez przerwy upiekało mi się od zamykania sklepu wieczorem. Na szczęście, ponieważ posiadam o wiele lepsze zajęcia aniżeli siedzenie w pracy do dwudziestej pierwszej.
Zabrałem wszystkie rzeczy z zaplecza, pożegnałem się z przyjaciółmi oraz Dawsonem, po czym ruszyłem do Alexa czekającego przy wyjściu. Na wstępie posłałem mu nieśmiały uśmiech, który odwzajemnił, a następnie weszliśmy do jego auta. Usiadłem na miejscu pasażera jednocześnie zapinając pasy bezpieczeństwa. Chłopak powtórzył ową czynność, odpalił silnik i byliśmy w drodze.
*
"Gdzie siadamy?" Zapytałem.
Zaniosło nas do skromnej włoskiej restauracji. Nie obchodzi mnie wielkość, najważniejze by mieli pizzę, którą kocham.
"Nie wiem, znajdź wolne miejsce, ja się dostosuję." Odparł.
Chwilę później namierzyłem pusty stolik w rogu małej salki. Uznałem, że to odpowiednie miejsce, więc zaprowadziłem tam towarzysza. Alex kulturalnie odsunął krzesło, bym mógł usiąść.
Oh, co z niego za gentelman.
Grzecznie podziękowałem, a zaraz potem złożyłem zamówienie do kelnera, który dokładnie notował każde nasze słowo.
Po piętnastu minutach na stole stanęła wielka pizza. Tęskniłem za tym smakiem.
Po posiłku wróciliśmy do domu. Brzuchy napełnione, teraz trzeba włączyć telewizję i pozwolić kaloriom przeistoczyć się w tłuszcz. Sięgnąłem pilota, nacisnąłem czerwony przycisk i skupiłem uwagę na odbiorniku. Wypadałoby wypożyczyć jakiś film, bo przecież w TV nic nie puszczają. Jak zawsze.
"Co oglądasz?"
"Nawet nie wiem." Odpowiedziałem.
"Daj." Mruknął, a ja podałem mu włącznik od urządzenia.
Chłopak usiadł obok mnie, założył nogi na mały stolik do kawy, otworzył puszkę piwa oraz przełączył na inny kanał. Akurat leciała komedia romantyczna.
"Alex, tylko nie to." Poprosiłem.
On jednak olał moje słowa, ba, nawet podgłosił. Wyszło, że byłem skazany na jakiś denny film. Natomiast Gaskarth siedział z wielkim uśmiechem na twarzy, choć wyglądał jakby coś analizował.
*
Szczerze, pół godziny tego filmu i miałem dość. Co chwilę pojawiała się jakaś erotyczna scena, aż momentami myślałem, że oglądaliśmy film od osiemnastego roku życia co nie bardzo mi odpowiadało. Zdaje się iż również. Czemu? Bez przerwy na mnie spoglądał, przysuwał się bliżej. W końcu nie wytrzymałem:
"Co ty odwalasz?"
"Myślę." Odparł.
"O czym?" Zapytałem.
"Jack, bo ja chciałbym spróbować." Oznajmił.
W życiu bym się nie spodziewał takiej odpowiedzi. Mote w brzuchu znów zaatakowały, policzki nabrały czerwonego koloru, a usta mimowolnie ukształtowały delikatny łuk tworząc uśmiech. Może po prostu źle usłyszałem?
"Co spróbować?"
Tak, domyślałem się o co mogło mu chodzić, ale mimo wszystko liczyłem, że potwierdzi moje podejrzenia. I nie myliłem się. Chłopak objął mnie ramieniem, a następnie znowu złączył nasze wargi w zachłannym pocałunku. Cholera, w tamtym momencie chciałem go tak bardzo.
_________________________________________________________________________________
Hejka, jako, że było 16 komentarzy (wtf w ogóle, jak to możliwe, kocham Was) dodaję rozdział, dłuższy rozdział, który jest odpowiednikiem nagrody za aż taką aktywność.
To może podniesiemy poprzeczkę? 15 - następny.
Dacie radę, wierzę w w moje małe ludki.
Buziaki.

wtorek, 7 października 2014

Chapter Five (Jalex)

"Co tu się... Alex? Po co przyszedłeś?" Zapytałem, ale zaraz potem spojrzałem na walizki stojące obok chłopaka.
Po mojej lewej stał lekko poirytowany Zack z równie zdziwioną co ja. Jak zwykle, nasuwają się pytania. Co Gaskarth tu robił? No jak co, stał. Jego twarz oddawała wiele uczuć, co było naprawdę dziwne, bo pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Nadzieja, zmieszanie, zawstydzenie, trochę złość. Wyglądał słodko.
"Słuchaj, wiem, że nie idzie wam to na rękę czy cokolwiek, ale wprowadzam się do was." Oznajmił owijając pasemko włosów wokół palca.
Połknąłem powietrze i nie mogłem złapać oddechu. Upadłem na ziemię wciąż nieudolnie próbując ustabilizować oddech. Niemal od razu podbiegł do mnie Alex i delikatnie trzymając moją twarz szeptał "Już dobrze." Czasami miewałem coś na podobieństwo ataków paniki, lecz nigdy nie stwierdzono tego klinicznie, a ja jedynie myślałem nad diagnozą. Po około pięciu minutach wstałem z podłogi oraz dziękując brunetowi stanąłem obok Zacharego, który zupełnie nic nie zrobił, prawdopodobnie nawet się nie przejął, że jego przyjaciel, ba, nawet najlepszy przyjaciel się dusi. Posłałem mu złowrogie spojrzenie, po czym wróciłem wzrokiem na Gaskartha. Te hipnotyzujące piwne tęczówki znów oddawały jakieś uczucie. Jakie tym razem? To zdecydowanie była zazdrość. Czyżby ten pan był o mnie zazdrosny? Nie pogardziłbym, jednak wiedziałem iż to niemożliwe.
Wróciłem myślami na Ziemię i zapytałem:
"Na jak długo?"
"Nie wiem, pewnie aż nie znajdę czegoś własnego." Odpowiedział.
Szczerze, nie zależało mi. Może nawet fajnie się z nim mieszka, może staniemy się dobrymi znajomymi? Kto wie, raczej zaryzykuję.
"Zack siedzi cicho, a ja się zgadzam, więc przegłosowane. Wejdź do środka." Wzruszyłem ramionami. Otworzyłem szerzej wcześniej uchylone drzwi, a reszta podążyła za mną do salonu. Zmarnowany opadłem na sofę, po czym z trudnością sięgnąłem po pilota, włączyłem odbiornik i zamknąłem oczy jednocześnie wsłuchując się w lokalne wiadomości puszczane na kanale informacyjnym.
'Nagi mężczyzna o godzinie dwudziestej pierwszej przemierzał centrum Baltimore, przy okazji wprawiając przechodniów w szok. Policja apeluje, by natychmiast zgłosić się na komendę stołeczną tamtych przechodniów w celu złożenia zeznań, ponieważ ów konfident jest poszukiwany [...]'
"Zaraz, zaraz." Mruknąłem. "Kojarzę go."
To przypadkiem nie był David?
"Ja też." Zaśmiał się Alex.
"Oh, naprawdę?" Spytałem.
"Ta, całkiem niedawno, czytaj jakieś pół godziny temu wywaliłem go nago za drzwi mojego byłego mieszkania."
Merrick przewrócił oczami oraz wyszedł z domu. Zostałem tylko ja i brunet.
"Jak to się w ogóle stało?"
Chłopak spojrzał na mnie, a uśmiech zawitał na jego twarzy. Kurde, moje kąciki ust również powędrowały ku górze.
"No więc.." Zaczął. "Dzisiaj po powrocie do mieszkania, które dzieliłem z Danielem zastałem jego i właśnie tego gościa z telewizji leżących na podłodze bez ubrań."
"To nieźle." Zachichotałem.
*
Woah, po bliższym poznaniu Alexa przyznaję, że jest naprawdę fajny. Zawsze był taki niemiły czy wredny, a w tamtym momencie stał się normalny? Tak, to dobre idealne na jego obecny stan. Kto wie, może za godzinę znów przeistoczy się w aroganckiego dupka. Tylko... nie chciałbym myśleć o przyszłości, kiedy w teraz jest mi cudownie. Chyba nawet go polubiłem. Przecież mamy mieszkać ze sobą trochę czasu, a ja pragnę tylko w spokoju oglądać telewizję, bez większych sprzeczek o byle co, czy zlewania siebie nawzajem. To głupie.
"To teraz powiedz mi jakąś wstydliwą ciekawostkę o sobie." Zagaił.
Chyba znów odpłynąłem. Cóż, często tak mam.
"Um, nie wiem czy to dobry pomysł." Odparłem nieco speszony.
"No dawaj, później powiem ci coś wstydliwego o sobie."
Nie mogłem odmówić. Jeszcze zrobił takie słodkie oczy niczym u szczeniaczka. Ugh.
"Zgoda." Mruknąłem zrezygnowany. "Mam na drugie imię Bassam." Powiedziałem najciszej jak tylko potrafiłem. Wszystko, by tylko nie usłyszał.
"Bassam." Powtórzył jednocześnie kręcąc głową ze śmiechem.
Świetnie.
"Chyba twoja kolej" Przypomniałem.
"Tak, tak. Czasami śpię z ręką w bokserkach." Oznajmił bez większego zawstydzenia czy przejęcia, tak po prostu przeszło mu to przez gardło.
Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć do mieszkania wrócił Zack. Wyglądał na naprawdę zdenerwowanego.
"Jasne, ja wychodzę, a wy sobie urządzacie pogaduszki. O chuj ci chodzi, Jack? Myślałem, że jesteśmy razem, a ty rozmawiasz z innym!" Krzyknął.
Zdziwienie, okropne zdziwienie. Jedynie to czułem. Z Zacharym nigdy nie byliśmy parą, nie jesteśmy i nie będziemy. Co on w ogóle wyobrażał?
"Stary, zluzuj." Alex odparł jak najbardziej opanowany.
Jak on to robi, że nawet w takich sytuacjach zachowuje spokój? Koniecznie musi mnie tego nauczyć.
"Nie mów mi co mam robić!"
"Zack, błagam cię, przestań." Szepnąłem.
Bałem się. Był cholernie wpieniony i zazdrosny. Czemu dawałem mu nadzieję? Przecież to nierealne, on nie jest w moim typie.
Czas jakby stanął w miejscu. Dlaczego? Bo dosłownie sekundę później Gaskarth objął moją twarz w dłonie, a następnie delikatnie złączył nasze usta.
_________________________________________________________________________________
WRESZCIE NAPISAŁAM.
Było trudno, co chwilę coś mi przeszkadzało (raz szkoła, raz wyłączają mi prąd), ale wreszcie dodaję.
14 komentarzy - następny. Mam nadzieję, że i tym razem sobie poradzicie, bo wiem, że jesteście w stanie cx
Do napisania!



czwartek, 2 października 2014

Chapter Four (Jalex)

Czy stawiałem opór? Nie. Czemu? Bo nie chciałem. To tylko pogorszyło by sytuację, a Alex jakby przypiął mnie pasami do fotela i gdzieś wywoził. Mimo zaistaniałej sytuacji w aucie panowała naprawdę dobra atmosfera, nie żebym o to dbał. Po prostu chłopak bez przerwy nawijał i aż szkoda było mu nie odpowiadać. W taki sposób nawiązaliśmy ciekawą rozmowę.
Po trzydziestu minutach jazdy dotarliśmy na krańce Baltimore. Doskonale znałem tą okolicę, więc na spokojnie trafiłbym do domu. Tylko po co Gaskarth mnie tu zabrał? Tego nikt nie wie.
"Powiesz mi w końcu gdzie idziemy?" Zapytałem.
"Zaraz zobaczysz."
"Stój. Nie uciekałem ci, konwersowaliśmy, byłem miły. Łaskawie mógłbyś mi powiedzieć gdzie idziemy." Warknąłem.
"Zluzuj trochę." Zaśmiał się.
"Do cholery, powiedz mi gdzie idziemy!"
"Jack! Wreszcie jesteście."
Rian? Co tu robił Rian? Czemu w ogóle tam stałem?
Nie dali mi nic więcej powiedzieć, zgaduję, że w ich mniemaniu nie miałem zbyt wiele do zakomunikowania. Szkoda, bo w tamtym momencie chciałem wszystko im wygarnąć. Aż we mnie wrzało ze wściekłości. Alex to bezczelny, rozpieszczony dupek, a Rian jeszcze pomaga mu realizować ten 'plan'. Nawet do końca nie wiem co to. Jasne, najlepiej planować sobie coś za plecami kolegi. Nie byłbym tak zły, gdybym ja nie grał jednej z głównych ról w tym 'przedstawieniu'. Od początku nie lubiłem Gaskartha, trzymałem się od niego z dala. Czemu akurat teraz wszystko szlag strzelił? Tego również nie wiem. Wiele tu niewiadomych, a z matematyki nigdy dobry nie byłem.
Chciałem do Zacka. Tak cholernie. Wolę jego towarzystwo aniżeli tych typków, z którymi przebywałem aktualnie. Poza tym... ciepła kolacja lepsza od wszelkiego rodzaju innych rzeczy. Już sobie to wyobrażam, gorące udko z kurczaka nałożone na śnieżnobiałym talerzu wraz z sałatką.... Muszę się stąd wydostać. Jak najszybciej.
Oni szli weszli gdzieś między budynki zostawiając mnie z tyłu, więc postanowiłem skorzystać z okazji, by uciec.
Miarę szybkim krokiem przeszedłem osiedle, gdzie byłem i miałem już prostą drogę do domu. Dziwne, że to poszło aż tak łatwo.
Już spokojniej przemierzałem miasto. Od domu dzieliły mnie, huh, 4 kilometry? Cóż, jeszcze sporo drogi przede mną. Powiedzmy sobie szczerze, nie chciało mi się, więc postanowiłem zadzwonić po Merricka. Wreszcie się przyda, a auto pierwszy raz od kilku miesięcy zmieni swoje miejsce. Zbieraliśmy na nie dobre pół roku, ponieważ Zack zrobił prawo jazdy. Pamiętam, gdy siedział po nocach zakuwając do testu. Poszedł i zdał. Ja nawet nie próbowałem. Po co, skoro on ma?
Wyjąłem z kieszeni telefon, wykręciłem odpowiedni numer oraz czekałem aż osoba po drugiej stronie odbierze.
"Tak?"
"Hej, z tej strony Jack. Mógłbyś mnie odebrać?"
"O, Jack! Tamten już cię zostawił?"
"Można tak powiedzieć." Mruknąłem
"Dobra, to gdzie jesteś?"
*
Doczłapałem się na odpowiednie piętro, po czym otworzyłem drzwi. Dom, słodki dom. Była godzina dwudziesta druga. Nieźle ten czas upłynął, ale jakoś nie usypiałem, więc mój plan na wieczór wyglądał następująco - najpierw kolacja, później telewizja, ale tylko do czwartej. Nad ranem trzeba wstać do pracy. Cholera, znów zobaczę Alexa, który pewnie się nie odczepi. Świetnie.
¤Alex¤
Opuszczony budynek, Rian na okropnie zniszczonej kanapie i ja siedzący na starym krześle. Czekaliśmy na powrót Barakata, który postanowił sobie zwiać. Powinien do mnie lecieć, a nie uciekać, przecież jestem boski. Wszystkie dziewczyny mam na pstryknięcie palcami - dokładnie, dziewczyny. Mężczyźni to nie mój typ, po prostu. Jestem zagorzałym heterykiem, geje mnie brzydzą i na samą myśl o nich robi mi się niedobrze.
"To co robimy?" Zapytałem.
Całe życie na spontanie, a teraz wszelakie pomysły jakby wyparowały.
"Wymyśl coś, ja jestem na to za przystojny" Odparł.
"Jasne, za przystojny na myślenie, zrozumiałem." Zachichotałem.
Z Dawsonem przyjaźnimy się od dawna, już w szkole rozwinęliśmy naszą znajomość na wyższy poziom, taki, na którym jesteśmy aktualnie, czyli najlepsi kumple. Załatwił mi pracę, mieszkanie, współlokatora, praktycznie wszystko.
"Wiesz co, idę stąd. Pierdol się." Mruknąłem.
Wstałem z krzesła i za chwilę stałem na zewnątrz. Świerze powietrze, ah. Co ja gadam, powietrze zanieczyszczone spalinami. Wziąłem głęboki wdech oraz ruszyłem przed siebie. Pójdę do domu, być może ogarnę jakiś film z Danielem. Potem pewnie pójdę spać.
O co chodzi z tym całym Jackiem? Nie zdradzę. Zrobię z nim co trzeba. Manipulacja, to moje hobby, w tym jestem mistrzem. Udoskonalam swoje umiejętności, oczywiście, chcę być jeszcze lepszy niż dotychczas. Oh tak, zawsze mam takie podejście.
Marsz zmarnował tylko piętnaście minut. Wyjąłem klucze do mieszkania, wsunąłem je w dziurkę i przekręciłem. Dziwne, myślałem, że Daniel będzie sam. Pewnie przyprowadził jakąś laskę, pomyślałem. Henders to całkiem przystojny chłopak, więc to chyba zrozumiałe iż kobiety na niego lecą. Choć na mnie leci ich więcej, bo moja uroda znacznie przewyższa jego.
Zdjąłem trampki, zostawiłem skórzaną kurtkę na wieszaku w przedpokoju i wszedłem do salonu.
Kurwa, w życiu bym się nie spodziewał takiego czegoś.
"Co ty odpierdalasz!?" Krzyknąłem.
Dwaj nadzy przytuleni mężczyźni leżeli na podłodze (?). Ugh, naprawdę bym bez tego przeżył.
Na mój widok obaj oderwali się od siebie, jednocześnie wstając z ziemi. Ja nie wiem co Daniel wraz ze swoimi 'przyjaciółmi' tu robił. To znaczy - wiem, ale wolałbym nie wiedzieć.
"A-Alex, c-co ty tu robisz? Miałeś być później." Wydukał.
Jego towarzysz stał jak wryty z grobową miną. I dobrze, zaraz go wypieprzę nago za drzwi frontowe.
Henders doskonale wiedział co myślę o gejach. Wiedział, że najchętniej wszystkich bym wytępił. Ewidentnie próbował mi zrobić na złość.
"Alex, proszę, daj mi to wytłumaczyć."
"Bo jest co tłumaczyć." Prychnąłem. "Jesteś pierdolonym pedałem! Mieszkałem z tobą pod jednym dachem! Robiliście coś w moim łóżku? A co jeśli to jest zaraźliwe? A co jeśli mnie zakaziłeś? Kurwa, przysięgam, zabiję cię!" Złapałem chłopaka za szyję. "Zabiję cię, rozumiesz? Przez ciebie ja też jestem pedałem!" Wycedziłem przez zęby.
To mój tok myślenia. Ludzie nazywali mnie homofobem, bo moja tolerancja jest bliska zeru. Ale było trochę słuszności było w moim rozumowaniu. Oczywiście, że było.
"Ty." Pokazałem na gościa. "Wypierdalaj póki masz na czym. Teraz!"
Zebrał swoje ubrania i wyszedł. Cudnie. Sprawa rozwiązana.
"Wyprowadzasz się." Syknąłem do Daniela.
"To moje mieszkanie, Gaskarth. Ty się wyprowadzasz." Odparł ze stoickim spokojem.
"Tak? Świetnie."
*
Wziąłem trzy głębokie wdechy i zapukałem.
"Już!" Usłyszałem zza drzwi, które chwilę później otworzył zaspany wielkolud. Był cholernie umięśniony i miał wytatuowaną lewą rękę.
"Zastałem Jacka?"
Zmarszczył brwi. Nie zapowiada się dobrze.
"Co tu się... Alex? Po co przyszedłeś?" Zapytał, ale zaraz potem spojrzał na moje walizki.
Ej no, miejmy nadzieję, że się zgodzi, bo wyląduję pod mostem.
_________________________________________________________________________________
Halo, czy to akcja? Nie, przynajmniej jeszcze nie taka jaką przewiduję.
Komentarze = następny.
Buziaki.